Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy uważasz, że nasze miejscowości mają dobrą ofertę naferie dla dzieci?

W numerze

Wydanie
Numer 10/2018

Żyć w zgodzie ze sobą i innymi

„Jeśli chcesz być nadzieją przyszłości, musisz przejąć pochodnię od swojego dziadka i babci” - powiedział papież Franciszek podczas Światowych Dni Młodzieży w Polsce w lipcu 2016 roku. W myśl tych słów na łamach Echa cyklicznie publikujemy relacje seniorek, seniorów z cyklu "Babciu, Dziadku opowiedz swoim wnuczętom. Nie wystarczy zadzwonić bowiem tylko do nich od czasu do czasu, pytając zdawkowo o zdrowie i jak leci, aby dowiedzieć się, jak ciekawe historie mają do opowiedzenia. Dzisiaj z tego cyklu przedstawiamy rozmowę Danuty Wencel ze Sławą Sibigą, poetką zafascynowaną haiku.

ilustracja

Echo: - Tradycyjnie zapytam o dzieciństwo. Miało ono wpływ na pani obecną twórczość?
Sława Sibiga:
- Urodziłam się w maleńkiej wiosce Rozkosz koło Chełma położonej wśród bagien
i lasów. Ojciec Florian był artystą - skrzypkiem. Pracował zawodowo na PKP i z mamą Aliną prowadził małe gospodarstwo rolne. Jestem najstarsza z pięciorga rodzeństwa. Nasze życie było ściśle podporządkowane porom roku. Na wiosnę trzeba było siać, aby zbierać jesienią i robić zapasy na zimę. Nie było lodówek, więc posiłki były przygotowywane sezonowo. Hodowaliśmy owoce i warzywa w swoich sadach i ogródkach. Truskawki, maliny, porzeczki, agrest, jabłka, grusze, śliwy i czereśnie.Nie znaliśmy owoców egzotycznych. Pierwszą pomarańczę zobaczyłam w wieku 7 lat, gdy stryj dostał na Boże Narodzenie paczkę z Ameryki. Były w niej dwie pomarańcze, które chciałam pokazać koleżankom. Przyszła cała klasa i babcia miała problem, jak wszystkich obdzielić tymi delikatesami. Zabawki tworzyliśmy sami zimą z pomocą rodziców i dziadków. Były to szmaciane lalki i figurki strugane z drewna. Czytano nam bajki i różne opowiadania w długie jesienno-zimowe wieczory, to rozwijało wyobraźnię.
Mój ojciec bardzo kochał skrzypce i w każdej wolnej chwili na nich grywał. Wyrastałam w dźwiękach tego instrumentu. I dalej mi w duszy gra. Nie chodziliśmy do przedszkola. Latem miałam swoje obowiązki. Opiekowałam się młodszym rodzeństwem, musiałam nakarmić psy, koty, króliki i dopilnować gęsi. Tak więc twórczość przeplatała się z prozą życia.
Echo: - Przyszedł czas na szkołę. Czy upłynął pod znakiem poezji?
 Sława Sibiga
: - Szkołę 7-latkę rozpoczęłam w Rozkoszy, mieściła się w domu prywatnym. Było nas mało, 10 uczniów, więc klasy były łączone I z II oraz III z IV.  Mieliśmy szczęście do dobrych pedagogów, którzy otwierali przed nami nowy świat. Świat książek, zabaw, lekcje tak wciągały, że nie zawsze chciałam wracać do domu. Stałam się ulubienicą mojej nauczycielki -pani Jadzi, która poprosiła rodziców, bym mogła spędzać z nią więcej czasu.
Do ukończenia siódmego roku życia nie byłam w mieście. Gdy pojechałam do pani Jadzi i zobaczyłam jej bibliotekę, nie chciałam zwiedzać Chełma, tylko słuchać jej czytania. Ta przygoda trwała rok. W piątej klasie zaczęłam pisać wierszyki – rymowanki. Pomagałam przy organizacji mikołajek i zabaw karnawałowych. W trakcie takich spotkań były wystawiane przedstawienia, w których deklamowałam wiersze.
Do klasy VI i VII uczęszczałam do Wólki Okopskiej oddalonej o 4 km. Musiałam wstawać o 6.00 rano, aby dojść do szkoły równo z dzwonkiem. W zimie rodzice dowozili nas saniami. Tam trafiłam na wspaniałą polonistkę, panią Halinkę, która dała mi solidne podstawy z gramatyki i ortografii, dzięki czemu bez problemu zdałam egzamin do renomowanego I Liceum im. Czarnieckiego w Chełmie.

Więcej w papierowym lub e-wydaniu „Echa” z  7 marca 2018 r.

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Zbiorowe wyparcie

Z Markiem Łuszczyną, autorem „Polskich Obozów Koncentracyjnych” rozmawia Dariusz Dyrda

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Biały pułkownik

Komisarz stanu wojennego, który stanął po stronie załogi

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Zozwór, jak go tu dawniej zwano

Przyszedł styczeń - miesiąc postanowień noworocznych. Podziwiam z dumą powtarzane hasła w stylu: Nowy Rok – nowa ja. Albo „nowy ja”, bo coroczne szaleństwo dotyczy wszystkich, bez wyjątku. Dla tych, którzy za chwilę po raz pierwszy włożą buty do biegania i postanowią zafundować swojemu nieprzygotowanemu organizmowi terapię szokową (albo już to zrobili i czekają na efekty) mam dwie wiadomości - jak w kawałach... złą i dobrą. Pierwsza jest taka, że z kiepską odpornością i kondycją prawie na pewno zapracujecie na przeziębienie, a druga – żeby nie zniechęcać tak do gruntu – są na to sposoby. Dobre i domowe. Sprawa wygląda tak – chcecie igrać ze styczniową pogodą? Zróbcie zapas imbiru!

 

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Mały ZUS, wielkie cygaństwo!

Z dniem 1 stycznia wszedł „mały ZUS”. Obecne władze reklamują ją jako niezwykłą ulgę dla mikroprzedsiębiorstw. A ja zakładam się w ciemno, że na terenie działania całego tyskiego urzędu skarbowego załapie się na nią nie więcej, niż 100 przedsiębiorców. A może mniej, niż 20. Bo tak naprawdę ci, którzy spełniali kryteria wymyślone przez  rząd PiS-u, albo już umarli z głodu, albo wyemigrowali zbierać pomidory do Holandii, albo zamknęli firmę, żeby iść do najgorzej nawet płatnej roboty.

więcej

Partnerzy