Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy wierzysz, że wpadka polityków PiS-u z materiałami wyborczymi opatrzonymi numerami listy przed ich losowaniem?

Reportaż

Góra śmieci czy też wyspa skarbów?

Ostatnio był u nas wywóz tak zwanych śmieci wielkogabarytowych, ludzie powystawiali stare kanapy, sprzęt AGD, zabawki dziecięce którymi już się ich pociechy się nie bawią albo sprzęty z których już wyrosły. Wynoszenie zaczęło się już w weekend. I gdy siedziałam na schodach paląc papierosa jechała bagażówka - i ni z tego ni z owego zatrzymała się na ulicy; mężczyzna siedzący przedtem na miejscu pasażera wysiadł z auta i zabrał sprzed jednego z domów stojący wśród innych śmieci mały, różowy, dziecięcy rowerek, po czym zaniósł go do samochodu. Najwyraźniej dla niektórych śmieci, a dla innych skarby.

ilustracja

Zdarzenie to natchnęło mnie na tyle, że i ja wyszłam na ogród który trochę się zapuścił, śmieci które miałam wystawić na segregacje dalej leżały w workach, bo zapomniałam o nich, na placu leżała stara, nie działająca do początku roku kosiarka a w laubie (Ślązacy tak mówią na altanę, przedsionek) stara niesprawna pralka. Niestety u nas w domu jest tak, że jeśli ja czegoś nie zrobię, to nie zrobi tego nikt - wiec korzystając z chwili wolnego czasu zacząłem robić porządki, takie od piwnicy po piętro. Byłam zmobilizowana i gotowa. Zaczęłam od szopki, w tym całym założeniu powzięłam postanowienie że będziemy „eko i recykling” - co można jeszcze jakość wykorzystać wykorzystamy, lub ktoś inny wykorzysta. Zaczęłam z grubsza segregować stos rzeczy, który nagromadził się w szopce, był tam jakiś potargany brezent, dawno już skamieniały worek gipsu (to się już nikomu nie przyda), kilka palet, trochę pustych opakowań itd. Zadzwoniłam po kolegę, by zorganizował traktor z przyczepą, bo sama nie dam rady tego przetransportować.

 

Złom oddam, złom sprzedam

 

Część z tych rzeczy od razu w workach trafiła na przyczepę. Ale wtedy również wspomniałam sytuacje sprzed tygodnia i to że ze śmieci (co poniektórych) można wyciągnąć kasę. Po ogarnięciu szopki i przydomowego ogródka zajęłam się segregacją żółtych worków, a było w nich pełno aluminiowych puszek, które jakąś wartość przecież mają, spakowałam cztery nowe worki, w rogu szopki stały cztery pełne transportery, z czego trzy pełne zwrotnych butelek, a jak zwrotne to chyba coś warte. Zadzwoniłam po firmę która zbiera złom - oni uwolnili mnie od kosiarki, pralki, starego roweru i kilku innych większych złomów. Na pytanie, czy takie kursowanie im się opłaca jeden z mężczyzn odpowiedział - a wie pani bywają dni, że tak, ale czasem zastanawiam się czemu to jeszcze robię, ale dzisiaj dzięki tej pralce i kosiarce to chociaż paliwo się zwróciło, a reszta to już czysty zysk. Ale chyba jednak się opłaca, bo konkurencja na tym rynku jest duża i czasem dwa razy dziennie na ulicy podjeżdża coraz to inna mała ciężarówka, lub bagażówka. a facet ze środka z uśmiechem pyta, czy ma pani złom?

Puszki zawiozłam na skup, a butelki do sklepu; zysk jakieś 15 złotych, z czego 8 złotych dałam dzieciom bo też się chłopaki napracowali przy puszkach, z drugiej strony niech wiedzą, że pieniądze nie rosną na drzewach, wiec tak naprawdę w kieszeni zostało 7 złotych. Potem by uwolnić jeszcze więcej miejsca postanowiłam sprzedać stare palety, które też zajmowały niepotrzebnie miejsce. Ja już ich nie potrzebowałam.

 

Czego to człowiek nie ma…

Gdy już ogród i szopka wyglądały jako tako, czas zająć się piwnicą, w której znajdowało się dosłownie wszystko: stare narty, zepsute narzędzia, klatka na kota, którego dawno nie mamy i tak dalej. … Robota szła powoli, ale wszystko koniec końców znalazło się na swoim miejscu. Wtedy też natknęłam się na dziwne znalezisko, w ciemnym rogu pokoju znalazłam dziwne coś, jakby walizka ale w środku znajdował się telefon. Sprawdziłam w internecie i okazało się ze w naszej piwnicy znajdował się stary telefon polowy. Myślałam że to chyba cenne, antyk prawdziwy, ale okazało się, że takie chodzą po 40 złotych i chyba ciężko sprzedać, bo podobnych ofert na aukcjach bardzo dużo, tym bardziej, że nie wiem czy sprawny.

Odłożyłam znalezisko na bok i dalej sprzątałam. W trakcje sprzątania natknęłam się jeszcze na trochę porzuconej elektroniki czyli już nieużywanych telefonów komórkowych, stare banknoty z przed ostatniej denominacji, ale w większości natknęłam się na śmieci. Cały ten ładunek wywiozłam na pobliskie wysypisko, telefony zostawiłam, być może będzie można sprzedać je na części albo co. Na przykład w Niemczech są specjalne maszyny, przypominające automaty, do których można wrzucić stare telefony, tablety a maszyna wypłaca za nie pieniądze. Wiec nawet takie zepsute, potrzaskane są coś warte, bo potem taki telefon czy tablet zostaje rozebrany na części i odzyskane zostają szlachetne i rzadkie metale z jego wnętrza. Więc należało sprawdzić ile to warte.

 

Pogrzebmy w kontenerach

 

Ale jak to zwykle bywa apetyt rośnie w miarę jedzenia, wiec postanowiłam pójść tym tropem i sprawdzić, co z trawie piszczy, a właściwie w śmieciach. Bo tak naprawdę czasem sami nie wiemy, co wyrzucamy. Sprawdziłam internet i okazało się, że wiele naprawdę wartościowych rzeczy można w kontenerach znaleźć. Na przykład pewna kobieta znalazła w śmieciach warty ponad milion dolarów obraz, a ktoś inny pierwszy model konsoli Nintendo, można znaleźć stare kadridże z gry telewizyjnej które już po prawie 30 latach też mają swoją wartość.

Powiem, że również liczyłam na podobne znalezisko, wybierając się już z myślą o pisaniu tego tekstu do pobliskich kontenerów. Oczywiście nie grzebałam stricte po śmietnikach, trochę bałam się rozrywać worki, wchodzić cała do kontenera lub kompulsywnie w nim grzebać, bo oprócz skarbów różnych można trafić na takie niechciane znaleziska, jak na przykład martwy pies albo kot, ruszający się tylko siłą larw much, które zdążyły się w tym truchle wylęgnąć. Albo brudne strzykawki… Takie grzebanie jest swoistą grą z poważnym zagrożeniem dla zdrowia a nawet życia. Wtedy pomyślałam o tych, którzy w tych śmieciach grzebią zawodowo, czyli o ludziach pracujących na taśmach przy wysypiskach śmieci - ich zadaniem i obowiązkiem jest segregowanie tego, czego nam posegregować się nie chciało. Przecież na wysypisku musi się znajdować totalny biohazard, a tych ludzi – okazało się - trzeba szczepić na wszystkie zakaźne choroby świata, a i tak w trakcie pracy mogą coś łapnąć, bo na niektóre z takich choróbsk szczepionki nie ma, na przykład AIDS. A zakażone strzykawki w śmieciach bywają jak najbardziej.

Zdecydowałam się szukać bardziej powierzchownie, nie nachalnie, trochę poobserwowałam i zauważyłam, że są ludzie których można spotkać tam co dziennie. Chodzą i jak ja patrzą po wydzielonej części, w której ludzie z pobliskich blokowisk zostawiają takie gabarytowe śmieci. Czasem wchodzą z kubełkiem śmieci i patrzą do sąsiedniej części klatki śmietnika i przyglądają się. Ostatnio właśnie przyuważyłam takiego starszego pana, miał koło 60-tki. Było rano, wszedł, trochę się porozglądał, jego wzrok dłużej zatrzymał się na stojącym w kącie niewielkiemu radiu. Wyszedł pośpiesznie zdążając do pobliskiej klatki.

 

Elektronika do naprawy

 

Stwierdziłam, że trochę tam postoję. bo coś się może zaraz dziać. I rzeczywiście mija 20 minut, już miałam iść do samochodu, ale naglę z klatki wyszedł ten sam pan z kolegą, na oko trochę młodszym. Weszli do śmietnika i chwile rozmawiali. Potem młodszy wziął małe radio i oddalili się z powrotem. Poszłam za nimi, by dorównać im kroku i spytałam nieśmiało, po co im ten sprzęt? Straszy pan najpierw spojrzał na towarzysza a potem mi odpowiedział, że czasem ludzi wyrzucają sprawny sprzęt bo nabyli nowy, większy, lepszy, a taki wyrzucają na śmieci. Młodszy mężczyzna który okazał się elektrykiem/samoukiem - złotą rączką, stwierdził na odchodne że nawet jeśli sprzęt wymaga drobnej naprawy, i tak opłaca się go stamtąd wziąć, bo nie jest ani poobijany ani zewnętrznie uszkodzony, ktoś go po prostu tam zostawił.

Patrząc pobieżnie po śmietniku można by pomyśleć, że znajdujemy się czasem na tyłach sklepu meblowego lub budowlanego, bo to głownie meble królują w kontenerach, ale czasem można znaleźć coś ciekawego, jeśli tylko takie coś się znajdzie zaraz znika, w ciągu godziny albo dwóch.

Coś w tym jest, ale ja nie miałam ani możliwości (sprzęt był jeden) ani zdolności, by naprawić ewentualnie takie radio. Jeśli jednak ktoś ma zdolności z takich znalezisk można zapewne umeblować sobie dom. Z drugiej strony jeśli ktoś ma uszkodzony sprzęt to czasem naprawdę chyba lepiej wystawić go na śmietnik, bo pracownik serwisu za samo otwarcie urządzenia bierze 100 złotych a naprawa nijak jeszcze nie nastąpiła lub też nie nastąpi, bo po jakimś czasie stwierdzi że nie opłaca się naprawiać, a za trud naprawiacza trzeba zapłacić. Raz sama miałam taką sytuację - zepsuło mi się DVD które kupiłam w internecie za jakieś 120 złotych (nie był to sprzęt żadnej tam wiodącej firmy), a że pod nosem miałam serwis RTV, oddałam go tam do naprawy- przecież naprawa nie mogła kosztować więcej niż sam sprzęt! Ale pan naprawiacz powiedział, że samo sprawdzenie co jest nie tak będzie kosztować 60 złotych, przy czym trzeba pamiętać o robociźnie i możliwości wymiany części, co przewyższałoby koszt samego nowego urządzenia. Dałam wiec sobie spokój, filmów nie muszę oglądać choć lubię. Zresztą mogę z komputera. W tym zestawieniu nie dziwi mnie fakt, że sprzęty tak szybko trafiają na śmieci, a też wyrasta jak grzyby po deszczu populacja ludzi którzy po kontenerach grzebią. Chociaż taki niesprawny sprzęt też ma swój popyt, bo jest pełen części zamiennych, które są prawdziwą gratką dla pracowników serwisów, właśnie takich niesprawnych egzemplarzy szukających.

 

Czego boi się prezes?

 

Skończyłam grzebanie w zwykłych śmietnikach, ale wpadłam na pomysł by pójść do źródła, czyli na miejskie wysypiska. Ale tu pojawił się problem - nie można sobie tak po prostu tam wejść, trzeba mieć całą baterię szczepień i badań, a liczba zagrożeń jest naprawdę spora, co szczerze mówiąc trochę mnie zniechęciło. Ale są przecież pracownicy, którzy przy taśmie pracują każdego dnia wiec postanowiłam zapytać ich co czasem na taśmie jedzie. W tym celu udałam się do tyskiej spółki „Master” która zajmuje się gospodarowaniem odpadami, prezes był bardzo zainteresowany moim reportażem. Zapytałam więc co można znaleźć na takim wysypisku, a właściwie jakich znalezisk dokonują pracownicy sortowni.

- Najbardziej boję się że kiedyś na taśmie znajdziemy noworodka, albo ciało dziecka, dzięki Bogu, od czasu gdy tu jestem jeszcze nie znaleźliśmy takiego makabrycznego znaleziska i mam nadzieje że nie doczekam tego dnia, ale rzeczywiście czasem można znaleźć różne dziwne rzeczy. Ludzi wyrzucają dosłownie wszystko, mam wrażenie że czasem w ogóle się nad tym nie zastanawiają. Na taśmie czasem jadą kartony pełne małych kotów, szczeniąt. Raz jechała głowa jelenia… Czasem można znaleźć bardzo niebezpieczne „śmieci”, jakiś czas temu pracownicy znaleźli skrzynkę z amunicją. Zrobiło się wtedy niezłe zamieszanie przyjechała policja, straż, przecież to mogło skończyć się tragedią! Czy pracownicy znajdują jakieś cenne przedmioty, nie kontroluje tego i nie wnikam, pewnie oprócz różnych śmieci na taśmie zdarzy się że popłynie jakiś pieniądz, kosztowności. jak się komuś trafi to ma fart, ale nasi pracownicy nie po to stoją przy taśmie, by takich rzeczy szukać - mówi Mieczysław Podmokły, prezes spółki „Master”.

 

Co znajduje pan Andrzej?

 

Skoro ja nie mogłam wejść do środka to uznałam, że może ktoś wyjdzie do mnie. Znalezienie osoby pracującej na PSZOK-u (Punkt selektywnej zbiórki odpadów komunalnych) i zainteresowanej rozmową wcale nie było takie proste. Ale udało się tym sposobem skontaktowałam się z panem Andrzejem, który pokazał mi swoje skarby ze śmietnika. A znaleziska czasem są trywialne, jak na przykład wazony w kształcie rybek, a czasem można znaleźć srebrną papierośnice z grawerunkiem. W rozmowie wspomina, że tak jak inni, nie skupia się by coś znaleźć, ale jeśli czasem coś po prostu wpadnie w ręce i jeśli jest to interesujące dla niego, wtedy odkłada to na bok. Szczególnie interesuje go historia i czasem można trafić na całkiem ciekawe znaleziska pod tym względem, na przykład ostatnio znalazł pocztówkę Józefa Londzina (ksiądz, polski działacz na Śląsku Cieszyńskim na początku XX w. poseł na sejm austriacki a potem polski, burmistrz Cieszyna – przyp. red.), którą ten zaadresował do swojej siostry, innym razem znalazł klaser starych znaczków (na razie nie miał czasu sprawdzić czy są coś warte). Oczywiście czasem zdarza mu się wyjąć z taśmy telefon komórkowy z jeszcze nie zdjętą folią czy też złotą lub srebrną biżuterię, ale takie znalezisko jest dosyć rzadkie, tym bardziej, że ileś tam osób stoi przed nim.

W trakcie rozmowy wspomina jedną z sytuacji, kiedy jeden z jego młodszych kolegów znalazł na taśmie reklamówkę, a w niej było chyba z czterdzieści tysięcy złotych, pewnie ktoś wyrzucił przez przypadek, być może były to oszczędności życia albo łup z rabunku - zrobiło się straszne zamieszanie a reklamówkę zabrał kontroler i zaniósł do szefostwa. Zdarza się że przychodzą ludzie i chcą grzebać w śmieciach, bo coś przez przypadek do nich wyrzucili.

Przeglądając jego „łupy” byłam zdziwiona. Nigdy by nie pomyślała, że to były śmieci zanim ich ktoś ich spośród nich nie wydobył - zegarki tykają jak każdy inny; lampa, chociaż bez klosza, świeci jak każda inna i chyba wszystko to trafiło na śmieci przez nasz pęd za najnowszą technologią.

Podsumowując cały tydzień - swoje znaleziska i zyski, po pierwsze z takich materialnych rzeczy to zyskałam w sumie 160 złotych (plus telefon polowy, który postanowiła sobie zatrzymać), za małe ubrania oddałam do kontenerów PCK, wszystko co zbędne oddałam na różnych portalach internetowych, gdzie można się wymieniać lub oddać coś komuś za darmo, sprzedałam lub wyrzuciłam, zyskując sporo wolnej przestrzeni. No i napisałam ten reportaż.

Karolina Gąsior

Wywiad

ilustracja

Wierzę w ten Teatr

Rozmowa ze Sławkiem Żukowskim, reżyserem, aktorem, rysownikiem, malarzem, a nawet muzykiem!

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Wio koniku

Przełom XIX i XX wieku to czas, kiedy rozwój cywilizacji bardzo przyspieszył. Mówimy  o nim w kontekście elektryczności, hut, samochodów, samolotów, chirurgii nawet. Tymczasem dla naszych górnośląskich przodków najważniejsze były być może zmiany, które zachodziły w transporcie… konnym. Ponieważ jednak najlepiej znam temat z okolic Mysłowic, będę operował przede wszystkim tutejszymi przykładami.

 

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Śląska oberiba!

Alka, Delikates Biała, Gabi czy Wiedeńska Biała - coś wam to mówi? No tak. A może po prostu…oberiba? Pewnie części nie trzeba już bardziej tłumaczyć. Tak proszę Państwa - dzisiaj biorę na warsztat kalarepę.

więcej

Reportaż

ilustracja

Góra śmieci czy też wyspa skarbów?

Ostatnio był u nas wywóz tak zwanych śmieci wielkogabarytowych, ludzie powystawiali stare kanapy, sprzęt AGD, zabawki dziecięce którymi już się ich pociechy się nie bawią albo sprzęty z których już wyrosły. Wynoszenie zaczęło się już w weekend. I gdy siedziałam na schodach paląc papierosa jechała bagażówka - i ni z tego ni z owego zatrzymała się na ulicy; mężczyzna siedzący przedtem na miejscu pasażera wysiadł z auta i zabrał sprzed jednego z domów stojący wśród innych śmieci mały, różowy, dziecięcy rowerek, po czym zaniósł go do samochodu. Najwyraźniej dla niektórych śmieci, a dla innych skarby.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

W Kamionce nie chcą szerokiej drogi

Plan zagospodarowania przestrzennego, który burmistrz Mikołowa Stanisław Piechula pokazał mieszkańcom dzielnicy Kamionka – bardzo się im nie spodobał. Mało powiedziane, na spotkaniu 25 lipca było bardzo gorąco. Padały pod adresem burmistrza i planu gorące słowa. Najwięcej kontrowersji wzbudza szeroka ulica, prowadząca przez środek dzielnicy. Mieszkańcy nie wiedzą, czemu ma ona służyć, ale obawiają się, że stanie się drogą praktycznie tranzytową, a ich spokojna, cicha, wiejska w zasadzie dzielnica zmieni się nie do poznania.

więcej

Partnerzy