Sondaż publiczny

W Dzień Matki:

W numerze

Wydanie
Numer 41/2018

Ja jako były -Wspomnienia dawnego belfra

Tytuł zaczerpnąłem z  dawnej książki  Jerzego Urbana. Książka momentami  nudnawa, natomiast tytuł genialny. Bo może to być w wymowie i  „ja, jako były” i „Jaja kobyły”.   A bycie belfrem to czasem jaja kobyły. Na co wskazują moje wspomnienia, w których występuję  Ja, jako były belfer.

ilustracja

W zawodzie nauczyciela wylądowałem trochę z przypadku. Byłem zatrudniony w Państwowym Ośrodku Maszynowym, w małym miasteczku na Podlasiu, jako stażysta w księgowości. W tym czasie uprawiałem kolarstwo szosowe,
a przy tym POM-ie działała sekcja kolarska, której byłem członkiem. Pozostali koledzy kolarze zostali zatrudnieni w warsztatach POM-u, ja zaś, ze względu na skończoną maturę, skierowany zostałem do na maszyny do liczenia, tzw. kręciołka. Uznano, że  lepsze to dla mnie, niż posługiwanie się narzędziami ślusarskimi.
Wytrwałem na tej posadzie trzy i pół miesiąca - i to wyłącznie dzięki temu, że dyrektor POM-u, zakupił stół bilardowy do świetlicy. I czas przerwy śniadaniowa - od 11:15 do 11:30 - pan dyrektor wypełniał grą w bilarda. Poza mną nie było odważnego, by stawić mu czoła. Trzecim elementem była ambicja pana dyrektora – nie umiał odejść od stołu, jak nie wygrał przynajmniej jednej partii. Więc gra  się przedłużała poza przerwę. Udawało mu się to codziennie w granicach 14:45. Piętnaście minut później był fajrant.

Któregoś dnia mój brat, uczeń siódmej klasy podstawówki w naszej rodzinnej wsi, poinformował mnie, że kierownik (tak się wtedy nazywał najważniejszy człowiek w szkole) szkoły chce ze mną rozmawiać. Rozmowa była krótka – pan kierownik zaproponował mi
w szkole pracę nauczyciela niekwalifikowanego. Wynagrodzenie było porównywalne, a ponieważ do pracy w POM-e musiałem codziennie dojeżdżać kilkanaście kilometrów na rowerze a zbliżała się zima, wyraziłem zgodę. Przepracowałem trzy okresy roku szkolnego (okres to było pół obecnego semestru) i rozpocząłem naukę w dwuletnim Studium Nauczycielskim
w Ełku.
Po jej zakończeniu podpisałem wstępną umowę z jednym z inspektoratów na pracę w szkole w miasteczku, gdzie wcześniej zaliczałem staż księgowego. Roiłem sobie plany działalności sportowej – w miasteczku była A-klasowa drużyna piłkarska, no i sekcja kolarska, której już byłem wcześniej członkiem. Drużyna piłkarska miała dojeżdżającego szkoleniowca, którego więcej nie było niż był.
Ukończyłem kurs instruktora piłki nożnej i tak uzbrojony, zjechałem – oczywiście na rowerze – do swej nowej szkoły, by dowiedzieć się, że etat, który miałem objąć… nie istnieje. Bowiem mój poprzednik, pasowany na kierownika szkoły w innej miejscowości, po obejrzeniu swojego nowego boiska, zrezygnował z tego zaszczytu.
I został  tu.
Popedałowałem więc do powiatowego miasta do Inspektoratu Oświaty, by poinformować władze, że w zaistniałej sytuacji uważam umowę za zerwaną, nie z mojej winy. Panowie reprezentujący władzę najpierw używali marchewki – snując wizję mojej szybkiej kariery aż do pozycji kierownika szkoły, a kiedy nie odniosło to żadnego skutku, przerzucili się na kija – grożąc mi, że bez ich zgody nie otrzymam nigdzie pracy w wyuczonym zawodzie, a w takim wypadku alternatywą było odbycie dwuletniej zasadniczej służby wojskowej. Nie wskórali nic także kijem.

Więcej w papierowym lub e-wydaniu „Echa” z  10 października 2018 r.

 

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Niech żyje teatr

Z Dorotą Pociask-Frącek, dyrektorem Teatru Małego w Tychach rozmawia Dariusz Dyrda.

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Bardzo zacięte bitwy

Na Górnym Śląsku II wojna światowa  trwała do 8 maja!

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Rzodkiewka – królowa nowalijek

W końcu na poważnie zaświeciło słońce. I to nie jest już pogodowy kaprys, anomalia na kilka dni i powrót na stare, jesienno - zimowe śmieci. Przyroda wystartowała i teraz już nie ma wątpliwości – nic jej nie zatrzyma przez następne pół roku, nawet te chwilowe „zera” w nocy. Poza tym, że wszędzie robi się malowniczo zielono i słonecznie, dzień jest długi, to wchodzimy znowu w dobry czas dla sezonowego jedzenia.
I świetnie, o to przecież chodzi – żeby jeść to, co chwilowo rośnie dookoła, naturalnie. Długo na nią czekałam i jak tylko zaczęła się pojawiać musiałam poszperać i dowiedzieć się co w niej drzemie. Według mnie to najsmaczniejszy symbol wiosny – rzodkiewka!

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Nadchodzi czas inwazji kleszcza, komary też już latają

Na zewnątrz coraz cieplej wiec kleszczy i komarów będzie coraz więcej. Mylnie uważa się, że atak kleszcza grozi nam tylko w lecie. Tychy już przygotowują się do oprysków przeciw nim, Katowice z nich zrezygnowały. Kto ma rację?

więcej

Partnerzy