Wywiad

Marian Pawłowski: - Być Polakiem to wielka rzecz

Cyklicznie na łamach Echa publikujemy relacje seniorek, seniorów z cyklu "Babciu, Dziadku opowiedz swoim wnuczętom" w myśl idei Papieża Franciszka, który w lipcu 2016 roku, w trakcie ŚDM w Krakowie zaapelował do młodych ludzi, aby odwiedzali swoich dziadków i babcie i poświęcili im swój czas. Nie wystarczy zadzwonić do nich od czasu od czasu pytając zdawkowo o zdrowie i jak leci, aby dowiedzieć się jak ciekawe historie mają do opowiedzenia. Dzisiaj z tego cyklu przedstawiamy rozmowę z kpt. Marianem Pawłowskim.

ilustracja

Echo: - Ma pan bardzo bogaty życiorys. Pańskie dzieciństwo też było burzliwe?
Marian Pawłowski: - Urodziłem się 2 lutego 1934 roku w Tłumaczu, koło Stanisławowa, w rodzinie szlacheckiej. Na Wschodzie istniała tradycja, że pierwsze imię pochodziło od patrona dnia urodzin, ale używało się drugiego. Ojciec Michał był specjalistą od sztukaterii, robił m.in. wspaniałe piece kaflowe. Mama Kazimiera zajmowała się domem z dużym ogrodem. Byłem najstarszym dzieckiem, miałem siostrę Stefanię i brata Mieczysława.
Obok nas mieszkał Ukrainiec Buhajczuk, który miał syna Jaremę, z którym bawiliśmy się na podwórku młotkami. Miałem srebrną 5-złotówkę z popiersiem dziadka Piłsudskiego. Kiedy mu ją pokazałem, on w nią uderzył. Ja mu oddałem i zaczęła się bitwa na młotki, po której pozostała mi pamiątka - szrama na środku czoła. Przypominam sobie z tamtego okresu jakąś uroczystość państwową, kiedy jakiś dowódca wojskowy wziął mnie na ręce. Chyba wtedy zrodziła się u mnie miłość do munduru.


Echo: - Miał pan 5 lat jak wybuchła II wojna światowa. Jak przeżyła te lata pana rodzina?
Marian Pawłowski: - Wojnę przeżyliśmy w Tłumaczu. Do 1941 stacjonowali u nas Sowieci. Ojciec opowiadał, że kiedyś zwrócił się do znajomego na ulicy „proszę pana”, za co został porządnie zrugany przez Rosjanina, bo dla niego „pan” znaczył wróg. Zaczęły się wywózki na Sybir. Połowa moich krewnych wylądowała na nieludzkiej ziemi.
Dzień przed wkroczeniem Niemców, przyszedł do nas Ukrainiec i kazał nam się szykować do wyjazdu. Mieliśmy jednak szczęście. Sowieci zabrali ojca wraz z innymi młodymi mężczyznami do kopania okopów. Udało im się nocą uciec. W dzień kryli się w zbożach. Ojciec po powrocie do domu schował się na strychu. Podczas okupacji niemieckiej tu i ówdzie Ukraińcy zaczęli mordować Polaków, najwięcej na wioskach i na przedmieściach.
Kiedy ojciec kupił broń u Węgrów, poczuliśmy się bezpiecznie. Pamiętam jak w 1942 lub 1943 roku pojechaliśmy z mamą do Stanisławowa. Jakiś oficer w pociągu proponował ojcu podpisanie Volkslisty. Ojciec odmówił i gdy wysiedliśmy z wagonu, umieścił nas u znajomych na peryferiach miasta, gdzie ukrywaliśmy się przed Niemcami.


Echo: - W czasie wojny chodził pan do szkoły?
 Marian Pawłowski: - Do szkoły nie chodziłem. Mama próbowała nas uczyć w domu. Lubiłem książki do historii. Zbliżał się front. Kiedy na terenie Rosji tworzyła się Armia Wojska Polskiego - II Armia Berlinga, zabrali tam ojca. Wtedy Ukraińcy zaczęli coraz częściej mordować Polaków. Niemcy zaczęli się wycofywać. Widziałem dużo żołnierzy z uciętymi rękami, czy o jednej nodze. Zostaliśmy z Rosjanami. Ukraińcy bali się nas ukryć więc schowaliśmy się w jakiejś jamie w ogrodzie. Potem mama wywiozła nas do Stanisławowa, gdzie zatrzymaliśmy się na ul. Kilińskiego u jakichś ludzi i tam chodziłem do rosyjskiej szkoły przez trzy miesiące, gdzie uczyłem się trzech języków. Mama zaczęła przygotowania do wyjazdu na Zachód. Tak wyglądała moja edukacja wojenna do 12 roku życia. Była to szkoła przeżycia.

Echo: - W końcu ruszyliście na Zachód?  
Marian Pawłowski: - Po załatwieniu różnych formalności załadowaliśmy się do wagonów z niezbędnymi rzeczami. Przed Przemyślem doczepili drugi parowóz jednak w samym mieście okazało się, że nasz wagon jest zepsuty. Czekaliśmy kilka dni, a potem ruszyliśmy do Katowic, gdzie przeładowano nas na inny wagon. W Katowicach tu i ówdzie się paliło. Ruszyliśmy na Ziemie Odzyskane i 9 maja dojechaliśmy do Kościana koło Poznania. Tam nas wyładowano. W końcu Niemcy podpisali kapitulację. Najważniejsze jednak, że wiedzieliśmy, że ojciec żyje. Pisał listy, o tym jak zdobywał Kołobrzeg i dotarł do Łaby, gdzie spotkał się z Amerykanami.


Echo: - Jak wyglądały pierwsze miesiące na Ziemiach Odzyskanych?
Marian Pawłowski: - Wykąpaliśmy się. To był luksus. Chcieli nam dać mieszkanie w mieście, ale mama zrezygnowała. Wylądowaliśmy w jakimś poniemieckim gospodarstwie na wsi. Tam chodziłem do szkoły, gdzie w ciągu roku zaliczyłem trzy klasy. Potem była siódma klasa. Był 1946 rok i dyrektor zapowiedział, że nie będzie obchodów 3 maja. Pamiętam jak w lesie ukrywali się partyzanci, którym zanosiłem jedzenie. Po podstawówce dojeżdżałem na rowerze do gimnazjum w Kościanie, gdzie działało świetne harcerstwo, jak przed wojną. Część z tej młodzieży została aresztowana. Mama mnie stamtąd zabrała, bo z wojny wrócił ojciec. Nie byliśmy przyzwyczajeni do pracy na roli, więc przenieśliśmy się do Przyborowa koło Nowej Soli, gdzie kontynuowałem naukę w gimnazjum.


Echo: - I ukończył pan je?
 Marian Pawłowski: - Niestety nie, bo zacząłem „obalać” przemocą ustrój Polski Ludowej, jak to określił prokurator podczas rozprawy. Byłem inicjatorem założenia tajnej Organizacji Krajowej. Miałem pseudonim „Dzidek”. Potem, gdy połączyliśmy się z Tajną Organizacją Wojskową, zostaliśmy zdekonspirowani i aresztowani. Zabrali nas z internatu i osadzili na 9 miesięcy katorgi - strasznego śledztwa w Urzędzie Wojewódzkim w Zielonej Górze. Zostałem skazany na 6 lat więzienia w wieku 17 lat. Najpierw siedziałem w więzieniu w Zielonej Górze, następnie był Sieradz, Potulice, a na końcu wylądowałem w Jaworznie. W celi byli różni ludzie. I dobrzy i łobuzy, oraz tacy współpracujący z Urzędem Bezpieczeństwa. Dzięki amnestii w 1954 roku odsiedziałem tylko 3 lata.


Echo: - Co się działo, gdy pan wyszedł na wolność? Miał pan 2o lat.
 Marian Pawłowski: - Nie mogłem się uczyć, pracować. Dostałem jednak powołanie do wojska. Napisałem odwołanie z zapytaniem, jak mogę być żołnierzem, skoro zostałem pozbawiony wszelkich praw obywatelskich. Wtedy pod konwojem wraz z innymi kolegami przewieziono mnie na 2,5 roku do kopalni „Kleofas” w Wojskowym Korpusie Górniczym, gdzie przymusowo pracowałem do 1956 roku. Czasem to była praca po 16 godzin na dobę. Żeby całkowicie nie schamieć, zacząłem pisać. Brałem też udział z bratem w manifestacji studenckiej w październiku 1956 roku w Katowicach.
Po kopalni pracowałem na stacji kolejowej i w budownictwie, gdzie pomagałem majstrowi. W Katowicach poznałem żonę, z którą pobraliśmy się w 1957 roku. Zamieszkaliśmy w Przyborowie. Cały czas prześladowało mnie UB, namawiając do współpracy, ale zdecydowanie odmawiałem. Kazali mi pisać, jak to się stało, że byłem przeciwny ustrojowi. Jedynym ratunkiem była zmiana miejsca zamieszkania, tym bardziej, że na świecie była już Sylwia. Wyjechaliśmy, pracowałem w uzdrowisku w Szczawnie.


Echo: - Jak się pan znalazł na Śląsku, w Tychach?
Marian Pawłowski: - Na Śląsku brakowało rąk do pracy, więc zdecydowaliśmy spróbować. Zamieszkaliśmy u teściów w Tychach. Zacząłem pracować jako kierownik robót w Przedsiębiorstwie Robót Budowlanych Przemysłu Węglowego. Jednocześnie uczęszczałem do Wieczorowego Technikum Budowlanego. Warunkiem było zdanie egzaminu z historii. Miałem pytanie dotyczące wyzwolenia Wilna. I mimo że mówiłem o roli AK, uzyskałem dobry wynik. Dyrektorka, która miała lekcje wychowania obywatelskiego, chciała odegrać się na mnie, bo skrytykowałem Stalina. Miało nie być studniówki, ale dobiłem się do kuratora, który jednym telefonem załatwił sprawę pozytywnie.  I z maturą nie miałem problemu. Zrobiłem też uprawnienia budowlane w tym samym czasie, gdy odbywały się egzaminy na Politechnikę Śląską. Zdałem je później i rozpocząłem studia zaoczne w filii w Tychach. Po marcu 1968 roku podpadłem profesorowi pytając, jak to jest z tą ekonomią polityczną, skoro w praktyce jest zupełnie inaczej.


Echo: - Udało się panu ukończy studia i dostać wymarzoną pracę?
Marian Pawłowski: - Musiałem przerwać na II roku, bo miałem za dużo na głowie: praca, żona i dziecko. Potem jednak zdałem egzamin na Akademię Ekonomiczną, którą ukończyłem. Pracowałem wtedy w KBO w Tychach.
Budowy wyglądały strasznie, koparki się topiły w błocie. Protestowałem, więc dyrektor mi podziękował. Zostałem zastępcą dyrektora KBO w Chorzowie. Wtedy zostały wybudowane najlepsze osiedla, w tym dwa najlepsze budynki w Polsce. Ratowałem nawet dyrektora TSM „Oskard”, gdy mieli problemy z sedesami czy łazienkami. W Chorzowie, do którego dojeżdżałem, pracowałem, aż do rozwiązania KBO i wróciłem do Tych, gdzie po 1989 roku zostałem prezesem TSM „Oskard”. W 1990 roku przeszedłem na emeryturę.


Echo: - Na emeryturze ma pan czas na nudę?
Marian Pawłowski: - Ależ skąd! Tylko dzieci się nudzą. Często jeżdżę do Warszawy na spotkania z kombatantami z różnych organizacji. Zawsze coś robię. Piszę wiersze, jestem trochę jak w pogoni za utraconą młodością. „Wolność można odzyskać - młodości nigdy!”


Echo: - To gorzka prawda, o której młodzi ludzie zapominają. Co według pana jest w życiu najważniejsze?
Marian Pawłowski: - Być sobą. Nie dać się przekręcać. Być wiernym zasadom z młodości, a najważniejsze być Polakiem, bo to jest wielka rzecz!


Echo: - Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Jak je pan spędzi?
Marian Pawłowski: - Ostatnio spędzam Boże Narodzenie z córką Sylwią i jej mężem w Tychach. Wnuk i wnuczka mieszkają w Szkocji. Wigilię spędzamy trochę po lwowsku, trochę po śląsku. Jest tradycyjny karp. zamiast kutii makówki, barszcz czerwony z uszkami i pierogi z kapustą i grzybami, śledź w śmietanie, kompot z suszu, ale to wszystko po podzieleniu się opłatkiem. Potem jest pasterka, jak ktoś dotrzyma do północy.
- W imieniu redakcji Echa życzę ciepłych świąt i pokojowego Nowego Roku.


 Rozmawiała:
Danuta WENCEL   

 

Wywiad

ilustracja

Stanisław Kawęcki: - Najważniejsze, żeby robić to co się lubi

„Jeśli chcesz być nadzieją przyszłości musisz przejąć pochodnię od swojego dziadka i babci” - powiedział papież Franciszek podczas Światowych Dni Młodzieży w Polsce w lipcu 2016 roku. W myśl tych słów na łamach Echa cyklicznie publikujemy relacje seniorek, seniorów z cyklu "Babciu, Dziadku opowiedz swoim wnuczętom. Nie wystarczy bowiem zadzwonić tylko do nich od czasu do czasu pytając zdawkowo o zdrowie i jak leci, aby dowiedzieć się jak ciekawe historie mają do opowiedzenia. Dzisiaj z tego cyklu przedstawiamy rozmowę Danuty Wencel z Stanisławem Kawęckim, którego pasją jest turystyka.

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Pisaliśmy przed laty

ilustracja

Siedem lat z „Echem”

Zacznę od pewnej refleksji. To była szczęśliwa siódemka. Moje siedem lat pracy w redakcji „Echa” - czas zdobywania szlifów dziennikarskich i nieustających emocji. Dlatego zaproszenie redaktora naczelnego do napisania wspomnień przyjęłam ze wzruszeniem, ale też z niepokojem, czy potrafię odtworzyć z przeszłości coś istotnego...

więcej

Reportaż

ilustracja

W krainie baobabów i spacerujących lwów

Od pięciu lat Gambia, a od dwóch Senegal zniosły obowiązek wizowy dla obywateli Polski. Biura podróży wykorzystały ten fakt i zaczęły organizować egzotyczne wycieczki do dzikiej Afryki, oferując różne atrakcje, m.in. spacer z lwami, na który przymierzałam się w czasie ferii zimowych od trzech lat. W tym roku udało się!

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Przeznaczona na deweloperkę?

Co dalej z budynkiem po SP 21?

Zamknięta od trzech lat szkoła przy ulicy Młodzieżowej 7 w Tychach wciąż stoi bezczynnie. Choć w budynku tkwi ogromny potencjał, nikt dotąd nie podjął jakichkolwiek kroków, by go wykorzystać.

więcej

Interwencje

ilustracja

Poniewierka na stare lata

Tychy • Eksmisja do baraków na ul. Świerkowej

więcej

Partnerzy