Sondaż publiczny

Ile wydajesz na zakupy związane ze Wszystkimi Świętymi?

Wywiad

Z dr hab. Małgorzatą Myśliwiec, tyszanką, profesorem Uniwersytetu Śląskiego rozmawia Dariusz Dyrda

Decentralizacja i język regionalny

W czerwcu przez Polskę przetoczyła się dyskusja o decentralizacji, w tym samym miesiącu Sejm RP po raz piąty odrzucił projekt ustawy o śląskim języku regionalnym. O obu tych sprawach rozmawiamy z najbardziej znanym na Górnym  Śląsku komentatorem politycznym, prof. Małgorzatą Myśliwiec, politologiem z Tychów.

ilustracja

 - W Polsce od lat, w zasadzie od odzyskania niepodległości w 1918 roku, panuje model centralistyczny, coraz rzadszy w Europie. Ostatnio zaczęto o tym rozmawiać. Dlaczego?

- Problem decentralizacji stał się ostatnio przedmiotem ożywionej dyskusji w ogólnopolskich mediach. A wszystko za sprawą informacji, jakoby w czekających nas jesienią wyborach parlamentarnych obóz opozycji chciał z tego tematu uczynić główny oręż swojej kampanii wyborczej.  Obóz rządzący – nie zasypując gruszek w popiele – szybko zaczął informować, że to dążenie do nowego „rozbicia dzielnicowego” oraz przedstawiać wiele innych, potencjalnie negatywnych konsekwencji takich postulatów. Pomijając jednak polityczne emocje warto zadać sobie pytanie, czy decentralizacja jest nam rzeczywiście potrzebna.

- A jest?

- Problem ze zrozumieniem, na czym ów proces polega jest w dużej mierze konsekwencją braku suwerennej państwowości Polski w XIX wieku. To wówczas bowiem kształtowały się modele nowoczesnego podziału władzy w poszczególnych państwach. Były one związane zarówno z poziomym podziałem kompetencji pomiędzy władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, jak i pomiędzy podmiotami wykonującymi zadania publiczne w układzie pionowym. Wypracowanie modelu relacji pomiędzy rządem centralnym a podmiotami samorządu terytorialnego było przy tym wyzwaniem równie ważnym. Przyczyną takiego stanu rzeczy była coraz większa liczba zadań, których wykonania oczekiwali obywatele. W XIX wieku, pod wpływem procesu industrializacji, radykalnie zmieniły się bowiem warunki  życia wielu z nich. Porzucenie tradycyjnego modelu funkcjonowania w społecznościach wiejskich, na rzecz życia i pracy w wielkich ośrodkach przemysłowych nie pozwalało często na zaspokajanie podstawowych potrzeb życiowych w sferze prywatnej. I tak już w dziewiętnastowiecznej Europie zaczęto domagać się zapewnienia nowych „usług” przez organy władzy publicznej. Bo ile kobiet chciałoby dziś nadal rodzić w domu, a nie w bezpiecznych warunkach szpitalnych? Kto w sytuacji choroby wolałby leczyć się na własną rękę, niż skorzystać z pomocy lekarza pierwszego kontaktu lub specjalisty? Dziś w Polsce widzimy naocznie, że państwo rządzone centralnie z tym leczeniem sobie nie radzi. Kto wolałby kopać studnię głębinową i nieustannie martwić się o jakość otrzymywanej z niej wody, niż korzystać z usług gminy w tym względzie? Jestem przekonana, że odpowiedź na te proste pytania wystarczająco uzasadnia twierdzenie, że decentralizacja państwa jest jednym z podstawowych warunków dobrego życia jego obywateli. 

- Ale rząd centralny też może o tym wszystkim decydować. Tak było choćby w PRL-u.

- Nie jest to  jednak  chyba wzór do naśladowania. W europejskich, rozwiniętych państwach szybko stało się jasne, że rząd centralny nie jest w stanie szczegółowo i skutecznie zająć się wszelkimi problemami obywateli. I w takich okolicznościach zdecydowano się na utworzenie samorządu terytorialnego, czyli podzielenie odpowiedzialności za wykonywanie zadań publicznych pomiędzy rząd centralny oraz podmioty władzy lokalnej i regionalnej.

- Ale przecież w Polsce też mamy samorządy, władzę lokalną i regionalną…

-Tak, ale trzeba się zastanowić, co to współcześnie oznacza w praktyce? W prawidłowym  modelu w demokratycznych państwach podział zadań i odpowiedzialności za ich wykonanie jest klarowny. Rząd centralny zapewnia państwu i jego obywatelom szeroko rozumiane bezpieczeństwo, pozycję na arenie międzynarodowej, a także wytycza ogólne ramy dla działalności gospodarczej. Do zadań podmiotów władzy regionalnej należy dbanie o jak najlepszy rozwój danej jednostki administracyjnej, dbanie o jego dziedzictwo kulturowe, a także tworzenie sprzyjających warunków miejscowych dla inwestycji. Natomiast głównym zadaniem podmiotów władzy lokalnej jest dbanie o zaspokajanie podstawowych potrzeb członków danej wspólnoty w zakresie, w jakim nie są oni w stanie rozwiązać określonych problemów w sferze prywatnej (podstawowa opieka medyczna, media, takie jak prąd, woda, czy gaz, edukacja przedszkolna i szkolna, etc.). To właśnie ten szczebel władz publicznych działa najbliżej obywatela i jest zobowiązany do diagnozowania i rozwiązywania problemów o  charakterze lokalnym. W Polsce ten podział  nie jest wcale tak klarowny.

- Przez lata o potrzebie decentralizacji Polski mówił w zasadzie tylko Ruch Autonomii Śląska.

- I nic dziwnego, bo my w regionie mamy wspaniałe tradycje  decentralizacji, jakim była autonomia województwa śląskiego w międzywojennej RP. W rodzinach śląskich autochtonów przetrwała jej  pamięć, więc się o nią upominają. I oczywiście, że autonomia nie jest oderwaniem regionu od państwa, bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że autonomiczne województwo śląskie nie było częścią międzywojennej Polski.

- Jeśli już jesteśmy przy Śląsku i oczekiwaniach autochtonów, niedawno Sejm po raz kolejny odrzucił dopisanie do ustawy o mniejszościach narodowych  i języku  regionalnym  - języka śląskiego. Jakie warunki musi spełniać mowa, aby mogła być uznana za język regionalny?

- Konieczne jest spełnienie tylko jednego warunku: jest nim wola polityczna członków organu, który ma prawo do stanowienia ustaw. W przypadku polskim odnosi się to do posłów i senatorów. Formalnie nie istnieją żadne inne kryteria.

- To dlaczego takiej woli nie wykazuje większość posłów, w tym także ci, którzy zostali wybrani przez śląskich wyborców?

- To pytanie należałoby zdać posłom przeciwnym przyjęciu takiej regulacji. Pomimo pięciu głosowań w tej sprawie większość nadal pozostaje przeciwna prawnemu upodmiotowieniu mowy Ślązaków.

- Bo może taka regulacja nie jest nikomu potrzebna?

- Gdyby nie była nikomu potrzebna, to temat ten nie powracałby w postaci kolejnych projektów ustaw jak bumerang.

- Przeciwnicy uznania śląskiego za język regionalny argumentują, że jest to gwara języka polskiego, charakteryzująca się dużym bogactwem lokalnych odmian, które kodyfikacja może tylko zniszczyć.

- Zupełnie nie zgadzam się z takim stanowiskiem. Przecież język polski też ma  wiele odmian i gwar, a nikt nie twierdzi, że kodyfikacja literackiego języka polskiego je niszczy. A standardowy zapis języka śląskiego jest niezbędny. I taki standardowy zapis już istnieje, nazywany bywa ślabikorzowym (od Ślabikorza, czyli elementarza, w którym po raz pierwszy, 10 lat temu, został użyty – przyp. red.) , choć mamy  przynajmniej jeden rywalizujący z nim, oparty o kodyfikację sprzed stu lat, autorstwa prof. Feliksa Steuera.

- Ale przecież teksty po śląsku zapisywano przez dziesięciolecia, choćby słynne „Bery i Bojko Śląskie” Stanisława Ligonia. 

- Owszem, i właśnie one pokazują, że kodyfikacja zapisu godki jest  niezbędna, bo w śląskiej mowie występują samogłoski nie znane w języku polskim, więc polskim alfabetem nie da się ich poprawnie zapisać. Tego rodzaju normy przyjmowane są zwyczajowo, a ich zadaniem ma być umożliwienie posługiwania się daną mową nie tylko w konwersacji ustnej, lecz także w formie pisemnego przekazu. Takie działania nie mają zatem na celu wykluczenia lokalnych nazw, ale wskazanie jak poprawnie je zapisać. Istnienie normy  zapisu języka śląskiego we współczesnych czasach ma znaczenie szczególne. Proszę bowiem zauważyć, że żyjący dziś Ślązacy to nie jest prymitywne, niepiśmienne plemię, które komunikuje się w ramach własnej grupy wyłącznie przy pomocy przekazu ustnego. Kto z nas nie czyta książek i gazet? Ile osób nie korzysta z sms-ów, czy komunikatorów internetowych? Nawet z najbliższymi członkami rodziny, czy przyjaciółmi komunikujemy się dzisiaj wysyłając im wiadomości tekstowe.

- Skoro zatem istnieje norma zapisu, to może nie ma już o co walczyć? Może po prostu wystarczyłoby ją stosować i załatwione?

- Jestem przekonana, że nie raz miał pan okazję zobaczyć, jak na formach internetowych wygląda dyskusja „po śląsku”. Pomimo faktu, że istnieje norma językowa, wiele osób zwyczajnie jej nie zna. Dysponenci jej ustnej wersji bardzo często chcą stosować ją w piśmie, ale wychodzi jak wychodzi, bo  nikt ich tego nie nauczył. I tu dochodzimy do sedna sprawy: każdy dysponent języka posiada bowiem w jego zakresie różne kompetencje. Język można tylko rozumieć, posługiwać się nim w mowie, pisać w nim, a także rozumieć tekst pisany. Jeśli przyjrzymy się procesowi edukacji szkolnej to zobaczymy, że w czasie jej trwania nabywamy i doskonalimy wszystkie z wymienionych kompetencji. Dotyczy to jednak tylko polskiego języka urzędowego, a także – co ciekawe – nowożytnych języków obcych (w szczególności języka angielskiego). Natomiast okazji do nauki i doskonalenia umiejętności w języku regionalnym, który nie jest formalnie uznany przez państwo, mamy w praktyce niewiele. Kaszubski przez państwo uznany jest, i młodzi Kaszubi umieją swoją mowę zapisać. Śląski nie jest, więc każdy pisze po swojemu. Prawne uznanie mowy za język regionalny oznacza systemowe wsparcie ze strony państwa dla takich działań, co w praktyce oznacza możliwość jego przekazania kolejnemu pokoleniu.

- Ale czy i tak nie jest za późno. W czasach mojego dzieciństwa w Paprocanach, wszyscy posługiwali się tu śląskim, polskiego w zasadzie się nie słyszało. Dziś ci starsi śląski nadal rozumieją, ale ich dzieci i wnuki już niekoniecznie.

- W czasach PRL posługiwanie się śląskim podlegało szykanom i było wyśmiewane. W efekcie wielu rodziców, chcąc oszczędzić swoim dzieciom poważnych nieprzyjemności, nie przekazywało im mowy regionalnej nawet w formie mówionej. Natomiast brak systemowych rozwiązań w zakresie nauki i doskonalenia języka śląskiego w czasach współczesnych rzeczywiście w niedługim czasie spowoduje jego zupełny zanik. Pokolenie, które najczęściej komunikuje się między sobą w nowoczesny sposób (przez media społecznościowe, komunikatory, czy sms-y) nie będzie już zainteresowane udziałem w niszowych i pachnących skansenem konkursach  ślōnskij godki.

- Profesor Jan Miodek zauważył w jednym z wywiadów, udzielonym w 2011 roku, że „Dyskusja o języku śląskim w piśmie jest żenująca”. Czy zgadza się Pani z takim twierdzeniem.

- Absolutnie nie. Jestem przy tym bardzo ciekawa, czy Pan Profesor miał już okazję przeczytać śląskie tłumaczenie „Dracha” lub „Małego Princa” (po polsku „Mały Książę”), które pięknie wykonał Grzegorz Kulik, lub przynajmniej posłuchać audiobooków z ich nagraniem. Osobiście jestem tymi przekładami zachwycona, a nie zażenowana. Są one wykonane bardzo profesjonalnie, z zastosowaniem adekwatnego słownictwa, a nie przy użyciu zdrobnień lub wulgaryzmów, które mogłyby śląską mowę ośmieszać. Przecież na język polski też można przełożyć obce zdania lub wyrażenia, w sposób wywołujący śmiech lub zażenowanie. Np. „No smoking'” można przetłumaczyć jako „Zakaz palenia” lub  „Żadnego wędzenia”. Jak robimy to poprawnie? Chyba wiadomo. Generalnie nie jestem w stanie zrozumieć jak językoznawca może sformułować taki pogląd. Dobra znajomość każdego języka to szansa na wejście do kolejnego, ciekawego świata. Bez dysponowania tym instrumentem nie ma możliwości dobrego poznania i pełnego partycypowania w danej kulturze. Jestem przekonana, że bogata kultura śląska oferuje wiele do odkrycia i jako nasze regionalne dziedzictwo w pełni zasługuje na prawną ochronę i uznanie ze strony państwa.

- Dziękuję za rozmowę

Wywiad

ilustracja

W opozycji jest dziwnie

z Michałem Gramatyką, radnym wojewódzkim rozmawia Dariusz Dyrda

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Zapomniana kompania

W rocznicę wybuchu II wojny światowej w okolicy przypomina się Bitwę Wyrską i walki wokół Mikołowa, przypomina się to, że jedni Ślązacy ramię w ramię z wojskiem polskim stanęli do obrony, a inni (pisaliśmy o nich tydzień temu) ramię w ramię z Wehrmachtem wojsko to atakowali. Jedni płakali za utraconą Polską, inni radośnie witali wkraczający Wehrmacht. I tylko nikt nie wspomina losów „Zapomnianej kompanii”.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Chutney czyli co?

Tę egzotyczną nazwę słyszałam na tyle często przez ostatnie miesiące, że w końcu postanowiłam ostatecznie rozwiązać zagadkę i rozprawić się z tematem raz, a dobrze. Zgodzę się - chutney brzmi orientalnie i - co tu dużo gadać - dość pretensjonalnie, co fanów prostoty w kuchni jest w stanie skutecznie powstrzymać od wypróbowania nowego smaku…

więcej

Reportaż

ilustracja

Góra śmieci czy też wyspa skarbów?

Ostatnio był u nas wywóz tak zwanych śmieci wielkogabarytowych, ludzie powystawiali stare kanapy, sprzęt AGD, zabawki dziecięce którymi już się ich pociechy się nie bawią albo sprzęty z których już wyrosły. Wynoszenie zaczęło się już w weekend. I gdy siedziałam na schodach paląc papierosa jechała bagażówka - i ni z tego ni z owego zatrzymała się na ulicy; mężczyzna siedzący przedtem na miejscu pasażera wysiadł z auta i zabrał sprzed jednego z domów stojący wśród innych śmieci mały, różowy, dziecięcy rowerek, po czym zaniósł go do samochodu. Najwyraźniej dla niektórych śmieci, a dla innych skarby.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Imielin przegrywa z kopalnią

O konflikcie miedzy miastem Imielin a kopalnią Piast-Ziemowit pisaliśmy już kilkukrotnie. Polska Grupa Górnicza, której kopalnia jest częścią, zamierza wydobywać złoże Imielin-Północ. Dla miasteczka oznacza to degradację i szkody górnicze, bo teren może obniżyć się o 6 metrów. W przekonaniu mieszkańców zagrożony jest też zbiornik wody pitnej Dziećkowice, dostarczający jej do ¼ aglomeracji katowickiej. Mieszkańcy Imielina zapowiadają na 14 września pikietę.

więcej

Partnerzy