Pisaliśmy przed laty

Siedem lat z „Echem”

Zacznę od pewnej refleksji. To była szczęśliwa siódemka. Moje siedem lat pracy w redakcji „Echa” - czas zdobywania szlifów dziennikarskich i nieustających emocji. Dlatego zaproszenie redaktora naczelnego do napisania wspomnień przyjęłam ze wzruszeniem, ale też z niepokojem, czy potrafię odtworzyć z przeszłości coś istotnego...

ilustracja

Nie da się ukryć rozwijałam się razem z miastem i jego tygodnikiem. Zamieszkaliśmy z rodzinąw Tychach w 1954 roku, na jedynym wtedy nowym osiedlu A, po dwóch latach na B, tuż obok tzw. „barakowego miasteczka” przeznaczonego dla budowniczych kolejnych osiedli. W zadymionej barakowej świetlicy oglądałam jakieś programy na niewielkim ekranie telewizora razem z tatą urzędnikiem, który przynosił też do domu każde wydanie „Echa Tyskiego”. Od trzeciej do piątej klasy przenoszono mnie jak rzecz po czterech szkołach: nr 1 na Starych Tychach, nr 2 i 3 na osiedlu A, wreszcie nr 14 przy ul. Brzozowej, vis a vis okien naszego mieszkania. Już wtedy, w piątej klasie, wiedziałam, że będę dziennikarką, porzuciwszy marzenia o karierze... zakonnicy (ostatecznie byłam „absolwentką” prowadzonego przez siostry szarytki przedszkola Caritas przy pałacu biskupim w Gorzowie Wielkopolskim). Za sprawą codziennych obserwacji oraz przeglądania lokalnego tytułu tworzyłam własne, (do dzisiaj zachowane) koszmarne rymowanki w rodzaju: Na Śląsku jest miasto Tychy./Jest ono zupełnie nowe./Codziennie robotnicy/ przychodzą na budowę./ Wznoszą nowe budynki./Coraz lepiej murują./I kolorowym tynkiem/ wszystkie ściany tynkują. Albo: Od początku grudnia w Tychach są roraty./Na ołtarzu stoją w wazonikach kwiaty./Wszystkie dzieci tyskie chodzą z lampionami./Choć jest wczesny ranek, zawsze idą sami. Albo nieco później: Tychy miasto młodzieży i młodziutkich mam./Kto nam nie uwierzy, niech przyjedzie do nas sam./ .../O, o, w tyskim „Promyku” bawimy się... I takie tam różne... Czyż z tym moim „zmysłem obserwacyjnym” nie miałam zadatków na gryzipiórka?! Już w liceum (a przypomnę, że to mój rocznik w klasie maturalnej przenosił na własnych plecach wyposażenie z ul. Brzozowej do nowej pawilonowej siedziby, czyli obecnego „Kruczka”), zapełniałam ścienną gazetkę szkolną własnymi wierszami (także o nowym patronie LO, Leonie Kruczkowskim) i artykułami.

Pierwsze podejście

 Pewnego dnia z kilkoma tekstami w garści oraz listem ze „Sztandaru Młodych” (w którym pocieszano mnie, iż „zdradzam predylekcje do dziennikarstwa”) udałam się do siedziby „Echa” (chyba jeszcze na osiedlu B), mdlejąc z przerażenia, ale i z determinacją. Owszem, sam redaktor naczelny, Henryk Hermasz, wykazał anielskie zrozumienie, zachęcił do pisania i odwiedzenia redakcji... po studiach. Dwie życzliwie usposobione panie przy maszynach do pisania - Stefania Krawczykowa i Elżbieta Wudkiewicz nadal pracowały w „Echu”, kiedy po latach zostałam przyjęta do zespołu redakcyjnego. Tylko redaktor naczelny był już inny... Jeszcze przed maturą nawiązałam kontakty z redakcją dwutygodnika „Filipinka”. Studiując na polonistyce Uniwersytetu Warszawskiego, większość wolnego czasu spędzałam w siedzibie redakcjina 17 piętrze Pałacu Kultury i Nauki, wystukując na maszynie odpowiedzi do młodych czytelniczek, czy przygotowując przesyłki „Latającej Biblioteki”. W 1968 r. odwiedziłam „Echo”. Wszyscy byli zajęci, kilka chwil poświęcił mi pan redaktor od sportu. Znacznie później dowiedziałam się, że był to Lech Drapiński.

Drugie podejście

Zaczęło się życie po studiach: rok pracy nauczycielskiej w Kostuchnie, potem w Zespole Szkół Ekonomicznych w Tychach, rodzina, dziecko, żłobek, przeprowadzka z 20 metrów kwadratowych w przedwojennym domu nauczyciela przy pl. Wolności na ósme piętro wieżowca z widokiem na budynek, gdzie mieściła się redakcja „Echa”! Tym razem moje CV (którego jeszcze tak nie nazywano), zawierało kilka nowych prób: teksty w „Walce Młodych” i w czasopiśmie z kursu dziennikarskiego, m.in. o inżynierze Andrzeju Grochowskim, młodym tyskim projektancie katowickiego „Biprohutu” oraz zamieszczone w „Sztandarze Młodych” relacje z fotografiami z ekspedycji do Bielska-Bialej pt. „Tam się urodzi mały Fiat”. Nic z repertuaru babskiego. Z tym wszystkim na początku 1972 roku udałam się do tzw. Domu Partii, gdzie część pierwszego piętra zajmowała redakcja „Echa”. W sekretariacie powitały mnie znajome panie: księgowa Stefania Krawczykowa i kierująca sekretariatem Elżbieta Wudkiewicz. Zachęciły, zaprowadziły pod drzwi gabinetu redaktora naczelnego, Jana Wyżgoła. Po ciepłej, profesjonalnej rozmowie wyszłam z propozycją przygotowania cyklu artykułów o niedawno uruchomionym Szpitalu Wojewódzkim. Przecież tam przyszła na świat moja córka! To był czas powstawania przeróżnych instytucji i przedsiębiorstw. Optymizmu na fali obietnic Edwarda Gierka. Wszystko do przodu, nowocześnie, dla przyszłości, dla wszystkich. Dziennikarze w „Echu” wciąż w ruchu, dopiero ich poznawałam, trzeba dorównać im, sprostać oczekiwaniom naczelnego. Nie zaniedbując pracy w szkole, tydzień po tygodniu odwiedzałam nowocześnie wyposażone oddziały szpitalne, uczyłam się medycznej terminologii, zbierałam informacje, oddawałam teksty, które pojawiały się w kolejnych wydaniach „Echa”. Materiał ilustracyjny robił Karol Larisch, którego poznałam wcześniej (to z jego zdjęciami wycinałam z „Echa” materiały o gronie pedagogicznym ZSE czy o sukcesach prowadzonego przeze mnie szkolnego zespołu artystycznego, śpiewającego ballady Okudżawy).

Dziennikarka „Echa”

 Mój szpitalny cykl pt. „Białe spotkania” stał się przepustką do spełnienia marzeń w tym samym roku zakończyłam „karierę” pedagogiczną i zostałam przyjęta na etat w „Echu”. Byłam w tym czasie jedyną dziennikarką. Co nie oznaczało, że miałam jakieś ulgi. W ciągu paru lat poznałam większość ważnych przedsiębiorstw, bo w tym wielkoprzemysłowym środowisku wciąż trzeba było pisać o sukcesach i rozwoju. Jeździłam więc (zwykle autobusami) do Elektrowni czy Huty w Łaziskach, wędrowałam do PCSBBW, żeby porozmawiać z dyrektorem Pojdą albo na pół dnia do Zakładu Wytwórczego Serów Topionych (gdzie uświadomiono mnie, że obecność myszy świadczy o dobrej jakości sera). W ciągu mojej siedmioletniej pracy w „Echu” kilka razy zjeżdżałam na dół do kopalni, sztandarowych firm Śląska. Nieobce były mi „Boże Dary” czy „Wesoła”. Czy pamiętam z tego okresu wszystkich kolegów? Sekretarzem redakcji był Edward Makselon, dojeżdżający z Katowic. Owszem, będąc przez parę lat także redaktorem technicznym „Echa”, ja z kolei dojeżdżałam do Katowic, jako że pismo drukowane było w Prasowych Zakładach Graficznych RSW „Prasa - Książka - Ruch”, chyba przy ul. Opolskiej. Tam przez kilka godzin w tygodniu nadzorowałam rozrysowane makiety tygodnika, którego ostateczny kształt nadawali linotypiści, odlewający nonparelem, petitem i garmondem czcionki naszych tekstów, które ostatecznie wędrowały na maszyny rotacyjne. Uwielbiałam te pracę, stuk maszyn, zapach drukarskiej farby. Na szczęście, pozostałam w zawodzie przez wiele lat po opuszczeniu Tychów.

Kawa w „kanciapie”

Teksty pisywali wszyscy. Sportowe - Henryk Domagalski. Lokalne - współpracujący pan Grochalski. Karol Larisch robił obszerne podpisy pod zdjęcia, ale wiem, że najważniejszym fotoreporterem był wcześniej Bogusław Bromboszcz. Już za moich czasów następowały zmiany. Do zespołu przeszedł z katowickiego wydawnictwa Timos Kiechajas, grecki kolega, którego znaliśmy z mężem jeszcze z akademika. Ten absolwent archeologii śródziemnomorskiej został kolejnym sekretarzem redakcji. Etat fotoreportera otrzymał Bolesław Edelhajt. W niezbyt licznych, wolnych chwilach spotykaliśmy się gremialnie na kawie w niewielkiej „kanciapie” obok sekretariatu, chociaż zwykle każdy siedział z nią przy swoim biurku. Fajnie parzyła kawę późniejsza nasza maszynistka Renia Budnik. Albo Arleta Rekas, pełniąca funkcję gońca. Bez kawy, na odprawach u szefa, widywaliśmy się każdego tygodnia. Oczywiście, były i koleżanki-redaktorki. Przez krótki czas Loma Wudkiewicz. Natomiast wkrótce po mnie zostały zatrudnione młode dziennikarki - Daniela Jurek (później Janisz) z Łazisk, a po niej - Sylwia Plucińska z Czechowic-Dziedzic. Zostałyśmy ulokowane w jednym, babskim pokoju z nielogiczną kolumną wspierającą sufit pośrodku. Kolumna otrzymała wściekły zielony kolor, a ja na tym tle wymalowałam ogromne białe rumianki ze złotymi oczkami. Nawet redaktor naczelny przyjął te ekstrawagancje ze zrozumieniem. Takie byłyśmy. Zgodne i pogodne. Ja po siedmiu latach zakończyłam moją niezapomnianą przygodę z „Echem”, one pozostały znacznie dłużej. Także w mojej pamięci. I nie tylko dotychczas utrzymujemy kontakty osobiste.

Ukochana kultura

 Na koniec zostawiam temat odrębny. Miałam w redakcji swoją ukochaną działkę kulturę. W końcu jakoś musiała procentować edukacja na podyplomowym studium kulturalno- oświatowym Uniwersytetu Śląskiego. Zatem relacjonowałam imprezy w Domu Górnika na osiedlu A, w Teatrze Małym i w Domu Kultury „Tęcza”, folklorystyczne imprezy w Mikołowie czy Bojszowach. Opisywałam tradycyjne rodziny z ich zwyczajami, ale bezcenna była dla mnie stała możliwość spotkań i rozmów ze środowiskiem tyskich artystów malarzy i rzeźbiarzy: Augustynem Dyrdą, Stanisławem Mazusiem, Erykiem Pudełko, Witoldem Kolbanem, czy panem Stanisławem, który na swojej książce „Od kołyski do mundurka” złożył niegdyś autograf: „za przeproszeniem - Kluska”) i wieloma innymi. Wreszcie, w roku 1974 założyłam przy redakcji „Echa” Tyską Grupę Poetycką „Symbol”. Ale to już zupełnie inna opowieść, na kolejny tekst... •

Krystyna Konecka

Komentarze

Komentator: Mirosław [2017-08-22 15:28:55]
Brawo Pani Jolu !
Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Harcerzem się jest całe życie

Babciu, dziadku – opowiedz swoim wnuczętom

Papież Franciszek podczas ŚDM w Krakowie w lipcu 2016 roku zaapelował do młodych ludzi, aby odwiedzali swoich dziadków 
i babcie i poświęcili im trochę czasu. Zagonieni dzwonią od czasu do czasu, pytając o zdrowie, nie zdając sobie sprawy, jakie ciekawe historie mają do opowiedzenia

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Pisaliśmy przed laty

ilustracja

Siedem lat z „Echem”

Zacznę od pewnej refleksji. To była szczęśliwa siódemka. Moje siedem lat pracy w redakcji „Echa” - czas zdobywania szlifów dziennikarskich i nieustających emocji. Dlatego zaproszenie redaktora naczelnego do napisania wspomnień przyjęłam ze wzruszeniem, ale też z niepokojem, czy potrafię odtworzyć z przeszłości coś istotnego...

więcej

Reportaż

ilustracja

W krainie bunkrów, mercedesów i osłów!

Tychy/Albania • Podróże kształcą

Albania przez dziesiątki lat niezwykle skutecznie izolowała się od świata. Od 2014 roku posiada status państwa - kandydata oficjalnie ubiegającego się o wejście do Unii Europejskiej. W 2015 roku odwiedziło Albanię ponad 3, 5 mln ciekawskich turystów. Od 2 lat także polscy turyści coraz częściej wybierają ten kraj, jako miejsce wypoczynku.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Sukces gry „Pokemon GO”

„Pokemon Go” zyskuje coraz więcej fanów. Grają dzieci i dorośli. Gra nie jest jedynie okazją do sentymentalnej podróży w czasy dzieciństwa, daje również możliwość poznania nowych znajomych oraz np. zwiedzenia miasta. Rodzi przy tym kilka wątpliwości wartych większej uwagi.

więcej

Interwencje

ilustracja

Poniewierka na stare lata

Tychy • Eksmisja do baraków na ul. Świerkowej

więcej

Partnerzy