Wywiad

Czasem włącza mi się „śląski tryb”

Rozmowa z Waldemarem Cichoniem, tyskim pisarzem, autorem książek dla dzieci

ilustracja

– Niedługo premiera Twojej najnowszej książki. Zadowolony?
– Zdenerwowany. I przestraszony. Jak zawsze przed premierą.
    – Trema? Z Twoim dorobkiem?
– Trema jest zawsze, a dorobek, jaki by nie był, nie ma żadnego znaczenia. Wiadomo: im dalej
w las, tym więcej drzew.  Moja Żona – a równocześnie najlepszy przyjaciel od 25 lat i wydawca moich książek od lat kilku – śmieje się zawsze, że przed premierą przechodzę automatycznie w „tryb śląski”.
    – To znaczy?  
– Taki stereotypowy zestaw postaw i zachowań, typowych dla rodowitego Ślązaka, czasami pomagających w życiu, a czasami wręcz przeciwnie... W tym konkretnym przypadku łażę i się zamartwiam: spodoba się czy nie, mówiąc po śląsku: „Jesderkusie, bydzie łone eli niy bydzie?”. Nic nie poradzę, jestem prostym synkiem ze Żwakowa… kiedyś wsi pod Tychami, dziś Tychów dzielnicy, gdzie co i rusz wyrastają „ekskluzywne apartamenty”.
– Bez kokieterii, proszę! Napisałeś i wydałeś 12 książek dla dzieci, z których część ma status bestsellera, bo sprzedały się w łącznym nakładzie prawie 250 tysięcy egzemplarzy, a jedna trafiła nawet na listę lektur MEN. Niezłe osiągnięcie, jak na prostego synka ze Żwakowa.
   – Dobra, dobra… Historia literatury pełna jest przypadków pisarzy, którzy wydali jedną czy dwie dobre książki, a potem nastąpiła spektakularna klapa.
– To o czym jest ta najnowsza?
   – Jak większość tego, co napisałem, o Cukierku. Najbardziej niezwykłym kocie na świecie. „Dasz radę, Cukierku!” to już ósma część jego przygód.
– A pierwsza? Skąd się wzięła?
– W życiu nie sądziłem, że będę pisał książki, choć właśnie przez całe życie o tym skrycie marzyłem, ale wiadomo, zawsze włączał mi się „śląski tryb”…
– Czym objawiający się tym razem?
– Niewiarą w siebie i tą śląską, excuzes le mot, „dupowatością”, o której wspomina Kazimierz Kutz. „A kto to wyda, to się nie uda, siedź w kącie, a znajdą cię”. Nawet nie próbowałem, choć ponoć każdy
z nas nosi w sobie książkę. Ja swoją nosiłem w sobie od dawna. I tak bym ją nosił po dziś dzień, gdyby nie przypadek.  Pewnego dnia okazało się, że mój pierworodny syn Marcel, dziecko wychowane
w domu pełnym książek, obcujące z literaturą i czytaniem od samego początku – bo oboje z Żoną jesteśmy książkowymi molami i dom jest dosłownie zawalony książkami – nie chce czytać i nie da się go do polubienia tego czytania zmusić ani prośbą, ani groźbą. Trzeba więc było sposobem.
– Jakim?
– Pomyślałem, że każde dziecko z chęcią przeczytałoby o sobie. Pisać trochę umiałem…
– Bo byłeś w przeszłości dziennikarzem. Między innymi w Tychach, w lokalnej prasie.
   – Też, choć potem przeszedłem na Ciemną Stronę Mocy – do reklamy i pijaru, gdzie spędziłem więcej czasu niż w żurnalistyce. W każdym razie, po kolejnej awanturze z Marcelem, który zamiast czytać książkę siedział, jak to dzisiaj mówią „na tablecie”, zacząłem pisać opowiadania, których bohaterami był Marcel i jego kot Cukierek. Zwierzak trafił do nas kilka miesięcy wcześniej i dał nam zdrowo popalić…
– Taki rozrabiaka?
– Mało powiedziane. Odsyłam do książek, bo część przygód, jakie go w życiu spotkała, choć wydaje się nieprawdopodobna, wydarzyła się naprawdę. Pomyślałem, że to dobry materiał na krótkie, śmieszne opowiadania z pozytywnym przesłaniem i bez natrętnego moralizatorstwa, ot, tak dla wywołania uśmiechu i dobrej zabawy. No to siadłem i je napisałem. Do szuflady, a właściwie do czytania, bo to co napisałem wydrukowałem na zwykłej domowej drukarce i co wieczór czytałem synowi przed snem. Raz nie mogłem, więc zastąpiła mnie Żona. Wychodzi z pokoju Marcela i mówi: „dobre to jest, trzeba to wydać”.
– A Ty co na to?
– Zgadnij.
– „Tryb śląski”?
– Tak jest. Tylko, że mojej Żonie się nie odmawia.
– Jasne… Ślązaczka?
– Poniekąd. Z Dolnego Śląska. Ale ma dożywotni tytuł honorowej Górnoślązaczki.
– Zatem…
– Tak długo wierciła dziurę w brzuchu, że w końcu postanowiłem spróbować. Po dwóch latach poszukiwań udało się znaleźć zainteresowane wydawnictwo. „Cukierku, Ty łobuzie!” rynek przyjął z umiarkowanym entuzjazmem, książka została wydrukowana
w dość niskim nakładzie 2,5 tysiąca egzemplarzy i rozeszła się w kilka tygodni, potrzebny był dodruk, potem kolejny i jeszcze jeden… Dziś, po tych wszystkich latach tych dodruków było już kilkanaście, łączna liczba sprzedanych egzemplarzy wszystkich części – bo, jak wspominałem, książek w serii jest osiem – dobija do 300 tysięcy. Odbyłem setki spotkań autorskich w całej Polsce, dzieciaki, ku mojemu zdziwieniu, pokochały Cukierka do tego stopnia, że w Polsce powstało kilka jego fan-klubów. W międzyczasie założyliśmy z Żoną własne wydawnictwo – ona rzuciła, co mi niesłychanie pochlebia, dobrze rozwijającą się karierę menedżera w korporacji i zajęła się rozwojem mojej, pożal się Boże, tzw. kariery, ja podziękowałem za posadę pijarowca i zostałem pisarzem na cały etat.
– Sukces.
– Jak na polskie warunki, owszem.
– Przyznajesz się bez uruchamiania „śląskiego trybu”?
– Nauczyłem się przyjmować pochwały, jeśli oczywiście na nie zasłużyłem, i nie zaprzeczać obłudnie. Nie było łatwo.
– A jak to było z tą lekturą?
– Jak Boga kocham, nie mam zielonego pojęcia. Pewnego dnia zadzwoniła do nas koleżanka Żony i mówi: „Zośka (moja Żona ma na imię Joanna, ale wszyscy mówią do niej Zośka) ten wasz Cukierek jest na liście propozycji lektur do nowej podstawy programowej”. Sprawdziliśmy i rzeczywiście był. Szok i niedowierzanie. Ja oczywiście „śląski tryb”, bo to dopiero propozycja, na pewno nic z tego nie będzie, a Zośka – „zobaczysz, uda się”. No i się udało.
– Jak się to załatwia?
– Ha, robisz to samo, co wszyscy! W Polsce przecież nie da się przecież osiągnąć nic własnymi umiejętnościami czy ciężką pracą, wszystko się „załatwia”, prawda? Z początku walczyłem z tym stereotypem, ale od jakiegoś czasu
z wrodzonej przekory świadomie go utrwalam. Gdy mnie ktoś pyta, jak to załatwiłem, wydymam lekceważąco wargi i mówię, cedząc słowa: „no przecież wiadomo, KTO JESZCZE W TYM KRAJU LUBI KOTY”. W zależności od tego, po której stronie międzyplemiennego sporu pomiędzy polskimi odpowiednikami Tutsich i Hutu stoi pytający, wywołuję albo euforię, albo przerażenie. Sprawia mi to niesłychaną radość.
– Marcel polubił czytanie?
– Tu poniosłem częściową porażkę, czasem sięgnie po jakąś książkę, ale generalnie szału nie ma. Maciek, mój młodszy syn, czyta chętniej, ale trzeba go zaciekawić. Wtedy pochłania książkę tak jak ja w dzieciństwie – w jeden dzień. Generalnie trudniej dziś przekonać dzieciaki do czytania. Konkurencja za duża i za bardzo atrakcyjna, piktogramy i obrazki wygrywają ze Słowem.
– Oprócz książki o Cukierku, jesteś też m.in. autorem dwóch książek o historii Górnego Śląska – „Zdarziło sie na Ślonsku” oraz „Tam, kaj rodzom się djamynty”…
– Długo szukałem książek dla dzieci traktujących o historii naszego regionu, bo chciałem przekazać moim synom trochę wiedzy o dziejach ich hajmatu. Wszystkie, które znalazłem, były skażone czymś, co określam mianem „paradygmatu krupnioka”: my Hanysy, som my fajni, fedrujemy, a po szychcie jemy żur, gromy w szkata, dziwiymy sie na szpil fuzbalu – ja akurat piłki nożnej nie cierpię, całe życie kibicuję hokejowi – i idymy do gospody na piwo, gdzie przy okazji pośpiewamy sobie pseudobawarskie piosenki. Koszmar. Tymczasem nasza spuścizna historyczna i kulturowa jest przebogata, pełna niesamowitych historii i postaci „wartych pieśni”, jak określił to jeden z moich Mistrzów, Zbigniew Herbert. W obydwu książkach opowiadam historie wielkich Ślązaków – wynalazców, sportowców, naukowców, odkrywców – przykurzonych i pokrytych patyną czasu i niewiedzy; ludzi, którzy dokonali niesamowitych rzeczy, a są w Polsce i na Śląsku praktycznie nieznani. Na początku miały być tylko po śląsku, jednak Darek Wanat, ilustrator,
z którym współpracuję od lat, jest beznadziejnie gorolskim gorolem z Łodzi i niy poradzi po naszymu. Musiałem więc te historie przetłumaczyć na literacką polszczyznę. Jak już to było zrobione, pomyślałem, że po pierwsze, trochę tego szkoda, po drugie dwujęzyczność pozwoli nie zamykać tych historii w śląskim grajdołku i ograniczać odbiorców do grona tych, którzy znają śląszczyznę. Trawestując klasyka: „niechaj narodowie wżdy postronni znają, że Ślązacy nie gęsie i swoich bohaterów mają”.
– Będzie trzecia część?
– Kiedyś na pewno, bo całość została pomyślana jako tryptyk. Na razie zbieram materiały i fundusze. Pomysłów i chęci nie brakuje, trochę gorzej z finansowaniem. Wydanie książki kosztuje krocie, czas zwrotu zainwestowanych środków jest długi, a moje książki o Śląsku nie cieszą się taką popularnością, jak te o Cukierku… Mimo wszystko chcę je pisać i wydawać, traktując to jako spłatę zobowiązań wobec regionu i kultury, które mnie ukształtowały.
– Chyba właśnie włączył Ci się „śląski tryb”…
– Nie tak łatwo go wyłączyć. Ale on ma też swoje dobre strony.
– Dziękuję za rozmowę  

Rozmawiał   Adam MOĆKO

 

Wywiad

ilustracja

Poparcie dla aspiracji Ślązaków

Z Łukaszem Kohutem, liderem partii Wiosna na nasze województwo rozmawia Dariusz Dyrda

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Optyka bez demonów

 Witelo – naukowiec nr 2. średniowiecza był Ślązakiem

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Niedoceniany długouch

Królik europejski pojawił się na Półwyspie Iberyjskim około pół miliona lat temu. Stamtąd, dzięki Fenicjanom rozprzestrzenił się po całej Europie i w rezultacie od trzech tysięcy lat gości na naszych stołach jako tradycyjne mięso - najczęściej podawane podczas świąt. Dość kontrowersyjne, bo przez wieki królik przeszedł w naszych oczach niemałą metamorfozę – od zwierzyny łownej, która zapewniała pożywny posiłek i futro pomagające przetrwać mroźne zimy, przez uciążliwego szkodnika aż po...domowego pupila.

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Psia kość czyli o psach sprzed wieku

Mówi się że pies jest największym przyjacielem człowieka. Szczęśliwy czworonóg obdarzy swojego pana miłością bezwarunkowo. Na pewno każdy słyszał kiedyś w swoim życiu historie o psie, który czekał na swojego pana na jego grobie. Pies jest przyjacielem, przewodnikiem, opiekunem,’ obrońcą; jest tym wszystkim dla człowieka, w zależności czego potrzebuje. Mówi się, że pies upodabnia się do swojego ludzkiego towarzysza, ale warto pomyśleć, jak my zmieniliśmy psa, tylko po to by sprostał naszym - czasem dziwnym - wymaganiom.

więcej

Partnerzy