Sondaż publiczny

Czy uważasz, że ze smogiem, który znów się zaczyna, uporamy się:

Wywiad

Stanisław Kawęcki: - Najważniejsze, żeby robić to co się lubi

„Jeśli chcesz być nadzieją przyszłości musisz przejąć pochodnię od swojego dziadka i babci” - powiedział papież Franciszek podczas Światowych Dni Młodzieży w Polsce w lipcu 2016 roku. W myśl tych słów na łamach Echa cyklicznie publikujemy relacje seniorek, seniorów z cyklu "Babciu, Dziadku opowiedz swoim wnuczętom. Nie wystarczy bowiem zadzwonić tylko do nich od czasu do czasu pytając zdawkowo o zdrowie i jak leci, aby dowiedzieć się jak ciekawe historie mają do opowiedzenia. Dzisiaj z tego cyklu przedstawiamy rozmowę Danuty Wencel z Stanisławem Kawęckim, którego pasją jest turystyka.

ilustracja

ECHO: - Czy był pan żywym dzieckiem? Bardziej niż inni zainteresowanym tym, co dzieje się wokół?
Stanisław Kawęcki
: - Urodziłem się w czasie II wojny światowej w Bystrzycy w woj. lubelskim. Ojciec, Tadeusz, pracował w tych ciężkich latach dorywczo jako szewc, mama, Franciszka, była gospodynią domową i wychowywała mnie najstarszego oraz dwóch braci: Tadeusza i Lecha oraz siostrę Grażynę.
Po zakończeniu wojny ojciec udał się za pracą do Wałbrzycha. Dostał ją w kopalni Victoria jako elektryk. Zamieszkaliśmy niedaleko kopalni w Sobięcinie, obecnie dzielnicy Wałbrzycha, w bardzo ciekawym dwupiętrowym poniemieckim domu. Mieszkało tam 6 rodzin. Mieliśmy dwa pokoje z kuchnią oraz ogródek, podobny do dzisiejszych działek. Do przedszkola nie chodziłem. Najczęściej „matkowałem” mojemu rodzeństwu, które musiałem pilnować i zabawiać, gdy mama szła na zakupy. Czasami zostawał
z nami starszy brat ojca, który uczył nas czytać.
Były to inne czasy, bez telewizji, komputerów i innych wynalazków. Na podwórku były huśtawki, które cały czas „okupowały” dzieciaki. Graliśmy też w nożyki zwane „kozikami”. Nauczyliśmy się z ich pomocą wycinać fujarki
z wierzbowych gałązek, na których potem wygrywaliśmy różne melodie, podobnie jak na źdźbłach zbóż.
W niedzielę chodziliśmy całą rodziną do pobliskiego parku. Rozkładaliśmy koce i prowiant, podobnie jak inne, czasami nieznane rodziny. Był nawet akordeon i starsi wspólnie śpiewaliśmy i tańczyli.
Tworzyły się piękne wspólnoty. Do 1949 roku w naszym domu mieszkali Żydzi. Bardzo miło ich wspominam. Pamiętam, jak mama rodziła w domu, to Żydówki się nami opiekowały, przynosiły nam, egzotyczne wtedy dla nas, pomarańcze, które dostawały
w paczkach z Izraela. A w każdą sobotę (żydowski szabat) zapraszali nas na ulubione mace. Bardzo się lubiliśmy. Niestety, mama ciężko zachorowała z powodu mieszczących się w pobliżu dwóch koksowni i musieliśmy zmienić klimat. Rodzice zdecydowali się powrócić
w rodzinne strony. Moje dzieciństwo dobiegło końca.
ECHO: I przyszedł czas na szkołę. Lubił się pan uczyć?
Stanisław Kawęcki
: - Opuściliśmy Wałbrzych i osiedliliśmy się w woj. lubelskim. Tata znalazł pracę w fabryce łożysk (Kraśnickie Zakłady Wyrobów Metalowych). Dostaliśmy mieszkanie służbowe na osiedlu fabrycznym Budzyń (tam Niemcy założyli w czasie
II wojny światowej filię obozu Majdanek). Potem nazwa Budzyń została zmieniona na Kraśnik Fabryczny. Mieliśmy bardzo dobrych, oddanych przedwojennych nauczycieli, którzy nie tylko uczyli, ale i wychowywali, a także uczyli dobrych manier. Pamiętam jak
w V czy VI klasie pojechaliśmy na wycieczkę do Krakowa i Zakopanego. Nasza wychowawczyni, wspaniała polonistka, gdy zauważyła, jak my jemy, po powrocie do szkoły zorganizowała lekcje zachowania przy stole, na której uczyła nas, jak trzymać łyżkę, nóż i widelec. Przecież w niektórych domach jadło się wtedy ziemniaki z jednej miski łyżką.
Nauka łatwo przychodziła mi do głowy. Żadne przedmioty nie sprawiały mi kłopotów. Lubiłem słuchać nauczycieli i po powrocie do domu zasiadałem do odrabiania lekcji. Wszyscy teraz narzekają, że jest dużo zadawane, a my pisaliśmy wypracowania na kilka stron i to była norma.
Nie było telewizji, więc dużo czytaliśmy, rozwijając wyobraźnię. Mieliśmy czas na piłkę, podchody w lesie i inne zabawy. Pamiętam też jak po śmierci Stalina musieliśmy trzymać wartę przy jego portrecie. Zmienialiśmy się co 15 minut. Zamiast lekcji cała szkoła została spędzona do świetlicy, gdzie przez kilka godzin słuchaliśmy w radio transmisji z pogrzebu w Moskwie.
ECHO: Szkoła średnia była wyzwaniem?
Stanisław Kawęcki:
- Poszedłem do liceum im. Mikołaja Reja, które przeniesiono trzy lata wcześniej z Urzędowa. W świetlicy wisiał  namalowany na ścianie wielki portret patrona szkoły. Rej w pobliżu, w Rejowcu onegdaj miał swoje majątki.
Dobrze, że z podstawówki wyniosłem solidną wiedzę z języka polskiego i mogłem jasno wyrażać swoje myśli. W liceum zaczęto mi wpajać jakieś slogany. Nie były to ciekawe lekcje. Taka sztampa, w którą nas wkładano bez naszej wiedzy. Polubiłem więc przedmioty ścisłe: matematykę i fizykę, bo były konkretne.
Ze szkoły średniej pamiętam trochę przygód i ciekawych historii. 12 kwietnia 1961 r. Jurij Gagarin leciał na Księżyc wokół Ziemi w kosmosie, a było to tuż przed maturą. Poszliśmy na wagary, gdyż nasza „paczka” poprzedniego wieczora brała udział w „akcji poprawiania ocen w dzienniku” i zostaliśmy złapani na tym przez woźnego. Spaliśmy w lesie na gałązkach sosnowych. W nocy był mróz, który dał nam się we znaki. W wyniku tej „akcji” dwóch naszych kolegów zostało przeniesionych do innej szkoły, kilku, w tym i mnie, obniżono sprawowanie. Maturę zdałem jednak bez problemu. Matematyka była łatwizną, zadania zrobiłem w godzinę. W jeden dzień pisałem i zdawałem egzaminy ustne z pięciu przedmiotów maturalnych.
I dało się!
ECHO: - A co po maturze? Studia? Praca?
Stanisław Kawęcki
: - Mama bardzo chciała, abym został lekarzem lub prawnikiem, ja jednak złożyłem papiery na Wydział Elektryczny Politechniki Warszawskiej. Egzaminy zdałem i 2 października otrzymałem indeks studenta. Ówczesny mój dziekan opracował ciekawą
i nowatorską koncepcję komunikacji w Zakopanem mającą na celu wyeliminowanie smogu. Na wydziale zaczynało studia 165 studentów, w tym kilka pań, m.in. Zofia Ochab, córka ówczesnego przewodniczącego Rady Państwa. Było dużo więcej zajęć niż obecnie, i to przez 6 dni w tygodniu.
 Dwa pierwsze lata minęły spokojnie. Najtrudniej było na III roku. Każdego dnia inne laboratorium, na które trzeba było dobrze się przygotować i oddać sprawozdanie z poprzedniego ćwiczenia, co wcale nie było łatwe. Od czasu do czasu spotykaliśmy się w klubach studenckich, np. Hybrydy i w akademiku, aby przy kawie porozmawiać, pośpiewać czy pooglądać transmisje sportowe w telewizji.
W mojej grupie ćwiczeniowej był kolega Tomasz Knapik, obecny lektor filmowy. Życie towarzyskie kwitło, ale jak zbliżała się sesja, następowała cisza. Trzeba było zdać niekiedy 9 - 11 egzaminów
w semestrze, a to było wielkie wyzwanie. Udzielałem się też społecznie w Radzie Mieszkańców akademika i w Radzie Wydziałowej ZSP, gdzie organizowaliśmy wycieczki.
W wakacje mieliśmy obowiązkowe praktyki lub „wojsko”, a więc na uprawianie turystyki nie było zbyt wiele czasu. Na studiach poznałem przyszłą żonę, pielęgniarkę. Mimo bardzo trudnego kierunku, studia ukończyłem w terminie, a ze mną tylko 16 osób.
ECHO: - I co po studiach? Nakaz pracy?
Stanisław Kawęcki
: - Żeby mieć swoje pieniądze już w czasie studiów wybrałem stypendium fundowane przez Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego w Mielcu i tam rozpocząłem moją pierwszą pracę zawodową. Zakład przechodził modernizację, sprowadzano nowoczesne maszyny i puszczano mnie na szerokie wody, abym opracowywał do nich dokumentację techniczną. Potem zostałem kierownikiem w Dziale Remontów Elektrycznych. W Mielcu organizowałem również od podstaw Technikum Elektryczne.
ECHO: - Jak znalazł się pan w Tychach?
Stanisław Kawęck
i: - W 1973 roku był nabór do pracy w Fabryce Samochodów Małolitrażowych. Pomyślałem, że warto spróbować czegoś nowego. Gdy przybyłem, na miejscu trwała wielka budowa, baraki i błoto, ściągano urządzenia eksploatacyjne. Mieszkałem na kwaterach prywatnych. Żona została z dzieckiem w Mielcu.  Dobrze się czułem tu od początku. Zostałem kierownikiem dużego Działu Technicznego w pionie Głównego Energomechanika. Z czasem zaczęto sprowadzać ludzi na stanowiska eksploatacyjne, którzy nie zawsze nadawali się do tej pracy. Zostawiłem FSM i przez rok byłem kierownikiem Działu BHP w KBO w Katowicach, a potem przez trzy lata głównym konstruktorem w Katowickich Zakładach Wyrobów Metalowych, które produkowały sprzęt przeciwpożarowy. Przyszedł stan wojenny. Przed jego ogłoszeniem stałem na czele Samorządu Robotniczego. To skutkowało tym, że za plecami miałem stale komisarzy wojskowych, którzy wszystkiego się czepiali. Jedynymi instytucjami bez komisarzy były szkoły. Wylądowałem więc w Cieszynie w Technikum Mechaniczno-Elektrycznym jako nauczyciel przedmiotów zawodowych, gdzie pracowałem do 1988 roku. Gdy w Tychach, w Technikum Górniczym (obecnie ZS nr 4) zrobiło się miejsce, powróciłem z Cieszyna i uczyłem tu do emerytury.
Praca nauczyciela nie jest łatwa. Razem z uczniami tworzyliśmy nowe pracownie. Szkoła przeistaczała się z profilu górniczego w elektryczno-elektroniczny, a nawet internetowo informatyczny. Młodzież chciała się uczyć. Było wielu bardzo zdolnych uczniów. Byłem opiekunem Szkolnego Koła Krajoznawczo-Turystycznego przy PTTK. Organizowałem z młodzieżą rajdy, wycieczki, byłem organizatorem m.in. dwóch Ogólnopolskich Ekologicznych Rajdów Szkoły Szkolnych po naszym terenie na początku lat 90. Odkrywaliśmy to, co ładne na Śląsku, ale chodziliśmy też np. z licznikiem Geigera na hałdy.
ECHO: - Kiedy zaczęła się pana przygoda z turystyką?
Stanisław Kawęcki
: - Tak na dobre, to w Cieszynie, do którego dojeżdżałem z Tych. Zaczął się tam organizować klub „Człapoki” (chodziarze). Miałem doświadczenie w chodzeniu i zacząłem z dwoma nieżyjącymi już kolegami organizować wędrówki i oprowadzać grupy.
Na początku założyłem sobie poznanie wszystkich polskich gór. Potem zrobiłem uprawnienia przewodnickie, ale jeszcze wcześniej przodownika turystyki górskiej na każde pasmo każdą grupę górską oddzielnie. Mam cztery takie uprawnienia. Działałem też w oddziałowej komisji turystyki górskiej w Cieszynie i w Zarządzie wojewódzkim w Bielsku-Białej. Potem zdobyłem uprawnienia przewodnickie miejskie i terenowe i na kilka inne województwa.
Gdy wróciłem do pracy w Tychach, po reformie administracyjnej w 1999 r. utworzono w Katowicach Federację Kół Przewodników Przewodnickich PTTK woj. śląskiego. Od samego początku byłem
w Zarządzie. Najpierw członkiem, a później wiceprzewodniczącym, a nawet wyżej. Zajmowałem się działalnością szkoleniową. Mam ukończone cztery fakultety, ostatni na Wydziale Geografii, kierunek turyzm na Uniwersytecie Łódzkim. Prowadziłem szkolenia i zajęcia w szkołach turystycznych, np. w Gliwicach. Organizowałem również kursy dla przewodników w Cieszynie i Pszczynie, a także wykładałem topografię gór polskich na kursach w innych miastach województwa i nie tylko. Jestem członkiem państwowej Komisji Egzaminacyjnej dla przewodników górskich.
ECHO: - Można powiedzieć, że turystyka to pana największa miłość. Jak doszło do zorganizowania w Pszczynie Ogólnopolskiego Konkursu o tytuł „Przewodnik – Krasomówca”, którego piąta edycja miała miejsce 7 i 8 kwietnia?
Stanisław Kawęcki
: - Widząc niedociągnięcia w organizacji tego typu konkursu krasomówczego w Gołubiu-Dobrzyniu, postanowiliśmy zorganizować z kolegami pięć lat temu pierwszy konkurs krasomówczy w Pszczynie przy dużym poparciu tamtejszego Oddziału PTTK i dyrektora Muzeum Zamkowego Macieja Klussa. Konkurs cieszy się dużym powodzeniem.
Z całej Polski każdego roku bierze w nim udział około 15 osób.
ECHO: - Jest pan na emeryturze i nie nudzi się?
Stanisław Kawęcki
: - Nie mam na to czasu. Organizuję cykle wycieczek „Dolinami rzek polskich” czy „Poznajemy północ Polski” dla przewodników. Pomagam i organizuję wycieczki w całej Polsce krajowe i zagraniczne dla kół emerytów. Oprowadzam wycieczki zlecone przez biura podróży i inne organizacje. Czytam literaturę fachową. Pasjonuję się fotografią, głównie przyrodniczą.
ECHO: - Co w życiu, pana zdaniem, jest najważniejsze?
Stanisław Kawęcki
: - Żeby robić, to co się lubi, bo wtedy robi się to dobrze. Kiedyś jeden z moich mądrych nauczycieli mówił: „Partaczem jest być najłatwiej. Czeladnik robi, bo musi, ale bez serca. Potem jest mistrz, który robi, to co lubi
i wkłada w to całego siebie!”. Podobnie dobry przewodnik to ten, który kocha robić, to co robi, to o czym mówi, a przede wszystkim kocha ludzi. I musi uczyć się całe życie. I wtedy życie jest piękne i ma sens!

Rozmawiała   Danuta WENCEL

Wywiad

ilustracja

Czasem włącza mi się „śląski tryb”

Rozmowa z Waldemarem Cichoniem, tyskim pisarzem, autorem książek dla dzieci

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Polska nie wtedy się odrodziła!

Mało kto wie, co 11 listopada świętujemy

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Nie taki zwykły ten ziemniak

Wartość odżywcza kartofli jest tak duża, że mogą one – oczywiście przez jakiś czas – stanowić jedyny składnik pożywienia człowieka bez uszczerbku na zdrowiu. Odmian tego niezwykłego warzywa jest około 4000, choć nie wszystkie są jadalne (większość zjadaczy ziemniaków pewnie będzie zdziwiona – jak to, jest więcej rodzajów niż młode i stare?!). Możemy spotkać odmiany białe, żółte, różowe, czerwone, fioletowe a nawet niebieskie (popularne w Irlandii). I właśnie od koloru ziemniaka zależy ilość mikroelementów
i przeciwutleniaczy. Wspólna dla wszystkich rodzajów jest niska zawartość tłuszczów i niezwykłe bogactwo węglowodanów o średnim indeksie glikemicznym. Gotowane bulwy mają więcej białka niż kukurydza i prawie dwa razy więcej wapnia. Oprócz tego maja w sobie błonnik i składniki mineralne takie jak: potas, fosfor, kwas foliowy i witaminy - szczególnie C.

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Ograna przez radnych

Rzutem na taśmę, przed wyborami, lędzińska burmistrz próbowała tereny pod centrum sprzedać pod… Lidla

więcej

Partnerzy