Wywiad

Janina Nawrot: – Dzielić się tym, co się ma, a nie co nam zbywa

Cyklicznie na łamach Echa publikujemy relacje seniorek, seniorów z cyklu "Babciu, Dziadku opowiedz swoim   wnuczętom" w myśl idei Papieża Franciszka, który w lipcu 2016 roku, w trakcie ŚDM w Krakowie zaapelował do młodych ludzi, aby odwiedzali swoich dziadków i babcie i poświęcili im swój czas. Nie wystarczy zadzwonić do nich od czasu od czasu pytając zdawkowo o zdrowie i jak leci, i aby dowiedzieć się jak ciekawe historie mają do opowiedzenia. Dzisiaj z tego cyklu przedstawiamy rozmowę Danuty Wencel z Janiną Nawrot, emerytowaną nauczycielką.    

ilustracja

Echo: - Słyszałam, że jest pani potomkinią carskiego rodu Romanowów.  W lipcu 1918 roku zamordowano cara Mikołaja II, jego żonę, dzieci i służbę.
Janina Nawrot:
- Potomkini to za dużo powiedziane, jestem z tą rodziną spokrewniona, taka „siódma woda po kisielu” … Dziadek Andrzej ze strony mamy był spokrewniony z rodziną carską. Ja urodziłam się na Kresach w Tłumaczu koło Stanisławowa (obecnie Iwanofrankowsk na Ukrainie) w rodzinie mieszanej. Mieszkali tam Polacy, Żydzi, Ormianie, Ukraińcy i Austriacy. Ojciec Jan Scheinkönig pochodził z rodziny austriackiej, a mama Maria z rosyjskich Romanowów. W domu mówiło się w trzech językach: polskim, niemieckim i ukraińskim.
Mam dwie młodsze siostry: Helenę i Teodozję, które obecnie mieszkają w Kanadzie. Babcia Anna, Polka z domu Popiel wyszła za mąż za Andrzeja z carskiej rodziny Romanowów. Dziadek brał z bratem udział w nieudanym zamachu na cara Mikołaja II. Brat uciekł do Winnipeg do Kanady, a dziadek uciekł na Wołyń, gdzie kupił dworek z dużą ilością ziemi. Stamtąd wywodzi się rodzina babci, która w większości została wymordowana przez bandy UPA pod koniec II wojny światowej.
Praktycznie całe dzieciństwo spędziłam w domu dziadków, z którymi mieszkaliśmy pod jednym dachem. W domu krytym strzechą było klepisko, które dziewczyna ze służby myła rozpuszczoną gliną, aby uzyskać kolor kakao, a potem wygładzała szczotką. Mieliśmy 6 krów i 4 konie w stajni oraz chlew dla świń, oborę dla krów i kurnik dla drobiu, a także psy i koty. Kury znosiły jajka w drewnianym korycie, które zbierałam do fartuszka z dziewczyną ze służby.
Dom i wszystkie zabudowania były drewniane. Mimo iż byłam bardzo niesfornym dzieckiem, dziadek bardzo mnie lubił, traktował jak „pupilkę”. Upodobałam sobie do zabawy drzewa, szczególnie gruszę, na którą się wspinałam, a przy pełni księżyca lunatykowałam. Jak miałam 4 latka, w domu pojawiła się elektryczność. Ze wszystkich budynków zdjęli słomiany dach i pokryli blachą, na którą rzadko kogo było stać. Założyli też drewniane podłogi, które się szorowało ryżową szczotką dwa razy w tygodniu. Babcia utkała na krosnach dywaniki, takie jakie teraz można kupić w Ikei.
Echo: - Był wówczas czas na prawdziwe zabawy oprócz dziecięcych „psot”?  
Janina Nawrot
: - Bawiłam się wśród służby, która mówiła po ukraińsku. Razem zasiadaliśmy do posiłków. Święty Mikołaj przyniósł mi piękną szmacianą lalkę, którą nazwałam Marusia. W ukryciu szeptałam do niej. Takie imię nosiła dziewczynka zza płotu, z którą mama nie pozwalała mi się bawić (już wtedy była zadra pomiędzy sąsiadami). Wycięłyśmy w płocie dziurę nożem i wymieniałyśmy między sobą chleb. Ja dawałam jej biały z wędliną, a ona mi ciemny.
Czasem pod nieobecność rodziców wychodziłyśmy na ulicę i przyglądałyśmy się jak Huculi schodzili do nas z gór na jarmark, który odbywał się w każdą środę. Mieli białe tkane ręcznie spodnie i przepięknie haftowane koszule. Szli z reguły boso z workami na plecach z towarem do sprzedania, a z targu wracali z zakupami, czasem jechali na furmankach. Gdy na świat przyszła młodsza siostra Helenka, mama angażowała mnie do pilnowania jej, bo opiekunka wychodziła często w pole.
Pamiętam, że grałam w piłkę. Nie było zabawek, jak teraz. Trzeba było być kreatywnym. Z gliny zaczęłam lepić koniki, krówki i inne przedmioty. Bardzo to lubiłam. Gdy skończyłam 8 lat, poszłam do szkoły i wtedy zaczęła się wojna...
Echo: - Na pewno nie ma pani miłych wspomnień z okresu szkoły...
Janina Nawrot:
- Niestety nie. We wrześniu 1939 roku wkroczyli do nas Rosjanie, bardzo biednie ubrani, w łachmany. Przypominam sobie dziadka z wnukiem. Miał na jednej nodze walonka, a na drugiej kalosz. Szli ulicą i wołali; „Daj kusoczok chliba”. Nie wolno im było wchodzić do gospodarstw. Taki dostali prikaz. Babcia dała mi pół bochenka chleba, który sama upiekła i podałam młodemu chłopakowi. Dziękował, żegnając się ręką do ziemi. Musiał być wyznania prawosławnego.
Chodziłam do polskiej szkoły przez rok. Pracowała w niej moja ciocia po wybuchu II wojny światowej. Rosjanie stacjonowali u nas przez rok. Baliśmy się bardzo NKWD. Kazali nam się pewnego razu spakować. Wsadzili do bydlęcych wagonów. W strasznych warunkach mieliśmy jechać na Sybir. Gdy dowieźli nas do lasu w Pałachiczach koła Stanisławowa, staliśmy tam kilka dni. Jakiś dobry kolejarz przyszedł do nas i powiedział: „Uciekajcie, bo się zaczyna wojna. Niemcy przyszli, Rosjanie uciekli!”.
Siostrę mojego ojca wywieźli na Sybir dzień wcześniej. Wróciliśmy do pustego domu. Szliśmy nocami, bo baliśmy się Rosjan, którzy pojedynczo kręcili się po lasach. Wszystko zostało rozgrabione. Potem zawitali do nas SS-mani, którzy „polowali na Żydów”. To było straszne. Ciężko mi o tym mówić. W mojej klasie były trzy Żydóweczki, W innej dwie. Wszedł Niemiec i rozkazał wstać Żydom. Wyprowadził je wszystkie na podwórko, a nauczycielce rozkazał stanąć z całą klasą przy oknie i patrzeć. Nauczycielka zgarnęła nas wokół siebie, aby oszczędzić nam tego widoku. Nie odwracajcie się - prosiła, bo w drzwiach stał żołnierz z karabinem. Niemiec ustawił wszystkie Żydówki w jednym rzędzie i jednym strzałem je zabił tak zwaną kulą dum-dum.
To wspomnienie bardzo mnie boli. Jak wyszłyśmy ze szkoły, pani wyprowadziła nas za bramę, w pobliżu której na ziemi ruszał się mózg. „To nie jest dla was - powiedziała – wracajcie do domu”. W domu ciocia opowiadała o całym tym wydarzeniu. Kiedyś, gdy wracałam ze szkoły do domu zauważyłam koło płotu leżącego chłopaka, któremu drgała ręka i noga. Był to biedny Żyd postrzelony przez Niemców, a ja wołałam: "Czemu tak leżysz, wstawaj!”. To było straszne przeżycie!
Widziałam też, jak Niemcy prowadzili Żydów do Dniestru. Potem słyszałam, że tam ich topili. Dziadek przechowywał sąsiada- Żyda Starka, właściciela dużego młyna. Wysyłał mnie tam z bańką mleka, którą miałam tam zostawić. Babcia zakupiła też kozę, która była wcześniej jedyną żywicielką dla biedaków. Czasami wysyłała mnie z koszyczkiem z ziemniakami do jakiegoś dziadka w lesie. Po wojnie dowiedziałam się, że w koszyczku w wydrążonych ziemniakach, oblepionych błotem, przenosiłam grypsy dla partyzantów. Na szczęście wojna powoli dobiegała końca.
Echo: - I zapewne nie było waszej rodzinie łatwiej?
Janina Nawrot
: - Niestety nie. Byliśmy szykanowani przez Rosjan za koneksje z rodem Romanowów z jednej strony. Z drugiej kazali nam podpisać listę, czy jesteśmy Polakami czy Ukraińcami. Ojciec zrobił wielki grymas i po chwili powiedział - Jesteśmy Polakami. Reakcja była natychmiastowa: „Spakować po jednej walizeczce i won”.
Znowu siedzieliśmy w bydlęcych wagonach i dopiero w Przemyślu odetchnęliśmy z ulgą, że jednak jedziemy na Zachód. Po dwóch tygodniach dotarliśmy do Tarnowa i tam przez tydzień na torach karmił nas gorącą zupą i herbatą Czerwony Krzyż. Było lato, więc przeładowali nas na odkryty wagon typu Lora, którym dotarliśmy do Szopienic, pod hutę siarki. Tam ukradł nam walizki ruski żołnierz. Następnie zabrali nas do łagru w Szopienicach, który mieścił się przy kościele ewangelickim, ponieważ moje siostry nabawiły się anginy ropnej i musiały być izolowane.
I tak wszyscy Scheinkönigowie dotarli na Dolny Śląsk, a nawet do Poznania. Nam kierownik Czerwonego Krzyża zaproponował piękne dwupokojowe mieszkanie, które opuściła rodzina niemiecka. Gdy mama weszła do pokoju i zobaczyła na stole całą zastawę do posiłku, podziękowała, bo pomyślała, że może tej rodzinie uda się wrócić. Wierzyła, że nam też się uda powrócić na stare włości. Wzięła mniejsze mieszkanie: pokój z kuchnią.
Echo: - Jak długo mieszkaliście w Szopienicach? Chyba nie było łatwo.
Janina Nawrot:
- Mama została tam do śmierci. Nie było łatwo. Tata prowadził budowy, ale zamiast pensji dostawał produkty z URNY, a mama ładnie szyła i dorabiała na nasze utrzymanie. Dojeżdżałam na początku do Katowic do Śląskich Zakładów Technicznych do liceum krawieckiego, a potem podjęłam naukę w Liceum Pedagogicznym w Katowicach, po ukończeniu którego podjęłam pracę w szkole specjalnej.
Wyszłam za mąż i przenieśliśmy się do Katowic, gdzie też pracowałam w szkole specjalnej. Tam dostawało się specjalny dodatek za trudną pracę z dziećmi specjalnej troski. Pracując tam, pomagałam dzieciom, które kręciły się po szkole po lekcjach.
Później studiowałam zaocznie Pedagogikę Specjalną w Warszawie. Zdobyłam dyplom ukończenia, ale nie obroniłam pracy magisterskiej, bo na świat przyszły bliźniaczki.
Echo: - Jak się pani znalazła w Tychach?
Janina Nawrot:
- Mieszkaliśmy na ulicy Warszawskiej w Katowicach, gdzie było głośno i brudno. Najstarsza córka miała alergię. Jedynym ratunkiem dla niej była przeprowadzka. Zamieniliśmy mieszkanie na mniejsze w Tychach. Zaczęłam pracę z przeniesieniem w szkole specjalnej (obecnie nr 16). Mąż też był nauczycielem historii, na pewno wiele osób pamięta go z I i II LO.
Z przerwami przepracowałam około 40 lat. W międzyczasie przebywałam u sióstr w Kanadzie, gdzie pracowałam jako niania u ukraińskich Żydów z Odessy. Potrzebowali kogoś, kto znał język ukraiński dla synka, który uczęszczał do szkoły i 2,5 – letniej córeczki. Byłam przez nich bardzo szanowana. Potem zastąpiła mnie córka Hanna, która tam wyszła za mąż i pozostała. Ma jednego syna. Co kilka lat odwiedza mnie w Polsce.
W domu robiłam paczki z odzieżą i wysyłałam do ludzi, którzy prosili o nie w rubryce SOS w „Przekroju”. Założyłam też koło „Solidarności”, do którego należało 15 osób, wśród nich żyjąca jeszcze Jolanta Kielesz i Joanna Jurczyk, która obecnie mieszka w Łagiszy koło Będzina.
Echo: - Wiele lat przeżyła pani w „różnych pogodach”. Co według pani jest w życiu najważniejsze?
 Janina Nawrot
: - Dobra „posada” mówiono kiedyś, czyli praca z powołania. Nie było kiedyś wspinania się po drabinie, tak zwanego „wyścigu szczurów”. Bardzo ważna jest komunikacja pomiędzy ludźmi, mówienie do człowieka wyraźnie, powoli, dostosowywanie do możliwości zrozumienia. Dzisiaj wszyscy mówią szybko, przekrzykują się, że trudno zrozumieć, o co im chodzi, np. reklamy, które ogłupiają, szczególnie dzieci.
Trzeba mieć szacunek dla drugiego człowieka, dzielić się z nim tym, co się ma, a nie co nam zbywa. Przyjaźń prawdziwa w dzień i w nocy, to wielki skarb. Zgoda i zrozumienie w rodzinie. Ważna jest prawda, która wcześniej, czy później wychodzi na jaw. Także troska o drugiego człowieka.
Kilkanaście lat temu współtworzyłam z Czesławem Berciem i proboszczem przy kościele pw. św. Krzysztofa stowarzyszenie SOL - ludzi dobrego serca. Pomagaliśmy Polakom na Ukrainie, powodzianom z okolic Bierunia, a także ludziom, którzy nie potrafili załatwić samodzielnie spraw urzędowych. Pisaliśmy w ich imieniu pisma i skargi. Osobiście pomagałam ludziom bezdomnym, np. osobie, która w okresie listopada - grudnia spała na ziemi w parku, załatwiłam pracę w piekarni Nova, która mieściła się w byłej pralni koło kościoła pw. św. Krzysztofa. Pilnował urządzeń piekarniczych nocą i spał w ciepłym pomieszczeniu oraz sprzątał. Dostawał jedzenie i zapłatę za pracę. Potem wyjechał za granicę i tam został.
Pracę społeczną zakończyłam w wieku 80 lat z powodu choroby. Wtedy człowiek zdaje sobie sprawę, jak ważne jest zdrowie i wzajemne zaufanie oraz pomoc.
 Echo: - Czy chciałaby pani powrócić do krainy dzieciństwa? Czy udało się pani odwiedzić rodzinne strony?
Janina Nawrot
: - Na Wołyniu mieszkała rodzina ze strony mamy. Jak był głód w czasie wojny, gdy stacjonowali Rosjanie, którzy zabierali wszystko, co napotkali, mama jeździła na Wołyń po zboże. Aby je bezpiecznie dowieźć, musiała przekupić wódką „ruskich” na rozdrożach dróg. Pierwszy raz do Tłumacza udałam się z mężem syrenką 38 lat temu. Wtedy Ukraina była jeszcze pod jarzmem rosyjskim. Bardzo baliśmy się spotkania kogoś z byłych band UPA, ale było bezpiecznie.
W starym domu mojego dzieciństwa mieszkały ciocia i siostry cioteczne z dziećmi. To była sentymentalna podróż. Byłam szczęśliwa, że mogłam pochodzić ścieżkami z dzieciństwa. Potem byłam jeszcze kilka razy, ostatni 6 lat temu. Marzę, aby tam wrócić i pozostać na zawsze! Obecnie mieszkam w DPS „Anna” przy ulicy Kopernika 6. Jest to dobry ośrodek. Zarówno dyrekcja jak i personel opiekuńczy traktują wszystkich pensjonariuszy bardzo serdecznie, za co bardzo dziękuję.
Echo: - W imieniu redakcji życzę pani spełnienia marzeń, bo one nadają życiu sens.
 
 Rozmawiała:
Danuta WENCEL   

 

Wywiad

ilustracja

Czasem włącza mi się „śląski tryb”

Rozmowa z Waldemarem Cichoniem, tyskim pisarzem, autorem książek dla dzieci

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Polska nie wtedy się odrodziła!

Mało kto wie, co 11 listopada świętujemy

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Nie taki zwykły ten ziemniak

Wartość odżywcza kartofli jest tak duża, że mogą one – oczywiście przez jakiś czas – stanowić jedyny składnik pożywienia człowieka bez uszczerbku na zdrowiu. Odmian tego niezwykłego warzywa jest około 4000, choć nie wszystkie są jadalne (większość zjadaczy ziemniaków pewnie będzie zdziwiona – jak to, jest więcej rodzajów niż młode i stare?!). Możemy spotkać odmiany białe, żółte, różowe, czerwone, fioletowe a nawet niebieskie (popularne w Irlandii). I właśnie od koloru ziemniaka zależy ilość mikroelementów
i przeciwutleniaczy. Wspólna dla wszystkich rodzajów jest niska zawartość tłuszczów i niezwykłe bogactwo węglowodanów o średnim indeksie glikemicznym. Gotowane bulwy mają więcej białka niż kukurydza i prawie dwa razy więcej wapnia. Oprócz tego maja w sobie błonnik i składniki mineralne takie jak: potas, fosfor, kwas foliowy i witaminy - szczególnie C.

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Ograna przez radnych

Rzutem na taśmę, przed wyborami, lędzińska burmistrz próbowała tereny pod centrum sprzedać pod… Lidla

więcej

Partnerzy