Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy uważasz, że dzieci nieszczepione nie powinny być przyjmowane do szkół i przedszkoli?

Wywiad

Pomówmy o Zaniemówieniu

z Justyną Wydrą, autorką powieści Zaniemówienie rozmawia Dariusz Dyrda

ilustracja

- Nie jest pani tyszanką, więc dlaczego na miejsce swojej powieści wybrała pani Tychy?

- Nie wybrałam, ona po prostu jest o Tychach. Bo stąd pochodzi moja ciotka, będąca pierwowzorem głównej postaci powieści, Hildy. Ciotka, siostra mojej babci Trudy. No i powieściowa Hilda też ma siostrę Trudkę. Ciotka po wojnie zaniemówiła. To znaczy po polsku zaniemówiła, do końca życia, mieszkając w Niemczech udawała, że nie rozumie; z babcią Trudą korespondowała tylko po niemiecku, kiedy ją odwiedziłyśmy na słowa polskie reagowała jak na język zupełnie obcy. A przecież języka, w którym przed wojną ukończyła całą edukację, zapomnieć zupełnie nie mogła. Nie mogła tym bardziej zapomnieć śląskiej godki, w której mówiła aż do1945 roku, kiedy ze swoim mężem, lotnikiem Luftwaffe, wyjechała do Niemiec. Więc to jej polskie zaniemówienie mnie fascynowało i postanowiłam o tym napisać powieść. Oczywiście osadzoną na Śląsku. Ale Śląsk mój, dawny, rodzinny, który znam z przekazów babci, dziadka i dalszej rodziny, to Tychy. Bo choć sama jestem od zawsze gliwiczanką, to moja rodzina ze strony mamy jest z Kresów i z Kielecczyzny, ale ze strony ojca wszystko tyszanie. Więc wojenne Tychy było mi sobie wyobrazić najłatwiej. Chociaż oczywiście, zanim siadłam do pisania, sporo o nich czytałam, głównie opracowań ze zbiorów Muzeum Miejskiego.

- Pewne wydarzenia są jednak zupełną literacką fikcją. Jak choćby rozstrzelanie miejscowych, autochtonów, za udział w SS, przez nową władzę. Takie wydarzenie w Tychach miejsca nie miało.

- Owszem, miało miejsce w okolicach Gliwic. Ale jak pan wspomniał, to literacka fikcja, bo jednak z powieścią, a nie reportażem mamy do czynienia. Chciałam jednak oddać tę niezwykłą śląską specyfikę, jakże inną od polskiej narracji. Ja sama do pewnego momentu niewiele o niej wiedziałam. Niby coś tam w rodzinnych opowieściach słyszałam, ale w młodości, w latach szkolnych, studenckich, o wiele bardziej chłonęłam tę rodzinną narrację ze strony mamy. Żyłam Lwowem, żyłam losami babci w Batalionach Chłopskich, wtedy ta polska heroiczna historia była moją. Na historię śląską otwarłam się znacznie później. Zafascynowała mnie, i chciałam o niej opowiedzieć.

- I jest to opowieść bardzo prawdziwa. Opowieść o ludziach, którym bycie Polakiem albo Niemcem przychodzi z taką samą łatwością, albo trudnością. Bo tak naprawdę ani jednymi ani drugimi nie są. Więc syn powstańca śląskiego walczący w SS, więc powstaniec śląski, który po wojnie jest wyzywano od folksdojczów, mimo, że wraz z Niemcem wyciąga z obozu Auschwitz Rudolfa Zarębę. Rudolf Zaręba to akurat postać prawdziwa, patron tyskiej SP 1 i jej przedwojenny i powojenny dyrektor. To, że tyszanie go z Auschwitz wydostali też jest prawdą. Większość postaci jest jednak fikcyjna, chociaż ja, ze starotyskiej rodziny rozpoznaję te prawdziwe. Przynajmniej niektóre. I przypominają mi się miejsca. Bo choć dziś na dom weselny koło tyskiego Rynku wszyscy mówią Polonez, to pani powieść przypomniała mi, jak mówiono o nim w latach mojego dzieciństwa, czterdzieści lat temu. To rzeczywiście było U Strzeleckiego a nie żaden Polonez, nawet jeśli taki szyld wisiał. Ja tę powieść czytałem jakby trochę o mojej rodzinie, i prawdę powiedziawszy do końca zastanawiałem się, czy kogoś z krewnych na jej łamach nie spotkam.

- Owszem, jest kilka postaci prawdziwych, jak właśnie Zaręba czy złowrogi jego następca, a zarazem aktywista NSDAP Otto Gambig. Jak proboszcz Osyra. Jednak inne postaci albo wymyśliłam zupełnie, albo ulepiłam jedną z kilku osób, o których miałam szczątkowe informacje. W powieści postaci tworzy się na potrzeby fabuły.

- Jednak będąc stąd od pokoleń, mam kilka zastrzeżeń, uwag, które mnie w lekturze czasem drażniły, czasem bawiły.

- Na przykład?

- Na przykład polscy partyzanci w lasach pszczyńskich. Jakaś tam, niewielka, polska konspiracja na Śląsku była, ale żadnych partyzantów. Nie mogli tu istnieć, bo nie mieliby oparcia w rdzennej ludności. Do kogo niby tacy partyzanci mieliby strzelać, do swoich braci i kuzynów w mundurach Wehrmachtu czy nawet SS?

- Tak, wiem, ale dla potrzeb fabuły musiałam mieć tych partyzantów gdzieś w pobliżu. Mogli być naprawdę w okolicach Jaworzna, Brzeszcz, ale to już trochę za daleko. Zresztą są oni epizodyczni, występują tylko w rozmowie bohaterów.

- Dalej imiona chłopców. Jasiek, Józek. Na Śląsku nikt tak tych imion nie zdrabniał. Na małego Jana jeszcze dwadzieścia lat później w śląskich domach wołano Hanek (ewentualnie Hanik) na Józefa –Zeflik. A na przykład na Henryka Hajnel. Mnie ten Jasiek zgrzyta, nawet jeśli dialogi są, jak pani podkreśla, dla ułatwienia lektury, po polsku a nie śląsku.

- Hmmm, przyznam się panu, że o tych zdrobnieniach nie miałam pojęcia. To znaczy niby gdzieś tam je słyszałam, ale w moim pokoleniu, nawet na Śląsku, żadnych Zeflików czy Haników już nie było.

- Podobnie w pani powieści na pobliskie jezioro mówi się Paprocany. Nikt go tak wtedy nie nazywał, bo Paprocany to była wieś między Tychami a tym jeziorem, zaś ono samo to Paprocyński Staw. Wobec samego jeziora zaczęto używać nazwy Paprocany dopiero, gdy w latach 60. XX wieku wybudowano nad nim ośrodek rekreacyjny o tej nazwie.

- No cóż, punktuje mnie pan, ale sam przyznał, że jest ze starotyskiej rodziny a dzieciństwo spędził we wsi Paprocany. Dorastał pan tu w czasach, gdy masowo jeszcze żyli ludzie urodzeni w XIX wieku, a ci tyscy żołnierze Wehrmachtu byli dopiero w wieku średnim. Jest więc pan jakby tamtych Tychów ekspertem. Ja natomiast starałam się oddać klimat wojennych Tychów jak najlepiej, ale to nie Warszawa, nie ma pisanych źródeł, jak nazywano to, jak tamto. I może jeszcze kilkudziesięciu czytelników, takich jak pan, wyłapie te nieścisłości, ale dla całej reszty, już nie tylko z Warszawy, ale choćby Katowic, nie ma ta nazwa większego znaczenia. Poza tym to trochę kwestia stylu, warsztatu. Jedni pisarze są bardzo wyczuleni na każdy detal, dla innych - i ja się do nich zaliczam – otoczenie jest drugorzędne, wobec postaci. To one budują fabułę, a otoczenie musi do niej jedynie pasować. Na tej zasadzie w tyskiej powieści musi być Browar Książęcy, a nie może być kopalni. Ulice muszą się nazywać tak, jak się wtedy nazywały, czyli Adolf Hitler Strasse (obecnie Damrota) czy Horst Wessel Strasse (obecnie Sienkiewicza), ale proszę zauważyć, że już tyskie Hitlerjugend śpiewa w Zaniemówieniu swój hymn w przekładzie na polski. Bo uznałam, że ważniejszy jest sens tych słów, niż oryginalne niemieckie brzmienie.

-No i jeszcze jedno, co kładę na karb pani płci, mniej się militariami interesującej. Willi Jenike po dezercji z wojska przestaje być oficerem Luftwaffe i zostaje zdegradowany do szeregowca w karnej kompanii. To jest w porządku. Ale on w tej karnej kompanii jeździ Tygrysem, a ten był na wyposażeniu jednostek elitarnych, a nie karnych!

- No więc nie docenia pan mojej płci. Kiedyś czytałam wspomnienia żołnierza karnej kompanii Wehrmachtu i samą mnie zdumiało, że te jednostki też miały czołgi.

-Ale nie Tigry!

-Raczej nie, ale dla przeciętnego Polaka każdy inny hitlerowski czołg jest anonimowy. Nawet Pantera. A czołgista nie może jeździć czołgiem po prostu, musi konkretnym, tak jak Rudy z Czterech Pancernych był T-34. Więc chociaż to rzeczywiście niemal nieprawdopodobne, Willi w karnej kompanii walczy na Tygrysie.

- I tęskni za Hildą. Poruszająca jest historia obu sióstr Widera. Chyba bardziej Rosy, miejscowej piękności, która wychodzi za mąż za nazistę, bo ten w przeciwnym razie wsadzi jej rodzinę do Auschwitz. A ma poważne podstawy. Śląsk to nie Polska, Ślązaka tak po prostu, bez powodu, nie można było tam wysłać, ale ojciec Widera nabroił przeciw III Rzeszy tak, że …

- Proszę, niech pan nie kontynuuje, bo ewentualnym przyszłym czytelnikom zepsuje pan radość śledzenia fabuły.

- Kilka tysięcy czytelników już Zaniemówienie zna. Tacy jak ja odnajdują w niej jakby elementy własnych, rodzinnych historii. Większość Tyszan, przybyłych tu z różnych stron Polski, przez pryzmat tej powieści lepiej pozna historię swojego miasta a nawet może zrozumie, zupełnie inną od historii reszty kraju – historię Śląska. Ale jak odbierają pani powieść czytelnicy z innych regionów Polski?

- Takim murem. Murem niewiary. No bo jak to, im się stale opowiada, że Ślązacy tęsknili za polską macierzą, że nawet jeśli podpisywali volkslistę, to pod przymusem, a tu miejscowi, Ślązacy, mówiący na co dzień gwarą a nie po niemiecku, wstępują do NSDAP, dziewczyny flirtują z hitlerowskimi oficerami. Tylko nieliczni trwają przy polskości.

-A i tak rozmawiamy o miejscu bardzo nietypowym, bo Tychy były jednym z kilku zaledwie miasteczek, gdzie w plebiscycie 1921 roku oddano znacznie więcej głosów za Polską, niż Niemcami.

-Tak, ten fenomen polskości w Tychach jest zadziwiający. Ale to także przyczyna, dla której historia Zaniemówionej dzieje się tutaj. W innych, bardziej proniemieckich miastach nie mogłaby się wydarzyć.

- Niemniej nawet w Tychach bawi mnie, gdy czytam, że jeden z bohaterów idzie przez miasto w znienawidzonym mundurze SS. Tu ten mundur nie był znienawidzony, niemal każda dziewczyna była szczęśliwa, gdy SS-man zaprosił ją na randkę. Co więcej, nijak nie potrafię zrozumieć, skąd on ten mundur wziął, jeśli dopiero ma skierowanie do SS. Nowozaciężny żołnierz każdej armii świata dostaje mundur, gdy się zgłosi do jednostki, a nie szyje go sobie czy kupuje w sklepie.

- Z tym mundurem też mi się tak wydawało, ale zaufałam profesorowi Kaczmarkowi, który pisał, że ci nowozaciężni czekali już na dworcu w mundurach. Natomiast niech pan pamięta, że Botor zakłada mundur SS, gdy Niemcy wojnę już przegrywają. Nawet w Berlinie mundur ten nie wzbudza już wtedy entuzjazmu, więc cóż dopiero w Tychach, gdzie ludzie zdają sobie sprawę, że niedługo zapewne wróci tu Polska. A Polacy nie mają za co SS-manów kochać. Proszę pamiętać, że z Tychów do Auschwitz było bliziutko, tyszanie zaopatrują ten obóz, choćby w piwo dla strażników, i nie tylko wiedzą, co tam się dzieje, ale też jakie mundury ci strażnicy noszą. Tak wiec gdy Botor zakłada ten mundur, to wielu go jednak w Tychach nienawidzi. Bo wie pan, prawdziwym jest zdanie, że Ślązacy nie bali się Niemców - ale nazistów tak. Zresztą bało się ich także wielu Niemców. Przecież to nie Polacy, ani nawet nie Żydzi, byli pierwszymi więźniami obozów koncentracyjnych. Najpierw zapełnili je ci Niemcy, którym nie podobała się hitlerowska dyktatura.

- I polscy czytelnicy, z którymi się pani spotyka, tę złożoność rozumieją?

- Z trudem, Polacy lubią, żeby historia była czarno-biała. Ci byli nasi, a tamci byli wrogowie. Na Śląsku takie proste stereotypy nie działały. Tutaj nie stawało się wrogiem ani przyjacielem za przynależność do jakiegoś narodu, tylko za to, jakim jest się samemu człowiekiem. I o tym Zaniemówienie odpowiada.

- Ale Hilda jakby przeczy tej tezie, zaniemówiła po polsku i po śląsku, więc chyba stały się to dla niej języki wrogów, mimo że była Ślązaczką, wychowaną w polskim duchu.

- Każdy czytelnik musi sam ocenić, czemu zaniemówiła. Natomiast jeśli chodzi o jej pierwowzór, moją ciotkę, to prawda, jak się później dowiedziałam, była o wiele bardziej prozaiczna. Po prostu jej niemiecki mąż nie życzył sobie polskiego w swoim otoczeniu.

- Chyba wyczerpaliśmy temat?

- Chyba tak. Pozwoli pan jeszcze, że przeznaczę egzemplarz Zaniemówienia na jakiś czytelniczy konkurs w Echu.

- Dziękuję.

Wywiad

ilustracja

Pojazd uprzywilejowany to mit

Rozmowa ze starszym brygadierem Piotrem Szojdą, komendantem Państwowej Straży Pożarnej w Tychach

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Konstytucja nie dumy lecz wstydu

Druga na świecie, wyprzedzająca swoją epokę, pionierska, postępowa – za kilka dni znów uraczą nas opowieściami o Konstytucji 3 Maja. I wszystko to będzie prawdą. Tylko… uchwalenie tej konstytucji było jedną z największych głupot, jakie w swojej historii zrobili Polacy.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Bażant dla każdego

Kiedyś podawany jako rarytas przeszedł długą i trudną drogę kulinarną, żeby po wielu latach znów wrócić do naszego menu. Znów jako rarytas. Zdaję sobie sprawę z tego, że bażant traktowany jest jako zbyt wyrafinowany, trudno dostępny i drogi przysmak – usłyszałam nawet, że wręcz „pretensjonalny”. To nie jest do końca prawda, choć znając jego losy (ostatnie sto lat omal nie skończyło się dla niego tragicznie) podejrzewam, dlaczego myślimy o bażancie jakby dalej chadzał wyłącznie po sarmackich stołach. Skoro mamy dostęp do kawioru, możemy w każdej chwili skoczyć na sushi lub ramen, albo w formie ciekawostki spróbować strusiny w praktycznie każdym większym mieście, to uwierzcie – bażant nie będzie już takim wyzwaniem.

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Każdy obcy to wróg - niebezpieczne dzielnice

W każdym mieście mieszkaniec może wskazać miejsce grozy, gdzie strach spacerować gdy zgasną ostatnie promienie słońca. Nie inaczej jest na Śląsku. Powodów z których do niektórych miejsc śląskich miast przylgnęła łatka dzielnic grozy jest wiele, począwszy od biedy, częstych libacji alkoholowych, a na wysokim odsetku przestępstw kończąc. W niektórych miastach przyczyniły się do tego makabryczne wydarzenia, które po czasie urosły do wielkości legend miejskich, skutecznie odstraszających mieszkańców. Czasem by zebrać baty wystarczy być „obcym” na dzielnicy, wiec jak się nikogo tam nie zna, lub nie idzie się w konkretnym zamiarem odwiedzanie kogoś, lepiej się tam nie zapuszczać. A jak wygląda dziś sytuacja w miejscach grozy oraz gdzie się znajdują? Czy miasta starają się zmienić wizerunek tych miejsc?

więcej

Partnerzy