Wywiad

Niech żyje teatr

Z Dorotą Pociask-Frącek, dyrektorem Teatru Małego w Tychach rozmawia Dariusz Dyrda.

ilustracja

- Pani dyrektor, mamy Międzynarodowy Dzień Teatru. Dobra okazja by zapytać, jak się ma teatr u nas?
- Czyli gdzie?
- W aglomeracji katowickiej, w Tychach…
- W sumie ma się dobrze. Nie musimy czuć się prowincją wobec Krakowa czy Warszawy. Nasza pozycja jest stabilna, a teatry swoimi nagrodami udowadniają, że należą do krajowej czołówki. Mamy dobre teatry dramatyczne, przyzwoitą operę, doskonały teatr farsowy, czyli Korez. Nieźle mają się u nas teatry muzyczne. Na pewno nie ma powodu do kompleksów wobec tradycyjnie mocnych ośrodków.
- A jednak na deskach Teatru Małego grywają zapraszane teatry warszawskie, jak choćby
w zeszłym tygodniu Teatr Capitol z, doskonałym skądinąd, spektaklem „Przekręt (nie)doskonały”…

- A to źle? Problem jest, gdy na dobre spektakle nie chcą przychodzić widzowie. Bo to oznacza, że w tym miejscu nie ma atmosfery dla teatru. U nas jest. Teatr Mały nie ma własnego zespołu, jest impresaryjny, zapraszamy trupy teatralne z Polski, a nawet zagranicy. Dobór spektakli pokazuje, że trafiamy w gusty, ale pokazuje też, że mamy wyrobioną, wymagającą publiczność.
- Odnoszę jednak wrażenie, że te teatry warszawskie mają lżej. Widzimy na scenie aktorów znanych z seriali, choćby w tym „Przekręcie (nie)doskonałym” w roli szefowej urzędu skarbowego, Danusię, żonę Norka,
z „Miodowych lat”.

- No owszem, Danuta Chotecka jest znana zwłaszcza z tej roli.
I owszem, „filmowa” twarz powoduje, że aktor jest bardziej rozpoznawalny. Ale nie oznacza to, że lepszy, przynajmniej w teatrze. Przecież choćby „Cholonek” teatru Korez jest u nas kultowy,
a telewizyjnych twarzy tam jak na lekarstwo. I kiedy decyduję, kogo na naszą sceną zaprosić, na tę „filmowość” nie patrzę. Nasi widzowie polubili „Teatr Konesera”, gdzie najczęściej grają aktorzy krakowscy i z Bielska-Białej oraz Poeticon. I nie są gorsi od tych „filmowych”. Wprost przeciwnie, często lepsi.
- Ale Teatr to nie tylko scena, garderoba i biurko dyrektora. Teatr powinien mieć własny repertuar!
- Zgadzam się, ale przysłowie mówi „mierz siły na zamiary”. Od czasu gdy w 2017 roku zostałam dyrektorem tego teatru, staram się też tworzyć produkcje własne. Oczywiście, że nie wystawimy własnym sumptem „Wesela” Wyspiańskiego z ogromną obsadą, skomplikowaną scenografią, bo na to budżet nie pozwala. Zresztą tyski teatr, z układem widowni bardziej kinowym, nie preferuje klasyki, tylko rzeczy bardziej nowoczesne. No i proszę, właśnie w Międzynarodowy Dzień Teatru wystawiamy ponownie własną produkcję. „Woyzeck” to sztuka mająca niemal 200 lat, ale zdecydowanie wyprzedzająca swoją epokę. Bardzo współczesna. Zrealizowana przez nasz teatr.
W przyszłym roku mamy jubileusz, i też powstanie jakieś przedstawienie Teatru Małego. Wierzę, że takiej klasy, iż będzie też często grywane na deskach innych teatrów. Myślę już o dobrej obsadzie, dobrym reżyserze. Oczywiście, potrzebny jest też dobry tekst, a mnie się marzy, żeby to była premiera, najlepiej autora pochodzącego z okolic Tychów. Mamy w Tychach oczywiście świetne teatry amatorskie, czy, jak ja wolę je nazywać, niezależne, że wymienię choćby „Belfegor” Sławka Żukowskiego, ale choć one podołałyby zapewne temu zadaniu, chcę pokazać, że możemy stworzyć też coś zupełnie nowego. Za niewielkie pieniądze produkcja na wysokim, profesjonalnym poziomie.
- No właśnie, pieniądze. Teatr kosztuje…
- Tychy są jednym z nielicznych miast na Górnym Śląsku, które utrzymują teatr, a nie tylko dom kultury. Oczywiście, że nie mamy funduszy, jak teatry z zespołem aktorów, reżyserami, inspicjentami, scenografami, charakteryzatorami – ale mamy ich na tyle, by od czasu do czasu wystawić też własną sztukę. Tym bardziej dobór repertuaru, obsady, reżysera jest ważny. Kiedy się robi rzadko, nie ma miejsca na spektakl słabszy.
- Z drugiej strony właśnie zaproponowała pani tyskim widzom coś, co wielu uzna za dziwactwo. Myślę o „Siedem Kresek”, grane przez tydzień na początku kwietnia. O ile zrozumiałem zapowiedzi, jest to każdego dnia ta sama historia, ale pokazana z innej perspektywy, z innym zakończeniem. I można obejrzeć jeden spektakl, ale pełny obraz daje dopiero całość.
- Pan mówi „dziwactwo”.
A przecież gdyby nie czyjaś akceptacja dla dziwactwa, nie byłoby teatru Grotowskiego, teatru Kantora, w malarstwie impresjonizmu, a tym bardziej Picassa czy Salvadora Dali. Na nowe kierunki w sztuce trzeba się otwierać,
a „Siedem Kresek” Evy Rysovej to właśnie taki teatralny eksperyment. Rysova nie jest debiutantką, tylko reżyserem o pewnej renomie, i może kiedyś Tychy będą się szczycić, że „Siedem Kresek” miało premierę tu.
- Robi pani też festiwal teatralny.
- Powiem tak: wiele ambitnych teatrów robi. Nie jest sztuką zrobić go, gdy ma się budżet dwa miliony złotych. My mamy 150 tysięcy. Ale to nie znaczy, że festiwal musi być kiepski. Teatry offowe są tańsze, więc mamy TopOfffestival. Od
8 do 13 kwietnia. Nieważne, co ja o nim uważam, ale czołowi krytycy teatralni Polski coraz liczniej się na nim zjawiają. To o czymś świadczy. Cieszę się też, że do puli nagród, choć w niewielkim stopniu, dorzucił się też marszałek województwa.
- Rozmawiamy o teatrze na Śląsku, jego kondycji. Wspomniała pani o teatrach amatorskich. Ja mam wrażenie, że odżywają, także w naszej okolicy.
- No przecież, „Naumiony” z Ornontowic w powiecie mikołowskim, to amatorski teatr, który zawojował profesjonalne sceny. I nie jest jedyny. Po zmianie modelu oświaty w szkołach średnich powstały szkoły o profilach artystycznych, i to daje nam prawdziwą erupcję tych teatrów. Ale ci młodzi też, nawiązuję tu do Evy Rysovej, szukają nowych form wyrazu.
- Ale problem w tym, że teatr to dla odbiorcy sztuka droga. Bilet kilka razy droższy, niż do kina!
- Niekoniecznie. Akceptujemy karty dużej rodziny, seniora, edukacyjne. Nasz Teatr Konesera to bilet za 50 złotych. Jeśli ktoś wybierze się do kina i kupi tam dużą pakę popcornu z coca-colą, to cena wyjdzie mu podobna. Ale owszem, teatr to sztuka elitarna, dla ludzi o wysokiej wrażliwości. Nie zamierzam deprecjonować kina, bo to piękna sztuka, ale teatr daje możliwość kontaktu z aktorem, w teatrze nic nie wydarzy się dwa razy dokładnie tak samo. Ale tego trzeba też nauczyć, dlatego prowadzimy edukację od malucha, na zajęciach warsztatowych, gdzie dzieci samodzielnie budują spektakl, jako aktorzy, reżyserzy, scenarzyści. Wtedy widzą, że tę sztukę można kreować, a nie tylko oglądać za każdym razem identyczną.
- Czyli niech żyje teatr?
- Bez wątpienia. Bo tym też różni się od filmu. Film żyje tylko na planie, gdy go kręcą, potem jest tylko odtwarzany. A teatr zaczyna żyć za każdym razem, gdy podnosi się kurtyna.•

Rozmawiał Dariusz DYRDA                                                                                                                                        

Wywiad

ilustracja

Uczeń z depresją

Rozmowa z Elizą Cieślikowską, psychologiem ze szpitala Megrez

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Zbyt bogaci na niepodległość

Rok temu jesienią poświęciliśmy wielki tekst odradzaniu się państwa polskiego w 1918 roku. W końcu to setna rocznica niepodległej. Jednak u nas mało kto wtedy o Polsce myślał. Tutaj wtedy najważniejszym tematem było, czy uda się stworzyć państwo śląskie. A grudzień był akurat tym miesiącem, gdy w tej sprawie działo się najwięcej.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Cynamon!

Pamiętam prześmieszną rozmowę między moim ojcem a jego łódzkim przyjacielem. Ojciec zawsze przekonywał go, że oryginalna mowa śląska, a nie jej kabaretowe podróbki, bardziej podobna jest do języka czeskiego niż polskiego. Tamten kiedyś wracając z Czech, zagadnął: jeśli tak, to powiedz, jak po czesku będzie cynamon. Ojciec: skurzica? Adriana zamurowało: rzeczywiście, skurice… Mnie nie, bo w domu mojej babci i ojca zawsze mówiono skurzica. Nie bez sensu, bo to przecież skóra drzewa. Idą święta, więc czas na skurzicę!

więcej

Reportaż

ilustracja

Kup sobie swoją kurtkę

Co jakiś czas każdy z nas staje przed faktem kiedy szafa się nie domyka a nowo nabytych ubrań nie ma już gdzie chować. Z tym problemem mierzą się głównie panie. Wtedy też przychodzi czas na wietrzenie szaf i sortowanie, w czym jeszcze zamierzamy chodzić, a w czym już raczej nie. I chociaż jej zawartości nadaje się jeszcze do noszenia, moda tak szybko się zmienia, że większość z ubrań albo wyszła z mody, albo już przestała się nam podobać. Dochodzimy do wniosku że trzeba się ich pozbyć i zrobić trochę miejsca na nowe rzeczy.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Planowany przy jeziorze

Kanał Wisła-Odra to inwestycja jeszcze bardziej mityczna, niż budowa nowej nitki drogi S-1, mającej od Mysłowic, przez Ustroń prowadzić na Słowację. Budowa planowanej od dobrych dwudziestu lat S-1 może się znów przesunąć, gdyż podobno zastrzeżenia zgłasza (w okolicach Bierunia i Oświęcimia) UNESCO. Natomiast Kanał Śląski Odra-Wisła, o którym mówi się od lat ponad pięćdziesięciu ma planowaną nową trasę, która tym razem ma prowadzić tuż przy Jeziorze Paprocańskim.

więcej

Partnerzy