Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy uważasz, że Dzień Górnośląskiej Flagi to dobra inicjatywa?

Wywiad

Zbiorowe wyparcie

Z Markiem Łuszczyną, autorem „Polskich Obozów Koncentracyjnych” rozmawia Dariusz Dyrda

ilustracja

- Ślązacy, którzy od lat mówią o polskich obozach koncentracyjnych przywykli do tego, że są zdrajcy, powinien się nimi zająć prokurator i mają wypieprzać do Niemiec. Czy po ukazaniu się Małej Zbrodni też pan odczuł wobec siebie taki hejt?
- Od razu. Naiwnie wierzyłem, że jeśli pojawi się jakaś krytyka, to merytoryczna. Że ci, którzy postawią mi zarzuty, najpierw przeczytają książkę. Ale nie, natychmiast zaczął się zmasowany atak na moją osobę.  W internecie, ale nie tylko. Nagle zaczęto szukać na mnie haków, zastanawiać się, czy może jestem resortowe dziecko, żydokomuna, bo antypolska świnia to jestem na pewno. I to, że powinien się mną zająć prokurator, sąd też. Przeraził mnie jednak poziom intelektualny oskarżeń, a raczej zupełny jego brak. Ludzie, którzy nie przeczytali ani kartki z mojej książki rościli sobie prawo do wypowiadania się o niej.  
- Wystarczał tytuł. I pan to doskonale wie. Chodzi o okładkę książki. Przy obozach koncentracyjnych słowo komunistyczne jest skreślone i zostaje jedynie „polskie”. Tymczasem środowiska nacjonalistyczne stale powtarzają, że Polska nie była wówczas suwerenna, więc były to obozy sowieckie, albo przynajmniej komunistyczne, ale nie polskie…
- Tak, to rzeczywiście ciekawe zjawisko, że piłkarska kadra Górskiego była polska, dream team  lekkoatletów lat 60. z Krzyszkowiakiem, Szewińską i innymi – polski, ale jak coś złego, to już nie polskie, to już komunistyczne. Ale prawda jest inna, tamta Polska była zależna od wielkiego brata zza Buga, miała suwerenności ograniczoną, jednak było to państwo polskie. I nie ma żadnych śladów wskazujących, bo sowieci narzucali, jak polscy komuniści mają spacyfikować wrogów komunizmu. Tym bardziej nie wskazywali, by ta powojenna Polska prowadziła akcje represyjne wobec mniejszości narodowych, etnicznych. To była już akcja czysto polska, bez sowieckiej inspiracji. Dotyczyła nie tylko Ślązaków, ale też Łemków, Ukraińców. W założeniu Rzeczypospolita Polska – bo pamiętajmy, że dopiero w 1952 roku zmieniła nazwę na Polską Rzeczpospolitą Ludową – miała być państwem jednolitym narodowościowo. Spoiwem społecznym nie mogła być ideologia, przyjmowana przez większość nieufnie, więc musiał nim być polski patriotyzm. Tak więc wszystkich, którzy się Polakami nie czuli należało zastraszyć, wypędzić, albo zabić. Stąd szerokie represje wobec Łemków, akcja Wisła wobec Ukraińców, którzy musieli się określić jako Polacy, a wtedy byli przesiedlani pod Opole, albo jako Ukraińcy – ale wtedy przesiedlani do ZSRR. No i oczywiście wobec Ślązaków, z którymi sprawa była propagandowo najprostsza, bo przecież wszystkich ich można było określić strasznym w uszach Polaków słowem „folksdojcz”. Także dziś w kwestii obozów koncentracyjnych na Śląsku można przeczytać, że na nic lepszego folksdojcze nie zasłużyli. Wracając jednak do obozów, zorganizowało je państwo polskie, starostwa i ministerstwo bezpieczeństwa wewnętrznego. Więc jeśli zgadzamy się, że hitlerowskie były niemieckie, to musimy się zgodzić, że powojenne komunistyczne były zarazem polskie.
- W odpowiedzi usłyszy pan, że różnica jest fundamentalna, bo Hitlerowi władzę Niemcy oddali sami,  w wyborach, a komunizm został przyniesiony na sowieckich bagnetach, więc polski nie był.
- Kolejny mit. Hitler nie zdobył władzy w sposób demokratyczny, NSDAP uzyskało dobry wynik wyborczy, ale nie na tyle, by przejąć władzę. Hitler sięgnął po nią drogą politycznych szantaży, zastraszania opozycji, a gdy tylko ją zdobył, zaczął tę opozycję błyskawicznie niszczyć, zaraz powstały obozy koncentracyjne dla jego niemieckich wrogów, a żadne następne demokratyczne wybory przez kilkanaście lat się nie odbyły. W rozumieniu liberalnych standardów nie ma więc mowy o demokratycznej legitymizacji władzy hitlerowców w Niemczech. No a w Polsce opór przeciw komunizmowi też wcale nie był tak duży, jak to się dziś sugeruje. Ludzie jednak widzieli, że Warszawa błyskawicznie podnosi się z gruzów, że kraj leczy wojenne rany, a komuniści podarowali chłopom ziemię w reformie rolnej, początkowo nie zwalczali Kościoła.
- Także politycy, zwłaszcza prawicowi, gdy książka się ukazała, krytykowali pana, podkreślając, że najwyraźniej nie wie, o czym pisze a tytuł jest kłamliwy, bo komunistyczne obozy pracy nie były jednak obozami zagłady.
- To raczej oni nie wiedzą, o czym mówią, nie rozróżniając pojęć obóz zagłady i koncentracyjny. Obozy zagłady w rodzaju Birkenau, były faktycznie wynalazkiem III Rzeszy, ale jeśli chodzi o koncentracyjne, to trudno znaleźć w Europie większy naród, który nie fundował ich swoim wrogom. Anglicy nie wypierają się swojego ludobójstwa na Burach, Belgowie w Kongu i Rwandzie, i tak dalej, i tak dalej. Jedynie w Polsce nie należy o obozach mówić, bo to rzekomo szkodzi dobremu imieniu Polski. W moim przekonaniu szkodzi mu zakłamanie, a nie prawda. Ale prawdą też jest, że w Polsce zaraz po wojnie nastąpiło zbiorowe wyparcie wiedzy o tych obozach. I trwa do dziś. Wiążę to z faktem, że uruchomiono je w ogromnej większości w byłych obozach hitlerowskich. Na Śląsku w Łambinowicach, na Zgodzie i innych miejscach, obok Śląska w Jaworznie, ale i w Warszawie obóz dla Niemców skorzystał z infrastruktury KL Warschau. Tak się głupio przyznać, że skorzystaliśmy z obozowej infrastruktury III Rzeszy.
- No właśnie, nas na Śląsku bardziej interesują te, w których lokowano Ślązaków, ale pana książka mówi też o wielu innych obozach koncentracyjnych na terenie Polski. Tym warszawskim, którego niemieccy więźniowie byli wykorzystywani do odbudowy Warszawy, ale i takich w Polsce wschodniej. W stosunku do tamtych termin „polskie” też wydaje mi się mniej uzasadniony, bo tam jednak zamykano ludzi nie z przyczyn etnicznych, narodowościowych, lecz po prostu wrogów komunistycznego ustroju i ich rodziny.
- Rzeczywiście, ale nie zmienia to faktu, ze nie były sowieckie, lecz polskie. Prześledziłem setki nazwisk ich komendantów, strażników – i nie znalazłem tam ludzi o rosyjskich imionach, nazwiskach.
- Za to można usłyszeć dużo o roli Żydów, przy okazji przywoływany jest zawsze złowrogi komendant ze Zgody, Salomon Morel…
- Tak, tak, żydo-komuna, wiem. Tylko, poza tym Morelem trudno wskazać innych. Zresztą uważam, ze rola Żydów podczas instalowania w Polsce komunizmu jest mocno przesadzona. Nawiązując jednak do pana wcześniejszych pytań, ten hejt w internecie wobec mnie i mojej książki ma także mocny wydźwięk antysemicki.
- Minęły dwa lata. Zainteresowanie książką spadło?
- Trochę tak, to oczywiste. Ale nadal mam sporo spotkań autorskich, zwłaszcza na Śląsku, a książka sprzedaje się nieźle, szczególnie pod koniec stycznia, gdy przypomina się Tragedię Górnośląską.•

 

Książka, która ukazała się dokładnie dwa lata temu, narobiła dużo zamieszania. Polskie środowiska nacjonalistyczne zawyły, że to jedno wielkie kłamstwo i szkalowanie narodu polskiego. Na Śląsku jednak „Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne” spotkały się z ciepłym przyjęciem, na spotkania z jej autorem przychodzi wiele osób. Sam autor, Marek Łuszczyna jest warszawskim dziennikarzem młodszego pokolenia. Studia dziennikarskie ukończył w 2006 roku na Uniwersytecie Warszawskim, pisywał do Życia Warszawy, Wysokich Obcasów, pracował też dla radiowej Trójki. Ma na koncie kilka książek reportażowych. Jak „Igły. Polskie agentki, które zmieniły historię: i drugą część „Zimne. Polki, które nazwano zbrodniarkami” – książki historyczne, ale też „Radosław Majdan. Pierwsza połowa” o burzliwym związku znanego piłkarza i piosenkarki Dody i innych szczegółach z życia piłkarza. W „Małej zbrodni” Łuszczyna zmierzył się z tematem trudnym i w Polsce wstydliwie skrywanym, wypieranym.

 

Wywiad

ilustracja

Chcę pokazać kłamstwa i hejt!

 W ciągu zaledwie kilku dni, od 8 czerwca, tyski lekarz Dawid Ciemięga zebrał w internetowej zbiórce niemal 50 000 złotych na film o antyszczepionkowcach, który zamierza nakręcić. Zbiórka wciąż trwa a Ciemięga jest zachwycony odzewem. Nie tylko z powodu wysokości kwoty – raczej dlatego, iż odzew ten jest dowodem, że według wielu z nas taki film jest potrzebny.

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Miasta Duchów

Czy to cień, czy jeniec były, polski, niemiecki, sowiecki? Czy to wiatr, czy echo dawnych salw? Wiatr hula, historia zawodzi, zwiedzać, czy brać za pas nogi? Cicho wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie…

Turystyka to nie tylko piękne pałace, strzeliste góry, czyste jeziora. Są tacy, którzy wolą zwiedzać miejsca ludne niegdyś, a dziś wymarłe. Miasta widma. Wiele takich na świecie, ale i na zachodzie Polski, na dawnych terenach niemieckich, także parę znaleźć można. Zapraszam do miast wymarłych.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Bóbr i żubr – dwa bratanki

Zanim komuś strzeli pomysł, żeby wybrać się na polowanie, proponuję sprawę wrzucenia żubra czy bobra na talerz zgłębić nieco bardziej. Miało być sezonowo – to będzie, powiem więcej – będzie i sezonowo i modnie. Otwartą głowę warto mieć zawsze – trzeba tylko pamiętać, żeby przy okazji nie wpadało do niej co bądź. Dlatego też to, co wpadło ostatnio niektórym smakoszom narodowym spróbuję przeanalizować i...przetrawić, wbrew zaleceniom - na chłodno.

więcej

Reportaż

ilustracja

Coś do jedzenia, proszę

Niedawno zaczęły się upragnione przez wszystkich wakacje, ale wakacje to nie tylko letni czas wypoczynku, w którym kurorty i wakacyjne miejscowości zapełniają się turystami… zwiększa się też liczba ludzi tam żebrzących. Pod tym względem wakacje niczym się nie różnią od okresu przed świętami, kiedy skokowo zwiększa się liczba ludzi w potrzebie, ale nie dajmy się zwieść - większość
z nich tak naprawdę nic ze zjawiskiem skrajnej biedy wspólnego nie ma, a takie żebranie może być dochodowym zajęciem.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Grosz do grosza…

Postanowiłam sprawdzić, jak to jest, gdy masz pieniądze na przyzwoite zakupy, ale są one w maleńkich nominałach. Grosz, dwa grosze, pięć groszy, dwadzieścia to już grubsza kasa. Dysponuję takimi zawsze, bo mój maż ma dziwny zwyczaj zbieractwa, a raczej porzucania po domu w przeróżnych miejsca drobnych monet, które ja, wychowana w szacunku do pieniądza, zbieram do wielkiego słoika… i zawsze mam dylemat, co zrobić z zebranymi miedziakami. No to dzisiaj sprawdzę, ile są warte. Ruszam w miasto!

więcej

Partnerzy