Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy uważasz, że Dzień Górnośląskiej Flagi to dobra inicjatywa?

Reportaż

Coś do jedzenia, proszę

Żebraczka niestacjonarna czy może jednak stacjonarna muzyczka?

Niedawno zaczęły się upragnione przez wszystkich wakacje, ale wakacje to nie tylko letni czas wypoczynku, w którym kurorty i wakacyjne miejscowości zapełniają się turystami… zwiększa się też liczba ludzi tam żebrzących. Pod tym względem wakacje niczym się nie różnią od okresu przed świętami, kiedy skokowo zwiększa się liczba ludzi w potrzebie, ale nie dajmy się zwieść - większość
z nich tak naprawdę nic ze zjawiskiem skrajnej biedy wspólnego nie ma, a takie żebranie może być dochodowym zajęciem.

ilustracja

Podobno wprawny żebrak potrafi w ciągu jednej dniówki zarobić nawet 500 złotych - o takich pieniądzach większość pracująca przy taśmie może pomarzyć, wiec i ja postanowiłam spróbować swoich sił na ulicy i sprawdzić czy rzeczywiście będę się w stanie za to utrzymać.
Przygotowania zajęły mi trochę czasu, inspiracje brałam z doświadczeń - w końcu też nie raz zaczepił mnie potrzebujący człowiek, czy też koło takiego przechodziłam na ulicy. Z drugiej strony pomyślałam, że to nie może być trudne, po prostu siedzisz z kubkiem i kartonem - i tak naprawdę wystarczy czekać. Jak pająk w sieci. Coś się złapie...

Dzień pierwszy – stacjonarny

Z takim zamiarem wypróbowania swoich sił wyruszyłam do miasta, gdzie nikt mnie nie zna, ubrałam się odpowiednio, w rzeczy może nie bardzo zniszczone, bo wyglądałabym nieco groteskowo, ale takie w które ubieram do pracy w ogrodzie. Pojechałam pociągiem, i już wiedziałam, że jest dobrze; mój wygląd nie wzbudzał raczej entuzjazmu, bo nagle większość wolnych miejsc w sąsiedztwie siedzących została zajęta przez   torby, torebki plecaki albo walizki. Było to smutne uczucie, że nagle nie ma dla ciebie miejsca.
Wysiadłam na dworcu w Bielsku i swoje kroki skierowałam w okolice głównego deptaku, miedzy domami handlowymi, bo tam najwięcej ludzi i można liczyć na liczne wrzutki. Kilka chwil zajęło mi znalezienie odpowiedniego miejsca, które by nie było zajęte przez Cygankę z dzieckiem albo rumuńskie dziecko z akordeonem. Gdy już znalazłam odpowiednią miejscówkę, wyciągnęłam zwitkę szmat na których usiadłam, a raczej klęknęłam, ustawiłam swój transparent z napisem „zbieram na jedzenie” i przycupnęłam. Była godzina dziesiąta albo trochę po, siedziałam tam do około piętnastej. Reakcje były różne, najczęściej ludzie przechodzili obojętnie, cześć osób z wyraźną pogardą, mrucząc pod nosem żebym się do pracy wzięła (tak, jakbym tego właśnie nie robiła!), kilka osób przyniosła mi słodką bułkę, albo coś do picia, rzadko w moim plastikowym kubku zabrzęczała moneta- najwyraźniej takie stacjonarne żebranie nie jest zbyt opłacalne.
Może gdybym usiadła na wózku inwalidzkim albo miała amputowaną nogę, to wtedy ktoś by się nade mną zlitował, ale nie byłam gotowa na takie poświęcenie, a poza tym to by było zbyt duże oszustwo. Bądź co bądź stwierdziłam że w ten sposób nie zarobię tych pięciu stów dziennie (do których po połowie dniówki w niewyobrażalnym skwarze się nawet nie zbliżyłam) w kubku miałam 52,55… też nie było źle i wydałam te pieniądze na bilet
i obiad. W końcu transparent głosił, że na to zbieram, wiec spożyłam smaczny obiad w pobliskim barze mlecznym.
Wróciłam do domu tak jak wcześniej, pociągiem. Sytuacja z rana w tym środku komunikacji powtórzyła się - wzrok politowanie mieszał się z obrzydzeniem, tym bardziej że po całym dniu w upale pewnie nie wyglądałam ani nie pachniałam powalająco (przynajmniej nie w dobrym tego słowa znaczeniu). W pociągu myślałam już o kolejnym dniu, co zrobić by ulepszyć moje działanie i sprawić by było ono bardziej efektywne. Z tą myślą położyłam się do łóżka.

Dzień drugi – aktywny

Nazajutrz postanowiłam pojechać znów do Bielska (niech nie myślą, że się mieszkańcy mnie pozbyli), ale tym razem stwierdziłam, że będę mobilna i dam się ludziom zauważyć i opowiedzieć im jedną z historii, które kiedyś również mnie skłoniły do sięgnięcia po portfel. Zakładam te same spocone ciuchy i znowu jadę z nadzieją że dzisiaj będzie inaczej. Wysiadam na dworcu… zastanawiałam się dłuższą chwilę jak zaczepić pierwszą osobę, bo to chyba jest najtrudniejsze - jak zagadać, by być przekonywującym. W tym fachu chyba nie ma nic gorszego, niż niespójna historia która nikogo nie przekona. Nie wiem ile zajęło mi, nim podeszłam do pierwszego przechodnia.
Był to starszy pan, chyba specjalnie go wybrałam, bo tacy szybko się nie poruszają, a poza tym w osobach starszych zawsze jest chęć wysłuchania kogoś do końca, więc postanowiła na nim przetestować swoją historię. Podchodzę wiec i mówię, trochę onieśmielona:
-Przepraszam, czy mógłby mi pan kupić coś ciepłego do jedzenia?
- Nie mam czasu, śpieszę się
- Od tygodnia nie jadłam ciepłego posiłku…
Chyba nie byłam zbyt przekonująca, bo starszy mężczyzna nagle dosłał jakby odrzutowego napędu, a trzymana przez niego laska, na której niedawno się podpierał, wcale nie była mu do niczego potrzebna - poruszał się nie gorzej, niż czterdziestolatek w pełni sił. Dobrze że mi tą laską nie przywalił.
Pierwsza próba i od razu fiasko, chyba przydałyby się umiejętności aktorskie z wystąpień w szkolnym teatrzyku, ale to co teraz robiłam było czymś zupełnie innym niż recytacja wiersza na dzień matki, ojca. Przystanęłam na chwilę, by się zastanowić co robię nie tak. W swoim procederze nie chciałam być zbyt nachalna, bo to bardziej zniechęca niż zachęca, wiem to po sobie. Po kwadransie namysłu postanowiła być bardziej pewna siebie i zaczepiać każdego, nie tylko starszych.
Z każdym zaczepionym przechodniem pewność siebie wzrastała, a historia brzmiała coraz bardziej wiarygodnie, co miało wymierny wyraz w postaci drobnych datków i zakupionych towarów spożywczych, które ludzie mi kupowali.

Potrzebuję na bilet

Z suchym prowiantem czy kartonem mleka nie było problemu - po prostu chowałam je do dużego plecaka, dużo gorzej było z ciepłymi przekąskami, które czasem kupowali mi zaczepieni przechodnie. Cześć oczywiście zjadłam, ale ile można zjeść w ciągu kilku godzin, więc zaczęłam obdarowywać potrzebujących, których znalazłam na pobliskich dworcach, zarówno autobusowym jak i kolejowym. Ludzie zabiegani, którzy trochę jednak się zlitowali, często zostawiali drobne wymawiając się brakiem czasu na kupienie mi posiłku. Po pewnym czasie prowiantu było więcej, niż tych, co go potrzebują wiec postanowiłam: Czas zmienić historie. Nie chcę jedzenia, potrzebuję pieniędzy!
Zaczęłam zbierać na bilet powrotny do domu, miejsce w którym krążyłam znakomicie się do tego nadawało. Wcześniej zdarzyłam się zorientować w cenach za bilet do Krakowa/ Katowic, wiec mogłam mówić, że brakuje mi na bilet by dotrzeć tam lub tam. Opowiadając nową historie opowiadałam o tym, że mnie okradli, o tym że koczuje na ulicy od kilku dni, albo o tym że jedyna moja rodzina mieszka w Kraków/ Katowice, a niedawno wylądowałam na ulicy, bo straciłam pracę albo coś w ten deseń. Sprawdziła się wersja, że uciekłam z domu, bo mąż pijak mnie lał. Działało podobnie jak prośba o posiłek, ale chętnych było jakby mniej, bo tu prośba była wprost o pieniążek -nie było alternatywy, chociaż niektórzy szli, popychani chęcią pomocy, do kasy i kupowali bilet z którego nigdy miałam nie skorzystać. Ten do Krakowa, bo za ten do Katowic wróciłam do Tychów. Tylko miałam takie dwa.
Po tym dniu, chociaż bardziej owocnym niż poprzedni, zostało mi jedzenie i pieniądze, które przelałam na kilka zbiórek, bo w przeciwieństwie do mnie tam są osoby, które tych pieniędzy naprawdę potrzebują. Po dniu drugim w kieszeni miałam około 110 złotych, za intensywny wysiłek około 5 godzin - wychodzi około 22 za godzinę! Ale oprócz suchego prowiantu i kieszeni bilonu przyniosłam do domu coś jeszcze, co poczułam dopiero następnego dnia, a mianowicie zakwasy.

Dzień trzeci – pogram im

Po poprzednim dniu zwlekłam się z łóżka z pulsującym bólem nóg, wiec w trzecim dniu postanowiłam połączyć doświadczenie z dwóch poprzednich, ale znów gdzieś przysiąść na deptaku. Pomyślałam że czasem stają różni grajkowie i też zbierają do kapelusza i może to będzie pomysł na ostatni dzień, a że w czasach licealnych umiałam wybrząkać kilka czystych nut na gitarze, więc może moja nieporadność i kartonowa kartka kogoś wzruszy i rzuci parę groszy? Ostatni dzień zaczęłam inaczej niż dwa poprzednie. Wykąpałam się i ubrałam się schludnie, ale nie na bogato. Z pawlacza zdjęłam zakurzony futerał, w którym znajdowała się stara pęknięta gitara klasyczna, którą kiedyś podarował mi ojciec.
Wyjechałam trochę później niż w dwa poprzednie dni, bo musiałam przypomnieć sobie jak się trzyma instrument i wymyślić swój żebraczy transparent - było to nie lada wyzwanie, grałam za słabo a i lat mam ciut za dużo, by napisać „zbieram na studia muzyczne”. Koniec końców stwierdziłam, że lepiej będzie bez jakiejkolwiek kartki. Niech muzyka i rozłożony przede mną futerał gitary mówią sam za siebie.
Jazda pociągiem tej samej relacji trzeci dzień z rzędu sprawiła, że znów poczułam się częścią społeczeństwa, nikt nie zastawiał się torbą na mój widok, jakiś facet (przystojny nawet) mnie podrywał. Poczułam się znów w ekipie tych lepszych i wtedy też pojawiło się ukłucie - jak łatwo nam ocenić kogoś tylko po tym jak wygląda, jak łatwo nam kogoś odrzucić i wyrzucić poza nawiasy społeczeństwa.
Ze swym instrumentem udałam się na miejsce gdzie mogłabym pobrzdąkać na gitarze. Nie jestem może wirtuozem, ale chyba kogoś ujęła moja determinacja, bo futerał zaczął się zapełniać bilonem nie tylko groszówkami, ale czasem ktoś wrzucił dwa złote lub pięć. Co jakiś czas zbierałam grubszy bilon, by go na bieżąco liczyć, do standardowej godziny pobytu czyli piętnastej miała nieco ponad sto złotych.

Mamymiękkie serca

Eksperyment zakończył się jednak fiaskiem, bo w ciągu tych trzech dni nie udało mi się uzbierać nawet połowy z zamierzonego celu, ale zrzucę to na garb nieporadności i mojego małego doświadczenia w tym temacie. Pewnie ci zaprawieni w bojach, dla których żebranie to już nie obrona przed biedą, tylko dochodowa praca zarobkowa, czasem potrafią uzbierać te 500 złotych w ciągu dnia. Sama podczas swojego siedzenie na jednej z ulic miasta miałam okazje poobserwować innych przedstawicieli tej profesji, najciekawszy był starszy mężczyzna, siedzący pod sklepem na wózku inwalidzkim. Siedział a raczej zwisał z siedziska wózka i niektórzy wychodzący ze sklepu przynosili mu a to bułkę a to butelkę wody, ale nie to było zaskakujące, bo chęć pomocy drugiemu człowiekowi, który ma gorzej, nie powinna być czym zaskakującym a raczej normą. Zaskoczyła mnie pewna sytuacja, a mianowicie pewna kobieta przeszła koło tego mężczyzny, potem jednak się wróciła wręczając mu banknot. Mężczyzna podziękował i tak siedział chwile niewzruszony - może było to 10 minut. Po tym czasie wstał, wszedł po schodkach do sklepu, po czym wyszedł z niego z trzema piwami, które schował wraz z nogami pod pledem.
To mi ponownie uświadomiło, że większość osób, które wyciągają do nas rękę, tak naprawdę ma z czego żyć, a dawanie im datków nie wyciąga ich z tej działalność zarobkowej, a wręcz przeciwnie dopóki będę ludzie którzy skłonni dawać żebrzącym pieniądze, to żebracy nie znikną, bo takie zajęcie będzie się opłacać.
Z tego co wiem, proszenie o datki nie jest zakazane jeśli naprawdę ktoś tego wsparcia potrzebuje i jeśli takie proszenie nie jest zbyt nachalne, ale jak poznać, kto naszego wsparcia finansowego rzeczywiście potrzebuje? Bo komu nie zmiękcza serca widok małego dziecka żebrzącego na ulicy albo matki z dzieckiem, która nie ma za co ugotować swoim pociechom obiadu. Często nawet jeśli zdajemy sobie sprawę, że te pieniądze nie pójdą na obiad dla tego dziecka, i tak jesteśmy skłonni ofiarować tej Cygance złotówkę, czy dwa bo żal nam tego maluszka.
I chyba to właśnie tak funkcjonuje, że na ludzi działają proste, ale smutne historie, które przecież mogły spotkać każdego z nas na przykład: okradziono mnie - nie mam jak wrócić do domu albo jestem głodny lub nie mam za co zrobić wnukom świąt. Takie historie opowiedziane w wprawny i przekonywujący sposób potrafią złowić sporą sumkę każdego dnia, bo chcemy pomóc, albo też nie chcemy mieć nikogo na sumieniu, albo po prostu poczuć, że spełniło się dobry uczynek.


Ciężka robota

Aha, mleka w kartonie do kawy nie muszę kupować przez jakieś trzy tygodnie, puszki z pasztetem na wypadek zapomnienia o niehandlowej niedzieli też mam. Poza tym jednak dostawałam jedzenie głównie nietrwałe, ale po pierwszym dniu zawartością plecaka byłabym spokojnie nakarmić dziesięć osób. I gdybym się koncentrowała głównie na jedzeniu, byłabym spokojnie w stanie z żebrania całkiem nieźle trzy rodziny wykarmić. Ciekawe, ilu z tych zbierających żebraków jest właśnie aprowizatorem sąsiadów? Ale może ci sąsiedzi naprawdę tego jedzenia potrzebują?
Już wiem, że z żebrania da się – nawet bez mojego doświadczenia – żyć dobrze, choć nie luksusowo. Ale ja żebrałam przy ładnej, może nawet zbyt ładnej pogodzie. Kiedy jednak pomyślę o tych, którzy na parkingu pod marketem zaczepiają zimą,
w słocie, na mrozie – to wiem, że nie jest to łatwy kawałek chleba. Kawałek chleba to słowa które pasują zresztą do tego zajęcia doskonale.•

Karolina GĄSIOR

Wywiad

ilustracja

Chcę pokazać kłamstwa i hejt!

 W ciągu zaledwie kilku dni, od 8 czerwca, tyski lekarz Dawid Ciemięga zebrał w internetowej zbiórce niemal 50 000 złotych na film o antyszczepionkowcach, który zamierza nakręcić. Zbiórka wciąż trwa a Ciemięga jest zachwycony odzewem. Nie tylko z powodu wysokości kwoty – raczej dlatego, iż odzew ten jest dowodem, że według wielu z nas taki film jest potrzebny.

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Miasta Duchów

Czy to cień, czy jeniec były, polski, niemiecki, sowiecki? Czy to wiatr, czy echo dawnych salw? Wiatr hula, historia zawodzi, zwiedzać, czy brać za pas nogi? Cicho wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie…

Turystyka to nie tylko piękne pałace, strzeliste góry, czyste jeziora. Są tacy, którzy wolą zwiedzać miejsca ludne niegdyś, a dziś wymarłe. Miasta widma. Wiele takich na świecie, ale i na zachodzie Polski, na dawnych terenach niemieckich, także parę znaleźć można. Zapraszam do miast wymarłych.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Bóbr i żubr – dwa bratanki

Zanim komuś strzeli pomysł, żeby wybrać się na polowanie, proponuję sprawę wrzucenia żubra czy bobra na talerz zgłębić nieco bardziej. Miało być sezonowo – to będzie, powiem więcej – będzie i sezonowo i modnie. Otwartą głowę warto mieć zawsze – trzeba tylko pamiętać, żeby przy okazji nie wpadało do niej co bądź. Dlatego też to, co wpadło ostatnio niektórym smakoszom narodowym spróbuję przeanalizować i...przetrawić, wbrew zaleceniom - na chłodno.

więcej

Reportaż

ilustracja

Coś do jedzenia, proszę

Niedawno zaczęły się upragnione przez wszystkich wakacje, ale wakacje to nie tylko letni czas wypoczynku, w którym kurorty i wakacyjne miejscowości zapełniają się turystami… zwiększa się też liczba ludzi tam żebrzących. Pod tym względem wakacje niczym się nie różnią od okresu przed świętami, kiedy skokowo zwiększa się liczba ludzi w potrzebie, ale nie dajmy się zwieść - większość
z nich tak naprawdę nic ze zjawiskiem skrajnej biedy wspólnego nie ma, a takie żebranie może być dochodowym zajęciem.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Grosz do grosza…

Postanowiłam sprawdzić, jak to jest, gdy masz pieniądze na przyzwoite zakupy, ale są one w maleńkich nominałach. Grosz, dwa grosze, pięć groszy, dwadzieścia to już grubsza kasa. Dysponuję takimi zawsze, bo mój maż ma dziwny zwyczaj zbieractwa, a raczej porzucania po domu w przeróżnych miejsca drobnych monet, które ja, wychowana w szacunku do pieniądza, zbieram do wielkiego słoika… i zawsze mam dylemat, co zrobić z zebranymi miedziakami. No to dzisiaj sprawdzę, ile są warte. Ruszam w miasto!

więcej

Partnerzy