Sondaż publiczny

Czy w tym roku przyłączysz się do którejś z przedświątecznych akcji pomocy potrzebującym?

Wywiad

Irena Kurowska: - Należy szanować ludzi i siebie

Bohaterka filmu pt. „Ewangelicy”

ilustracja

Cyklicznie na łamach Echa publikujemy relacje seniorek, seniorów z cyklu "Babciu, Dziadku opowiedz swoim wnuczętom". W myśl idei Papieża Franciszka, który w lipcu 2016 roku, w trakcie ŚDM w Krakowie zaapelował do młodych ludzi, aby odwiedzali swoich dziadków, babcie i poświęcili im swój czas. Nie wystarczy zadzwonić do nich od czasu od czasu, pytając zdawkowo o zdrowie i jak leci, aby dowiedzieć się jak ciekawe historie mają do opowiedzenia.

Echo: - Jest pani „dzieckiem wojny”. Jakie było to dzieciństwo?
Irena Kurowska: - Urodziłam się w 1940 roku w Tychach, na terenie dworskim (Tychy-Dwór), w rodzinie ewangelickiej. Ojciec Wilhelm pochodził z Małej Wisły, był robotnikiem rolnym w majątku należącym do księcia pszczyńskiego. Rozwoził furmanką mleko z dworów w Mizerowie i Wiśle Małej po terenie obecnego Górnego Śląska. Mama Monika urodziła się w Katowicach Ligocie, a mieszkała w Łaziskach. Mieszkaliśmy w domu razem z ciocią mamy, która wychowywała ją, półsierotę, od 14 roku życia. Zwracałam się do niej „babciu”. Domu, który stał przy ul. Katowickiej w okolicach obecnej Giełdy Kwiatowej, niestety już nie ma, ale wspomnienia pozostały. Jestem najstarszą z rodzeństwa. Siostry Cecylia i Janina urodziły się już po II Wojnie Światowej.
Wojna to moje dzieciństwo. Ojciec wyruszył na nią, gdy miałam dwa latka, a wrócił w 1946, jak chyba przyszedł czas na szkołę. Było nam ciężko. W domu, oprócz nas, mieszkała też typowo polska rodzina, która nie mówiła ani po Śląsku, ani po niemiecku. Bawiłam się z koleżankami szmacianymi lalkami na podwórku, ale jedna z sąsiadek chodziła na skargę do „szupoków” (Schutzpolizei), że mówimy po polsku. Dowiedzieliśmy się o tym z prowadzonej przez „szupoków” księgi meldunków. Jeden z nich upomniał mamę: „Przykożcie tej waszej cerze, co by na dworze godała po niemiecku”. Gorzej było, gdy przyszli Rosjanie. Jak się zbliżał front w styczniu 1945 roku, przeniosłyśmy się do mojej chrzestnej na Zwierzyniec. Pamiętam, jak w sieni domu, w którym przebywaliśmy, leżeli na podłodze ranni niemieccy żołnierze, którymi opiekowały się między innymi moje kuzynki, które zaczęły mnie wtedy uczyć pacierza po polsku. Trudno mi było to wszystko jako dziecku zrozumieć: „Jakżech godała po polsku, toście mnie bili, żeby godać po niemiecku, teraz zmuszacie do godania po polsku” - skarżyłam się. Jednego dnia w domu byli niemieccy żołnierze, a następnego już Rosjanie, którzy coś gotowali, myli się i strzygli, aby później ruszyć dalej. Kiedyś, gdy ukryliśmy się w piwnicy, w oborę uderzył pocisk i zabił krowę. Nam nic się nie stało, ale było bardzo zimno i wokół leżało dużo trupów, w większości głównie chyba niemieckich żołnierzy. Mężczyźni ładowali je na drabiniaste wozy i wywozili do wspólnej mogiły przy kościele pw. św. Marii Magdaleny. Pamiętam, jak w czasie zabawy pobiegliśmy do lasu, a tam w leju po bombie było też pełno pozabijanych żołnierzy. Chłopcy przeglądali ich wyposażenie, rzeczy osobiste, zabierali im z szyi „nieśmiertelniki” i zanosili do domu, a być może oddawali rodzinom, gdyż niektórzy polegli byli Ślązakami. Później wróciłyśmy do naszego domu w Tychach. Stąd, nie pamiętam dokładnie, kiedy, prawdopodobnie wiosną 1946r, trafiłyśmy do obozu dla „wrogiego elementu narodu polskiego”, który znajdował się w opuszczonych barakach gdzieś pomiędzy ulicami Dworcową, Damrota i Mikołowską. Z domu mogłyśmy zabrać tylko pierzynę i poduszkę. Na szczęście było ciepło i jakoś przetrwałyśmy.
Echo: - Jak długo tam przebywałyście? Co było potem?
Irena Kurowska: - Trudno mi to dokładnie określić. Może kilka tygodni, a może kilka miesięcy. Jesienią 1946 zaczęłam uczęszczać do przedszkola przy ul. Nowokościelnej, naprzeciwko starego szpitala, w miejscu, gdzie kiedyś mieściła się szkoła ewangelicka. Kierowniczką była pani Teper. Bardzo mi się tam podobało, chociaż trzeba było spać po obiedzie na przyniesionych z domu poduszeczkach i kocach. Zabawki też były nasze, przynosiliśmy je z domu. Z przedszkolem kojarzy mi się zapach grochówki Knorra, która pochodziła z pomocy UNRA. Z przedszkola trafiłam do Szkoły Podstawowej nr 2 (obecnie nr 1). Był jeden budynek, a w niej dwie szkoły podstawowe (męska i żeńska). W jednej dyrektorem był Rudolf Zaremba, a w drugiej Franciszek Teper. Gdy szłam do szkoły, rodzice musieli zmienić mi imię. Byłam ochrzczona jako Eryka, a potem przepisana na Irena i pod takim imieniem jestem znana do dziś. Nie byłam złą uczennicą. Ojciec, kiedy wrócił z wojny, pilnował, abym się uczyła. Byłam wzorem w czytaniu. W szkole bili drewnianym piórnikiem po rękach, a rodzice uważali, że nauczyciele mają zawsze rację.
Jedną z lekcji była religia, której uczyła nas panna Owczarkówna. Grała na fisharmonii, organizowała jasełka. Ponieważ uczęszczały do szkoły roczniki, którym nie dane było się uczyć w czasie wojny i którym już „sypały” się wąsy, nie było problemów z obsadzeniem wszystkich ról. Uczyła nas podstawowych zasad, które mnie Ewangeliczce nie przeszkadzały, ale z rodziną chodziłam piechotą, często na bosaka z butami w ręce, na nabożeństwa do kościoła św. Jana w Mikołowie. Tam przygotowywałam się do konfirmacji. U Ewangelików nie ma pierwszej komunii. Po zdaniu egzaminu kościelnego, który sprawdzał wiedzę zdobytą na lekcjach religii, przystąpiłam do konfirmacji - w białej sukience i wianku na głowie. Potem był uroczysty obiad w rodzinie. Byłam jedyną Ewangeliczką w klasie. Miałam bardzo serdeczne koleżanki katoliczki, ale zdarzały się przypadki, że biegały za mną inne i wołały „kici, kici”, bo wtedy wszystkich niekatolików nazywano „kocikami”. Gdy byłam w VII klasie, to w naszej szkole utworzono I klasę liceum. Były to początki „Kruczka”.
Echo: - I poszła pani do liceum?
 Irena Kurowska: - Nauczyciele bardzo mnie namawiali. Złożyłam nawet papiery, ale za namową koleżanek poszłam do 3- letniego Liceum Wychowawczyń Przedszkola w Bielsku-Białej. W trzeciej klasie liceum przekształciło się w 4-letnie pedagogiczne, które ukończyłam z maturą. Miło wspominam ten czas, chociaż panował ogromny rygor. Szkoła mieściła się w budynkach poklasztornych. Mieszkałyśmy w internacie i nazywano nas zakonnicami. Nosiłyśmy obowiązkowe granatowe fartuchy z białymi kołnierzykami, a na uroczystościach granatowe spódniczki i białe bluzeczki.
Echo: - Co pani robiła po maturze? Dalej się uczyła, czy poszła pani do pracy?
Irena Kurowska: - Gdy uczyłam się w Bielsku-Białej, tata dostał pracę na kopalni „Ziemowit” i domek fiński, który był jak z bajki. Rodzice przenieśli się do Hołdunowa i ja do nich dołączyłam. Rozpoczęłam pracę w przedszkolu przy ERG w Bieruniu Starym, gdzie przepracowałam 11 lat. W międzyczasie wyszłam za mąż. Mąż był katolikiem. Ślub odbył się w kościele katolickim w Hołdunowie, a potem drugi,  tylko ze świadkami w kaplicy ewangelickiej, gdzie została później ochrzczona moja pierwsza córka Ilona.
Echo:  - Jak wam się żyło w mieszanej rodzinie? Jak spędzaliście święta?
 Irena Kurowska: - Nie ochrzciłam dziecka według obrządku katolickiego i wtedy zerwały się kontakty z teściami, szczególnie z teściową, która po jakimś czasie jednak się z tym pogodziła. Chodziłam do kościoła ewangelickiego z rodzicami, a mąż do katolickiego. Nie trwało to długo, bo po 9 latach mąż zmarł. Obchody Świąt Bożego Narodzenia w zasadzie nie różnią się, więc raz bywaliśmy u moich rodziców, raz u rodziców męża. Nie ma stajenki w kościele i pasterki, ale jest choinka i starym polskim zwyczajem dzielimy się opłatkiem. Na stole zawsze stoi krzyż, świecznik i leży Biblia, z której czytamy Ewangelię o narodzeniu Jezusa Chrystusa. Jeśli chodzi o Wielkanoc, to dla Ewangelików najważniejszy jest Wielki Piątek. Kiedyś nawet radia nie słuchaliśmy, mało rozmawialiśmy, jedliśmy ziemniaki ze śledziem i szliśmy do kościoła, a po powrocie czytaliśmy Ewangelię o Męce Pańskiej. Nie ma u nas Wielkanocnej tradycji święcenia potraw
Echo:- Jak się pani znalazła w Tychach?
Irena Kurowska: - W 1969 roku umarł mąż. Zostałam sama z córką, przeniosłam się i podjęłam pracę w Tychach w przedszkolu nr 12. Dzieci lubiłam od małego, być może dlatego, że miałam młodsze siostry, którymi się opiekowałam. Wyszłam drugi raz za mąż, też za katolika, który zmienił wyznanie po przyjściu na świat syna. W przedszkolu przepracowałam 33 lata. Nie zawsze było łatwo, bywały ponad 30-osobowe grupy, a pensje były bardzo niskie. Ze pierwszej swojej pensji (540 zł) kupiłam sobie parasolkę i bluzeczkę. Ta praca była jednak moją pasją. Nie wyobrażałam sobie innej. Potem przeszłam na emeryturę.
Echo: - Teraz nie nudzi się pani?
Irena Kurowska: - Absolutnie nie (śmiech). W domu zawsze jest coś do roboty. Mam czas na odwiedzanie sióstr w Jastrzębiu Zdroju i Hołdunowie. Spotykam się z dziećmi i wnukami z okazji różnych uroczystości.
Echo: - Co według Pani jest najważniejsze w życiu?
 Irena Kurowska: - Na pierwszym miejscu rodzina i sięganie do korzeni oraz pamięć o historii, wiedza o tym, jak żyło się kiedyś i teraz. Ważny jest powrót do tradycji i ich pielęgnowanie. Ważna jest wiara. Trzeba wierzyć w to, co przekazali nam rodzice i żyć tą wiarą. Nie liczą się słowa, ważne są czyny. Należy troszczyć się o zdrowie, szanować ludzi i siebie samego.

Rozmawiała:
Danuta WENCEL

Wywiad

ilustracja

Irena Kurowska: - Należy szanować ludzi i siebie

Bohaterka filmu pt. „Ewangelicy”

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Pisaliśmy przed laty

ilustracja

Siedem lat z „Echem”

Zacznę od pewnej refleksji. To była szczęśliwa siódemka. Moje siedem lat pracy w redakcji „Echa” - czas zdobywania szlifów dziennikarskich i nieustających emocji. Dlatego zaproszenie redaktora naczelnego do napisania wspomnień przyjęłam ze wzruszeniem, ale też z niepokojem, czy potrafię odtworzyć z przeszłości coś istotnego...

więcej

Reportaż

ilustracja

W krainie bunkrów, mercedesów i osłów!

Tychy/Albania • Podróże kształcą

Albania przez dziesiątki lat niezwykle skutecznie izolowała się od świata. Od 2014 roku posiada status państwa - kandydata oficjalnie ubiegającego się o wejście do Unii Europejskiej. W 2015 roku odwiedziło Albanię ponad 3, 5 mln ciekawskich turystów. Od 2 lat także polscy turyści coraz częściej wybierają ten kraj, jako miejsce wypoczynku.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Przeznaczona na deweloperkę?

Co dalej z budynkiem po SP 21?

Zamknięta od trzech lat szkoła przy ulicy Młodzieżowej 7 w Tychach wciąż stoi bezczynnie. Choć w budynku tkwi ogromny potencjał, nikt dotąd nie podjął jakichkolwiek kroków, by go wykorzystać.

więcej

Interwencje

ilustracja

Poniewierka na stare lata

Tychy • Eksmisja do baraków na ul. Świerkowej

więcej

Partnerzy