Sondaż publiczny

Wybory samorządowe już niebawem. W naszej okolicy najważniejszym samorzowcem jest prezydent Tychów. Obecny – Andrzej Dziuba – pełni tę funkcję już od 18 lat.

Wywiad

Wszyscy w rodzinie czuli się Ślązakami

„Jeśli chcesz być nadzieją przyszłości, musisz przejąć pochodnię od swojego dziadka i babci” - powiedział papież Franciszek podczas Światowych Dni Młodzieży w Polsce w lipcu 2016 roku. W myśl tych słów na łamach Echa cyklicznie publikujemy relacje seniorek, seniorów z cyklu "Babciu, Dziadku opowiedz swoim wnuczętom. Nie wystarczy bowiem zadzwonić tylko do nich od czasu do czasu, pytając zdawkowo o zdrowie i jak leci, aby dowiedzieć się, jak ciekawe historie mają do opowiedzenia. Dzisiaj z tego cyklu przedstawiamy rozmowę Danuty Wencel z Reginą Sierak, emerytowaną nauczycielką, która opowiada o zawiłych śląskich losach.

ilustracja

Echo: Dożyła pani pięknego wieku na „chodzie”. Czy dzieciństwo też było piękne?
Regina Sierak
: Mieszkaliśmy przez rok u babci w Lisowie. Tata pracował w Policji Śląskiej, a ponieważ perfekcyjnie znał niemiecki, otrzymał stanowisko kontrolera paszportów w Zebrzydowicach na granicy z Czechami. Nie chodziłam do przedszkola, bawiłam się w domu. Cieszyłam się z narodzin braciszka. Tak go ściskałam, że o mało nie zadusiłam. Tadeusz był zakochany w przyrodzie. Chodziliśmy nad tzw. „Morskie oko”, stawek, który powstał jako lej, gdy budowano nasyp kolejowy. Lej zalali wodą i od czasu do czasu wypuszczali ją. Z Morskiego Oka wypływał mały strumyczek, mogliśmy z niego wyławiać i gromadzić kolorowe szkiełka, nasze skarby. Sąsiedzi mieli kobyłę o imieniu Bronka. Brat uwielbiał ją. Gdy rano zobaczył ją na polu, to wyskakiwał z domu w piżamie, aby ją nakarmić. Ja miałam wózek z lalką i koleżanki, z którymi chodziłam do tzw. „Jamy smoczej”
(okratowanej) przy Morskim Oku. Grałyśmy w wyliczanki, odbijałyśmy piłkę o stodołę gospodarza. To był ciekawy sąsiad. Zbierał czasopisma, m.in. Przewodnik katolicki, który lubiłyśmy przeglądać.
Echo: Aż nadszedł czas na szkołę?
Regina Sierak
: Naukę rozpoczęłam w nowo wybudowanej szkole w 1935 roku w Zebrzydowicach. Długą drogę torem kolejowym pokonywałam sama albo razem z koleżankami. W zimie
z nasypu torów zjeżdżałyśmy na tornistrach. W szkole podobało mi się mimo dużej dyscypliny, np. na przerwach spacerowałyśmy dwójkami po korytarzu. Była też szatnia, w której zostawiałyśmy buty i płaszcze. Bardzo lubiłam prace ręczne, bo wcześniej mama Wiktoria nauczyła mnie „sztrykować”(robić na drutach), „heklować” (na szydełku), a haftowania nauczył mnie tata Jan. Mieliśmy w domu takie tradycyjne komplety samodzielnie wyhaftowane
z przysłowiami. Wisiały w oknach i kuchni. W szkole zapisałam się do zuchów. Malowaliśmy obrazki i robiliśmy na nie ramki z mchu. Tata bardzo ładnie rysował zwierzęta, ptaki i kwiaty, grał na skrzypcach. To po nim odziedziczyłam talent plastyczny. Na wakacje jeździliśmy do babci do Lisowa. Gdy Polska odzyskała Zaolzie, trzeba było stworzyć na tych ziemiach administrację polską. Tata został przeniesiony do pracy na nowej granicy, a my dostaliśmy mieszkanie w Szonowie koło Szumbarku.
Echo: Aż do wybuchu II wojny światowej?
Regina Sierak
: Wojna to był koniec spokojnego dzieciństwa. Gdy Niemcy zaczęli się zbliżać do Szonowa, tata załadował nas z tobołkami na wojskowy samochód. W tobołki spakowaliśmy tylko najbardziej potrzebne rzeczy, wśród nich pościel, trochę ubrań, pieniądze. Zaczęliśmy uciekać przed Niemcami na wschód. Nie bałam się, bo tata był bardzo spokojny. Na Ukrainie podobały mi się piece do gotowania w ogrodach. Ludzie byli bardzo gościnni, wychodzili naprzeciw uciekinierom, dawali jedzenie, ale często nie brali za nie pieniędzy. 17 września zaatakowali Sowieci. Trzeba było uciekać przed nimi na „stare śmieci”. Jedni uciekinierzy podążali na wschód, inni na Zachód. Ludzie się wzajemnie tratowali, konie wariowały.
W Ropczycach na rynku widziałam trupy cywilów. Jeździliśmy nocą, a za dnia ukrywaliśmy się w lesie przed nalotem samolotów. Wracaliśmy z powrotem furmanką z dwoma końmi, kupionymi przez tatę. Auto zabrało nam wojsko. Jechał z nami woźnica
o nazwisku Turek. Potem tata sprzedał furmankę i ostatnią trasę pokonaliśmy pociągiem w dziwnym przedziale, z ławą na górze, bo na dole było miejsce na bagaże. Nie było co jeść, burczało nam z głodu w brzuchach, ale jakoś dojechaliśmy. Nasze dawne mieszkanie było zajęte, musieliśmy szukać nowego.
Echo: Jest wojna. Jak wygląda wasze życie na Śląsku, który jest pod okupacją niemiecką?
Regina Sierak
: Śląsk został włączony do III Rzeszy. Niemcy wprowadzili Volkslisty, czyli listy przynależności narodowościowej. Specjalne komisje badały m.in. pochodzenie, znajomość języka, stosunek do Niemiec i Niemców przed wojną. Na podstawie wyników dochodzeń przydzielały odpowiedni stopień. 1 Niemcy z pochodzenia (oboje rodzice pochodzenia niemieckiego mający przed wojną intensywne kontakty z niemieckością poprzez członkostwo w związkach kulturowych itd.), 2 Niemcy z pochodzenia dobrze znający język i kulturę, oboje rodzice pochodzenia niemieckiego  3 Niemcy z rodzin mieszanych, 4 Polacy mający przodka pochodzenia niemieckiego w dawniejszym pokoleniu, 5 Polacy bez jakichkolwiek związków z Niemcami. Ponieważ tata i mama chodzili do niemieckiej szkoły (przed pierwszą wojną światową nie było na Śląsku szkół polskich) więc znali perfekcyjnie język, a ponadto tata służył w pierwszej wojnie światowej w armii niemieckiej. Komisja przydzieliła im dwójkę. Po wojnie musieliśmy przejść przez procesy rehabilitacyjne przed sądem. Szkoła była obowiązkowa i mieściła się w tym samym budynku, co przed wojną. Wszyscy musieli ukończyć 7 klas. Nauczyciele pochodzili z Niemiec, nauka przebiegała wyłącznie po niemiecku. Było trudno, bo większość dzieci nie znała tego języka. Pochodząca
z Wiednia nauczycielka była dla nas bardzo dobra. Historii uczył Rittner, fanatyk hitlerowiec. Dostałam kiedyś od niego „po pysku”, aż mi w uszach zadzwoniło, bo gdy coś opowiadał, patrzyłam do książki. Wszystkie dziewczyny musiały należeć do BDM (Bund Deutscher Mädel, czyli Związku Dziewcząt Niemieckich). Na zebraniach nudziłyśmy się, śpiewałyśmy niemieckie piosenki. Często latały samoloty, jak był alarm, to nas wypuszczali ze szkoły, po drodze trzeba było się chować.
W 1941 roku przyszedł na świat najmłodszy brat Janek. Jak skończył pół roku, to koniecznie chcieliśmy go powozić na sankach. Przywiązaliśmy go na poduszkach i jak się wywrócił, to o mało się nie zadusił. Był bardzo wesoły. Lubił naśladować tatę. Chodził na nasyp z kawą i chlebem „do roboty”. Gdy wszystko zjadł i wypił, wracał do domu. Raz go długo nie było. Poszliśmy go szukać. Gdy wracaliśmy do domu, akurat nadleciały samoloty sowieckie i zaczęły bombardować kopce z ziemniakami, bo myśleli, że to były schrony.  Schowaliśmy się pod dachem pobliskiego domu. Tadeusz przykrył Janka, a ja jego. Sowieci zrobili kocioł, z którego Niemcom trudno było się wydostać. Byliśmy pod nieustannym ostrzałem. Słyszeliśmy, jak leciały szyby. Pocisk z armaty wyrwał
w ścianie ogromną dziurę. Szafa i znajdujące się w niej rzeczy, m.in. pamiątkowe zdjęcia, rozleciały się w drobny mak. Tata pracował ciężko na kolei, między innymi przy spinaniu wagonów. Pewnego razu uratował moją koleżankę szkolną. Nie wiedziałam, że ona należała do AK i była łączniczką. Podczas przejazdu pociągiem tata zauważył kontrolę uczennic prowadzoną przez SS. Przejął bibułę od mojej koleżanki i wyszedł
z wagonu podczas jazdy pociągu. Ówczesne wagony miały stopnie na zewnątrz i po tych stopniach przeszedł do już skontrolowanego wagonu. Koleżance nic się nie stało. Pod koniec wojny jeździł
w pociągach towarowych w takich budkach w kożuchu i butach wyścielanych słomą. To było bardzo niebezpieczne, gdyż tymi pociągami przewożono wojsko lub amunicję i były one często atakowane przez lotników. Niemcy przebili okrążenie i zaczęli uciekać, a my zostaliśmy w piwnicy. Najbliżsi sąsiedzi wyjechali, bo bali się Sowietów, a my głupio zrobiliśmy. Tzw. wyzwolenie było przeżyciem bardzo traumatycznym. Jak przyszli Sowieci, strzelali do piwnicy, gdzie siedzieliśmy z gospodarzem i innymi, którzy nie uciekli. Musiałam cerować dziury po kulach w pierzynach, bo wylatywało przez nie pierze. Wyzwoliciele rabowali, niszczyli, gwałcili, zabijali. O mały włos rozstrzelaliby tatę i brata Tadeusza. Stali już pod ścianą. Ich przestępstwem było nazwisko Klein (po wojnie wprowadzono przymusową polonizację – rodzina otrzymała nakaz zmiany pisowni nazwiska na Klajn). Na zachowanych meblach do dziś widać ślady sowieckiego barbarzyństwa. Wzięliśmy pierzyny, bo było zimno i trochę innych rzeczy, które po drodze zostawiliśmy, gdyż ciężko było iść z tobołkami. Spaliśmy po drodze, gdzie się dało, np .w chlewiku, albo gdzie udało nam się znaleźć świeżą słomę. Od Sowietów nabawiliśmy się świerzbu. Smarowaliśmy te miejsca maścią z siarką. Po kilku dniach dotarliśmy do Imielina, gdzie mieszkał najstarszy brat taty. W międzyczasie wojna się skończyła. Zatrzymaliśmy się tam kilka dni z innymi kuzynami. Tata miał kilkanaścioro rodzeństwa. Jeden z braci mieszkał na granicy z Białorusią. Z  Imielina ruszyliśmy „bydlokami” do „starki” do Lisowa. Babcia była już bardzo chora na gruźlicę. Niedługo po tym zmarła. Dziadek zmarł jeszcze przed wojną. W Lisowie mieszkała Helena, córka siostry mamy, która miała 9 rodzeństwa. Dwóch braci mamy Pawła i Witka Niemcy wywieźli do Rawicza i tam zamordowali. Kuzynka zaraziła się od babci gruźlicą, ale wyleczyła się i przeżyła 82 lata. W Lisowie pozostaliśmy kilka miesięcy, a potem wróciliśmy do naszego ulubionego miejsca, Zebrzydowic.
Echo: Jak wyglądał ten powrót? Radość, rozczarowanie?
Regina Sierak
: Ludzie byli tam bardzo życzliwi. Do swojego domu przyjęli nas staruszkowie o nazwisku Sumara. Mieliśmy do dyspozycji jeden pokój, do którego przechodziliśmy przez ich sypialnię. Wracałam z Tadkiem późno do domu, gdyż w pobliżu rosły akacje, które pięknie pachniały, a my tam graliśmy w siatkówkę. Aby nie budzić gospodarzy wchodziliśmy do naszego „mieszkanka” przez okno. Pamiętam jak zginęła nasza sąsiadka pani Brahaczek, która w swoim ogródku weszła na bombę. Rozerwało ją na strzępy i tam została pochowana. U państwa Sumara nie zagrzaliśmy długo miejsca, bo odezwał się właściciel domu na wzgórzu i musieliśmy się wyprowadzić. Pozostaliśmy w Zebrzydowicach. Moja koleżanka namówiła mnie na Seminarium Nauczycielskie w Bielsku-Białej, gdzie zamieszkałam w internacie. Równocześnie jeździłam z Zebrzydowic pociągiem do Katowic do Instytutu Pedagogicznego. Bardzo lubiłam dzieci. Studiowałam też w Warszawie półtora roku, a potem korespondencyjnie (zaocznie). Studia skończyłam z jedną „pałą” z historii KPZR (Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego).
Echo: Cały czas w podróży. Jak się pani znalazła w Tychach?
Regina Sierak
: Z Warszawy dostałam nakaz pracy w liceum pedagogicznym w Prudniku koło Nysy, gdzie uczyłam pedagogiki i metodyki nauczania. Chodziły tam same uczennice. Miałam pokoik w internacie szkoły. Naprzeciw był drugi budynek, w którym była szkoła rolnicza, i tam byli sami uczniowie. W Prudniku poznałam przyszłego męża. Pisałam podanie o przeniesienie mnie do Rybnika, bliżej rodziców, którzy w międzyczasie zamieszkali w Gorzycach. Dostałam nakaz pracy w Godowie koło Rybnika, gdzie uczyłam w szkole podstawowej
i w przedszkolu. Niedługo zagrzałam tam miejsce, bo wyszłam za mąż. Przeniosłam się do Raciborza, gdzie mój mąż miał pracę.
W Raciborzu przyszedł na świat nasz jedyny syn Tadeusz. Mieszkaliśmy w starym budynku poklasztornym w dużym mieszkaniu: dwa pokoje i kuchnia, ale duży metraż i bardzo wysokie. Mąż słyszał, że w Tychach były braki nauczycieli. Kolega nas też namawiał, żeby się przenieść. Mówił, że ma dość niemieckiej wody i chciałby napić się polskiej. My przenieśliśmy się, a on został. Odwiedzał nas od czasu do czasu stęskniony za polską wodą, jak mawiał. Tadek miał 4 lata, gdy przeprowadziliśmy się do Tychów. Któregoś dnia zadzwonił brat Janek. Syn odebrał telefon. „Co ty tam robisz w tych Tychach” spytał go brat. „Nic”- odpowiedział- „wstyd tylko mamie przynoszę”. Chodził wtedy do przedszkola i nie chciał leżakować. Mówiłam mu wtedy :”Wstyd mamie przynosisz”, a on się po prostu nudził, bo był bardzo energiczny.
Echo: I wreszcie skończyło się siedzenie na walizkach. Jak wyglądały pierwsze dni w Tychach?
Regina Sierak
: Nie było pracowników nadzoru przedszkoli. Zatrudniono mnie jako inspektorkę. Odwiedzałam te placówki, zaprzyjaźniłam się z przedszkolankami. Do tej pory utrzymujemy kontakty. Ale ta praca nie sprawiała mi tyle satysfakcji, co przebywanie z dziećmi. Przeniosłam się do SP nr 4 a następnie SP nr 2, mąż dostał pracę w SP nr 3 jako kierownik szkoły. Ze SP nr 2 przeniosłam się do SP nr 15, a potem do SP nr 18. Prowadziłam nauczanie początkowe aż do emerytury. Cały czas najbardziej lubiłam najmłodszych uczniów.
Echo: Jest pani od dawna na emeryturze, ale nie nudzi się?
Regina Sierak
: W życiu nigdy się nie nudziłam. Miałam działkę na Żwakowie, na którą często chodziłam pieszo. Marzył mi się zawsze własny dom z ogródkiem. Marzenie się spełniło. Lubię kwiaty, mam ich wiele w domu
i w ogrodzie. Niestety teraz brak sił, żeby obrobić wszystko. Trochę ”sztrykuję”, chociaż już wzrok nie ten. Kiedyś „obszywałam” całą rodzinę. Chodzę na spacery.
Echo: Przeżyła pani wiele lat wśród zawirowań historii. Co w życiu jest najważniejsze?
Regina Sierak
: Rodzina, bo to jest pełnia życia. I to taka wielopokoleniowa! Nasza rodzina była rodziną Śląską z typowymi radościami i trudnymi problemami.  Wszyscy w rodzinie czuli się Ślązakami, ale część była polskimi, a część niemieckimi Ślązakami. Wszyscy byli dwujęzyczni (albo i trójjęzyczni, jeśli policzyć gwarę). Babcia ze strony mojego Taty należała do do pierwszej grupy, dziadek do drugiej. Nie przeszkadzało to wzajemnej miłości wszystkich członków rodziny. Tata brał udział w pierwszej wojnie światowej, służył w artylerii z bratem bliźniakiem, obaj zostali odznaczeni Krzyżami Żelaznymi. Kilku wujków zostało wcielonych do Wehrmachtu. Tata był policjantem śląskim, jego brat bliźniak policjantem polskim i pracował w polskiej części Litwy.  Cudem przeżył sowiecką niewolę, dostał się do Armii Andersa i zginął w Egipcie. Pozostali bracia przeżyli wojnę i niewolę amerykańską. Część wróciła, część zamieszkała w Niemczech. Po wojnie kontakty rodzinne ograniczały się do tych krewnych, którzy pozostali na Śląsku. Z powodu „żelaznej kurtyny” kontakty z pozostającymi
w Niemczech były aż do lat 70-tych prawie niemożliwe.
Cieszę się każdym dniem i tym, że mimo podeszłego wieku jestem jeszcze samodzielna!

Rozmawiała   Danuta WENCEL

 

Wywiad

ilustracja

Mordowali polskich patriotów

Rozmowa z Damianem Fierlą, tyskim historykiem i wielokrotnym weteranem bitwy wyrskiej.

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Pisaliśmy przed laty

ilustracja

Siedem lat z „Echem”

Zacznę od pewnej refleksji. To była szczęśliwa siódemka. Moje siedem lat pracy w redakcji „Echa” - czas zdobywania szlifów dziennikarskich i nieustających emocji. Dlatego zaproszenie redaktora naczelnego do napisania wspomnień przyjęłam ze wzruszeniem, ale też z niepokojem, czy potrafię odtworzyć z przeszłości coś istotnego...

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Bieruński geszeft po warszawsku

Nowak – cudotwórca. I nie chodzi wcale o Zbigniewa Nowaka

więcej

Interwencje

ilustracja

Poniewierka na stare lata

Tychy • Eksmisja do baraków na ul. Świerkowej

więcej

Partnerzy