Sondaż publiczny

Czy uważasz, że samorządy powinny mieć prawo zablokowania wydobycia węgla pod swoją miejscowością?

Wywiad

Ewa Gorczyca o zsyłce na Sybir, świętach i pogodnej jesieni

Kto nie był na zesłaniu, nie zrozumie, kto był, nigdy nie zapomni

ilustracja

Cyklicznie na łamach Echa publikujemy relacje seniorek, seniorów z cyklu „Babciu, Dziadku opowiedz swoim wnuczętom"”, w myśl idei Papieża Franciszka, który w lipcu 2016 roku, w trakcie ŚDM w Krakowie zaapelował do młodych ludzi, aby odwiedzali swoich dziadków, babcie i poświęcili im swój czas. Nie wystarczy zadzwonić do nich od czasu od czasu, pytając zdawkowo o zdrowie i jak leci, aby dowiedzieć się jak ciekawe historie mają do opowiedzenia.

Echo: - Skończyła pani w grudniu 80 lat. To piękny wiek. Pamięta pani swoje dzieciństwo?
Ewa Gorczyca: - Urodziłam się w Zubrzycy Górnej pod Babią Górą. Tata Zygmunt, który był spod Nowego Sącza, studiował w Wiedniu leśnictwo i dostał pracę we Lwowie, gdzie poznał mamę Zofię, która ukończyła ogrodnictwo. Moi starsi bracia Jerzy i Andrzej tam się urodzili na początku lat 30. ubiegłego wieku. Następnie tatuś objął nadleśnictwo na Orawie, miejscu mojego przyjścia na świat.
Pamiętam z opowiadań, że w sierpniu 1939 roku była bardzo napięta sytuacja polityczna i mama postanowiła przenieść się z dziećmi do Lwowa. 17 września na Ziemie Wschodnie wkroczyli Sowieci. Tatuś dotarł do nas i w czerwcu 1940 roku wywieźli nas w ramach III zsyłki na Sybir.
Przypominam sobie łomotanie nocą do drzwi. Do dziś mam przed oczyma dwóch mężczyzn z karabinami w drzwiach. Mieliśmy godzinę na spakowanie najważniejszych rzeczy. Zawieźli nas ciężarówką na dworzec, skąd w bydlęcych wagonach wyruszyliśmy w nieznane. Podróż w nieludzkich warunkach trwała trzy tygodnie. Latem dotarliśmy do Archangielskiej obłasti, pasiołok nr 4, gdzie stało 5 baraków. Tam pozostaliśmy przez rok.
Echo: - Przetrwaliście w tych niezwykle trudnych warunkach…
Ewa Gorczyca: - A mieliśmy inne wyjście? Najważniejsze, to nie dać się złamać i nie tracić nadziei. Codziennie przy barakach był apel, gdzie nas liczono. Tatuś z innymi mężczyznami pracował przy wycince lasu. Panował potworny głód. Dokuczały nam karaluchy, pluskwy, a gdy nadeszła zima, przerażający mróz.
Mama po wyczerpaniu zapasów z Polski (sucharków) chodziła do pobliskiej wioski, aby zamienić ubrania i inne cenne rzeczy na kartofle. Miałam jakąś szmacianą lalkę do zabawy. Bracia robili dla mnie szczudła, na których spacerowałam po placu apelowym. Nauczyli mnie pływać w pobliskim jeziorze. Wchodziliśmy na pochyloną brzozę i z niej skakaliśmy, a wiosną piliśmy z niej sok. Chodziliśmy też do pobliskiego lasu na grzyby i jagody, zbieraliśmy mech, z którego ojciec skręcał papierosy. Pamiętam, jak szłam z mamą przez las i spotkałyśmy dwa wilki.
Gdy miałam 5 lat podpowiedziałam rodzinie, co zrobić, aby nie być głodnym - zjemy po łyżce soli, a potem będziemy tylko pić i brzuszek będzie pełny. - A skąd ja wezmę tyle soli – martwiła się, śmiejąc się ukradkiem mama.
Gdy Sikorski podpisał z Sowietami porozumienie o możliwości zmiany miejsca wywózki, mama chciała dostać się do Armii Andersa. Niestety to się nie udało, bo zachorowałam na tyfus. Gdy wyzdrowiałam, ruszyliśmy w drogę i dotarliśmy do miejscowości Rajki, niedaleko miasta Gorki, gdzie przyjęła nas Polka. Rodzice znali dobrze język niemiecki i uczyli jej syna za wikt i opierunek. Tam zaczęłam chodzić do pierwszej klasy do rosyjskiej szkoły. Bracia zakładali się z kolegami, kto pierwszy dokopie się zimą do ziemi. Wtedy były takie śniegi, że łopata była za krótka.
Echo: - Ukończyła pani rosyjską szkołę?
Ewa Gorczyca: - Po roku trafiłam ponownie do pierwszej klasy w Juriewcu. Była to polska szkoła z internatem, utworzona z inicjatywy Wandy Wasilewskiej. Było w niej dużo dzieci żydowskich. Miałam problemy z matematyką, ale lubiłam grzebać w ogródku. Jedzenie było wydzielane, więc mama podrzucała nam kartofle, które piekliśmy w piecu do ogrzewania. Tam zastał mnie i braci koniec wojny. Pamiętam capstrzyk i wielką radość. Staliśmy na boisku z biało-czerwonymi chorągiewkami w rękach, nie wiedząc, czym będzie dla nas wolność. Zaczęliśmy myśleć inaczej. Nie o trwaniu tam, ale o powrocie do kraju. Nie żal nam było opuszczać szkoły, bo zapachniało nam Polską.
Echo: - Udało się? Jak wyglądał ten powrót?  
Ewa Gorczyca: - Podróż powrotną mieliśmy jeszcze bardziej uciążliwą i trudno opisać, ile trzeba było czekać na ten wymarzony dzień. Po załatwieniu wielu formalności nadeszła wymodlona chwila. W lutym 1946 roku zatelefonował do ojca pełnomocnik Komisji Repatriacyjnej z Iwanowa, niejaki Pawlicki i powiedział, że od 25 lutego będzie kompletowany pierwszy transport repatriantów i nasza rodzina jest wstępnie przewidziana na wyjazd.
Ponad 30 drewnianych dużych wagonów z „pryczami”, żelaznym piecykiem z rurą i otworem w podłodze, a w każdym po 25 osób z małymi tobołkami. 28 lutego ruszyliśmy w stronę Polski. Po tygodniu podróży minęliśmy Moskwę, Smoleńsk, Orszę i Mińsk, Było strasznie zimno, ale w sercu rozgrzewała nas radość z powrotu do kraju. Mijaliśmy zniszczone miasta i spalone wioski. Gdzieniegdzie przy torach widzieliśmy trupy. Na węzłowych stacjach staliśmy po kilka godzin. Wreszcie dojechaliśmy do granicy w Brześciu.
W Polsce transport kolejowy po wojnie był w ruinie. Przesiedliśmy się do małych towarowych wagonów, 50 osób na tobołkach i ruszyliśmy na Ziemie Odzyskane. Rodzice chcieli wrócić do Zubrzycy, więc wysadzili nas w Warszawie. Kiedy rozsunęliśmy drzwi wagonu zobaczyliśmy przed sobą morze ruin. Ruin, które żyły, bo gnieździli się w nich ludzie. Ostatecznie na własną rękę dotarliśmy do Bytomia, bo w pobliżu w Brzezinach mieszkała siostra mamy. Kiedy tam dotarliśmy, na początek ciocia nas odwszawiła, ubrała i przez parę dni gościła. Gdy ją zobaczyliśmy na przystanku w eleganckim futrze, wyglądała jak zjawa z amerykańskiego filmu. Staliśmy tam obok w watowanych paltach, czapkach uszankach, trochę przybrudzonych po trzytygodniowej podróży, ale w całkiem nowych walonkach.
Tam też, co pamiętam do dzisiaj, jedliśmy kolację, przy stole z białym obrusem i jedzeniem do syta. To było takie nierealne. Zdawało nam się, że to sen, który szybko minie. Na szczęście nie minął. Po kilku dniach wróciliśmy do Zubrzycy Górnej.
Echo: - Do leśniczówki…
Ewa Gorczyca: - Tak. Wtedy skończyłam 9 lat, więc dużo pamiętam. Na jej podłodze leżała słoma, na której nocowali partyzanci. Na ścianie dalej wisiał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, której opiece mamusia nas powierzyła przed wyjazdem. Sąsiedzi zaczęli zwracać nam nasze rzeczy, które wzięli po naszym wyjeździe.
Przynosili też coś do jedzenia, a nawet przyprowadzili kozę - żywicielkę. Powoli stawaliśmy na nogi. Poszłam do polskiej szkoły podstawowej, zaliczając dwa lata nauki, a potem do Technikum Weterynaryjnego w Nowym Targu, bo bardzo lubiłam zwierzęta i miałam z nimi dobry kontakt.
Echo: - Jak się pani znalazła w Tychach?
Ewa Gorczyca: - Po ukończeniu technikum odbywałam staż w Tarnobrzegu, gdzie poznałam fajnego chłopaka Jerzego, przyszłego męża, który pracował w fabryce mebli. Po stażu wróciłam do Szczawnicy, gdzie przeniesiono rodziców i tam pracowałam w Instytucie Zootechniki. Mąż dostał pracę na kopalni w Zabrzu, gdzie mieszkaliśmy 18 lat. Tam pracowałam w Urzędzie Miasta w Wydziale Rolnictwa. W stanie wojennym zaoferowano nam lepsze warunki mieszkaniowe w Tychach. Jerzy przeniósł się na KWK „Piast”, a ja zajmowałam się wychowaniem dzieci. Co robię teraz? Nie nudzę się, bo zaangażowałam się w pracę społeczną w Związku Sybiraków. Lubię podróżować. W 2008 roku byłam z mężem, który zmarł 7 lat temu, na Kresach Wschodnich „Śladami Sienkiewicza". Dwa lata temu z córką i zięciem byliśmy w Maroku, z naszego kościoła byłam na pielgrzymce w Ziemi Świętej i Fatimie.
Echo: - Tradycyjnie zapytam - co według pani jest w życiu  najważniejsze?
Ewa Gorczyca: - Wiara i uczciwość, spokój sumienia i zaufanie do ludzi. Ważna jest pamięć historyczna. Kto nie był na Sybirze na zesłaniu, ten tego nie zrozumie, a kto był, nigdy nie zapomni. Sybiraków jest coraz mniej. Zbieramy i wysyłamy materiały do Białegostoku, gdzie powstało Muzeum Sybiraka.
Bardzo pomaga człowiekowi optymizm życiowy. Los zabrał mi dzieciństwo, ale jesień życia mam bardzo dobrą. Może wpływ na to ma grupa seniorów, z którą się spotykam. Rodzinę ma się często na obrazku, a przyjaciół wokół siebie.
Echo: - Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Jak wyglądały na Sybirze, w leśniczówce i jak je spędza pani teraz?
Ewa Gorczyca: - Pamiętam z Sybiru drzewko ubrane papierkami. Nie było opłatka. Mama smażyła placki z suszonych łupin ziemniaków. Były suszone owoce leśne, które zbieraliśmy latem. Raz w wigilię było wyjątkowo - mieliśmy prawdziwy barszcz z buraków z suszonymi grzybami i ziemniakami, zabielany kozim mlekiem. Śpiewaliśmy kolędy, a potem była cisza. Nie było kościoła i pasterki.
Na Orawie z kolei stół był pełny. Obowiązkowo opłatek, barszcz czerwony z uszkami, pierogi ruskie, z kapustą i grzybami, kluski z makiem i gołąbki, pstrąg, kompot z suszu. Pod obrusem sianko. Na choince, którą tatuś przynosił z lasu, wisiały łańcuchy z kolorowego papieru. Wisiały tam też wafelki owijane w kolorowe bibułki, zamiast baniek czerwieniły się jabłka, orzechy i naturalne świeczki. Była biała wata imitująca śnieg i tak zwane anielskie włosy. Nie było prezentów, przynosił je św. Mikołaj 6 grudnia.
Po uroczystej kolacji zawsze śpiewaliśmy kolędy, a potem jechaliśmy służbową furmanką lub saniami do kościoła na pasterkę.
Teraz święta są bardziej komercyjne. Spędzam je z dziećmi i wnukami. W ubiegłym roku dostałam pod choinkę od wnuczki album „Opowiedz mi babciu”, w którym spisuję moje wspomnienia.
Spotykam się też na opłatku w Klubie Seniora i z Sybirakami. Mój brat, Jerzy Groblewski, opisał nasz pobyt na Sybirze. Można o tym przeczytać w książce „Nie byliśmy bohaterami”, można ją wypożyczyć w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Mediatece.

Rozmawiała:
Danuta WENCEL   

 

Wywiad

ilustracja

Mordowali polskich patriotów

Rozmowa z Damianem Fierlą, tyskim historykiem i wielokrotnym weteranem bitwy wyrskiej.

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Wrzesień '39 w naszej okolicy

Autentyczne wspomnienia Ślązaków z września 1939 roku, a nie opracowania historyków. Prawdę powiedziawszy, znacznie się od tych opracowań różnią. I chyba warto spojrzeć na wrzesień 1939 roku ich oczami. Wtedy łatwiej zrozumieć, że dla mieszkańców województwa śląskiego wkroczenie Niemców było czymś zupełnie innym, niż dla reszty mieszkańców Polski. Warto ją przeczytać, by zrozumieć, jak złożona jest śląska historia. I jak inna od choćby warszawskiej.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Żurawina – mały owoc o dużym potencjale

O zaletach owoców żurawiny wielkoowocowej wieki temu bardzo dobrze wiedzieli rdzenni mieszkańcy Ameryki Północnej. Cenili zarówno jej smak jak i właściwości, dlatego poza włączeniem jej do codziennej diety, zaczęli ją wykorzystywać w medycynie i jako naturalny barwnik do farbowania tkanin.

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Bieruński geszeft po warszawsku

Nowak – cudotwórca. I nie chodzi wcale o Zbigniewa Nowaka

więcej

Partnerzy