Sondaż publiczny

Czy miałbyś coś przeciwko lokalizacji spalarni śmieci w twojej okolicy?

Echo historii

Przegrali, bo wodzowie byli baranami

W połowie września, 80 lat temu państwo polskie w zasadzie przegrało już wojnę z Niemcami,  ten rocznicowy tekst będzie próbą odpowiedzi na pytanie, czemu Polska tak sromotnie tę wojnę przegrała. Kto ponosił za to odpowiedzialność. A odpowiedź będzie zaskakująca, bo wychodzi na to, że człowiek, na cześć którego w polskich podręcznikach historii pisze się same peany.

ilustracja

Oczywiście znam tę powtarzaną co roku mantrę, ze zdradzili Anglicy i Francuzi, że od wschodu podstępnie uderzyli sowieci (choć gdy oni uderzyli, wojna już była na amen przegrana), że do tego Niemcom sprzyjała pogoda, bo wrzesień był suchy, więc czołgi i ciężarówki nie zapadały się na bezdrożach, jak to miało miejsce dwa lata później w Rosji.

To wszystko prawda, Francuzi i Anglicy na Niemców nie uderzyli, inna sprawa, czy byli do ataku militarnie gotowi. Jeśli Polskę zdradzili, to jednak bardziej tym, że nie poinformowali jej o zawarciu Paktu Ribbentrop-Mołotow, choć Francuzi znali go cały, razem z niejawnymi klauzulami. Gdyby jednak wiedzę tę Polsce przekazali, ta mogłaby się pod dyktatem Hitlera ugiąć, a wtedy atak III Rzeszy poszedłby na Francję. Władze francuskie zaś miały obowiązek przede wszystkim dbać o interes Francji, nie Polski. Polacy stale zapominają, że sojusznikami jest się tylko tak długo, dopóki ma się w tym wspólny interes!

Ogromna przewaga. Czy naprawdę?

Tak, wiem, pozostawiona sama sobie Polska nie była w stanie sprostać potężnej przewadze w uzbrojeniu hitlerowskich Niemiec. Tę opowieść też znam. Ale warto sobie zadać pytania, na ile rzeczywiście Niemcy tę wielką przewagę mieli, czemu ją mieli oraz na ile winę za klęskę wrześniową ponosi fatalna polska doktryna wojenne oraz jeszcze gorsze jej wykonanie. Które spowodowało, ze już po tygodniu niemieckie czołgi stały na przedpolach Warszawy.

Przede wszystkim nieco faktów z okresu poprzedzającego wojnę. Polskie służby dyplomatyczne oraz dowództwo świetnie zdawało sobie sprawę, że ona nadchodzi. Umierający generał Tadeusz Rozwadowski (rzeczywisty wódz Bitwy Warszawskiej) już w 1928 roku przewidywał, że wybuchnie ona pod koniec lat 30. Szef Polskiego Sztabu Głównego, gen. Wacław Stachiewicz w czerwcu 1936 roku mówił: - Na wojenne przygotowania pozostały nam być może tylko dwa lata. Więc Polska dostała dodatkowy rok w prezencie.

Zaś już wiosną 1936 roku prezydent Ignacy Mościckie powołał Komitet Obrony Rzeczpospolitej który dyskutował, jak przygotować kraj do wojny. I doskonale wiedział o wielkich zbrojeniach III Rzeszy i sowieckiej Rosji. Polska też próbowała się zbroić, wydając na obronność aż 40% budżetu. Tylko… robiła to w sposób absurdalny. A tym absurdem do dziś chwali się w swoich szkolnych podręcznikach. Pewnie każdy, kto jako tako historię międzywojnia zna, słyszał o Centralnym Okręgu Przemysłowym. COP ma być dowodem świetnie rozwijającej się II RP. Jest zaś dowodem, że rządzili nią idioci.

Mogliśmy mieć dywizje pancerne

Przede wszystkim wojsko polskie wcale nie było tak słabe, jak się próbuje je przedstawiać, stanowiło jedną z najlepiej wyposażonych armii świata. Jeśli chodzi o uzbrojenie strzeleckie i artylerię wcale tak bardzo Niemcom nie ustępowała. Posiadała doskonałą artylerię przeciwpancerną, miała też swoją tajną broń, karabin (rusznicę) przeciwpancerną 7,92, który we wrześniu 1939 roku przebijał pancerze wszystkich niemieckich czołgów. Ale aż tak był tajny, że chociaż wyprodukowano ich zapewne ponad 7000, to tylko niewielka część trafiła do jednostek bojowych. A tam – też z powodu tajności – nie zaznajomiono z nią żołnierzy. Gdyby je wprowadzono na czas do jednostek, to każda z trzydziestu polskich dywizji frontowych dysponowałaby nie mniej, niż 200 takimi karabinami.

Problemem był jednak brak nowoczesnego lotnictwa i broni pancernej – a światlejsi oficerowie wszystkich armii świata wiedzieli, że w nadchodzącej wojnie to one będą decydowały o losach bitew.

Polacy też to wiedzieli, więc mając świadomość, że wojna się zbliża, pozyskali na zbrojenia od Francuzów pożyczkę w wysokości 800 milionów złotych. Wystarczyłoby to na stworzenie nie mniej niż czterech dywizji pancernych, a w tym momencie siły pancerne Niemiec i Polski byłyby zbliżone. Z pieniędzy i tak wydawanych z własnego budżetu można było kupić (i częściowo wybudować) około 700-800 nowoczesnych samolotów, a to oznaczałoby, że i w powietrzu przewaga Niemiec nie byłaby miażdżąca. Zamiast jednak kupować, Polska do samego wybuchu wojny sprzedawała za granicę swój najnowocześniejszy myśliwciec, P-24. Sprzedano ich 300, do polskiej armii nie trafiły wcale, bo w niej służyły znacznie słabsze, przestarzałe P-7 i P-11. Podobnie do Wielkiej Brytanii i Rumunii sprzedano krótko przed wojną 500 dział przeciwpancernych, takich samych jak te, które w kampanii wrześniowej zniszczyły kilkaset niemieckich czołgów. Polska dostała pożyczkę na zakup broni, ale zamiast kupować – sprzedawała!

COP – inwestycja pozbawiona logiki

Dlaczego tak postępowała? Na skutek zupełnie idiotycznej decyzji budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego. Decyzja o jego budowie zapadła jesienią 1936 roku, pierwsze prace rozpoczęły się w 1937. Miały tam powstać głównie fabryki zbrojeniowe, bo – tak wychwalany przez dziesięciolecia – Eugeniusz Kwiatkowski przekonał prezydenta Mościckiego i marszałka Rydza-Śmigłego, że po co za pożyczki broń kupować, jeśli możemy za te pieniądze wybudować własny przemysł zbrojeniowy. Fabryki miały być gotowe w połowie 1940 roku.

I to właśnie dochodzimy do absurdu. Polskie władze zakładają, że wojna z Niemcami wybuchnie w 1938 albo 1939 roku, ale zamiast zbroić armię, budują fabryki, które zaczną sprzęt wojenny produkować dwa lata później. A jeśli zaczną produkować w 1940, to armia nie będzie uzbrojona wcześniej, niż w 1941 roku. Czyli dwa lata po wojnie. I rzeczywiście, fabryki COP-u bardzo się przydały… przemysłowi zbrojeniowemu III Rzeszy.

Na COP wydano prawie dwa miliardy złotych, dwa razy więcej, niż wyniosła francuska pożyczka. Za pieniądze te można było uzbroić armię tak, by dorównywała niemieckiej. Oczywiście, III Rzesza była państwem od Polski dwa razy ludniejszym, więc mogła potężniejszą armię wystawić, miała jeden z najpotężniejszych przemysłów świata, więc i tak by wojnę wygrała. Ale czy zdecydowałaby się na nią wiedząc, że potrwa nie trzy tygodnie, ale przynajmniej pół roku? Z Francuzami na karku. Bo też pytanie, jak zachowaliby się ci Francuzi, gdyby Polacy jedną, drugą, trzecią bitwę wygrali?

Wojsko było, planów nie

Ale armia polska nawet bez tego nie była tak słaba, jak się to dziś opowiada. Była za to kompletnie do wojny nie gotowa koncepcyjnie. Sztabowcy nie opracowali żadnych solidnych planów tej wojny. A to, co wymyślono nie było planem toczenia wojny, lecz planem politycznej manifestacji, że Polska nie da się – cytując Rydza-Śmigłego – odepchnąć od morza.

Tylko jeden polski generał, Tadeusz Kutrzeba, zdawał sobie sprawę, że koncepcja obronna jest bezsensowna. Po aneksji Czechosłowacji Polska miała granicę z Niemcami i ich państwami satelickimi wynoszącą niemal półtora tysiąca kilometrów. Tak długiej granicy przeciw liczniejszej (a tym bardziej lepiej uzbrojonej) armii bronić się nie da! A taki właśnie był plan marszałka Rydza-Śmigłego, bo poszczególne polskie armie broniły jej na całej długości, by front wynosił właśnie ponad tysiąc kilometrów.

Kutrzeba mając świadomość, że tak długiego frontu nie da się utrzymać, proponował wojnę manewrową, koncepcję staczania walnych bitew, podobnie jak w 1920 roku nie próbowano utrzymać frontu z sowietami, lecz pod Warszawą wydano im walną bitwę. „Do zwycięstwa potrzebna jest przewaga. Nie musi to być przewaga ogólna w czasie całej kampanii, ale powinna być przynajmniej lokalna, to znaczy tam, gdzie poszukuje się rozstrzygnięcia” – starał się przekonać naczelnego wodza.
Jednak jego koncepcja została odrzucona i na etapie opracowywania planów i wtedy, gdy wydanie tej walnej bitwy aż się prosiło. Bo Niemcy też nie planowali stałego frontu, koncepcja Blitzkriegu zakładała skomasowane oddziały pancerne w określonych miejscach i tam rozbijanie polskich jednostek. Rydz-Śmigły zaś był zwolennikiem koncepcji polegającej na opóźnianiu marszu wojsk niemieckich, a nie rzeczywistej walki z nimi. Licząc, że uderzą Francuzi.

Armia w pustce

Polski sztab generalny miał przed wojną dobrze rozeznane niemieckie pozycje. Wiedział, że atak nastąpi na południu (Śląsku), północy (z Brandenburgii na polskie pomorze oraz z Prus na Warszawę). Naprzeciw armii Poznań stacjonującej w Wielkopolsce, a dowodzonej przez Kutrzebę, Niemcy nie zgromadzili żadnych większych jednostek. Kiedy więc wojna wybuchła, armia Poznań stała w operacyjnej pustce. Do tego stopnia, że 2 września oddziały rozpoznawcze generała Kutrzeby przekroczyły niemiecką granicę, nie napotykając niemal żadnego oporu.

Na południu od armii Poznań armia Łódź walczyła ze stosunkowo słabą niemiecką 8 armią, a dalej na południu z 10 armią. Kutrzeba kilkukrotnie prosił Rydza-Śmigłego, by pozwolił mu z północnej flanki uderzyć na 8 armię, uzyskując tę lokalną przewagę. Nadaremnie. Armia Poznań miała bezczynnie stać z bronią u nogi tak długo, aż armie Łódź i Pomorze zostaną rozbite, i dopiero wówczas wojska niemieckie zaczęły oddziały Kutrzeby okrążać, by, jak to Kutrzeba przewidywał. „bić nas częściami”. Ostatecznie armia Poznań, już osamotniona, w odwrocie na Warszawę, zostanie rozbita w bitwie nad Bzurą, największej do czasu Stalingradu, bitwie II wojny światowej. Trwająca 9 dni (od 9 do 18 września), zacięta, pokazała, jak mogłaby ta wojna wyglądać, gdyby to armia Poznań 3 albo 4 września z własnej inicjatywy uderzyła na południe, rozbijając zapewne niemiecką 8 armię.

Generałowie tchórzami

Trzeba przy tym powiedzieć, że Kutrzeba był jedynym polskim dowódcą armii, który stanął na wysokości zadania. Bo pozostali… Dowódca armii Łódź Juliusz Rommel 4 września porzuca podległe mu oddziały i przerażony ucieka do Warszawy; dowódca armii Prusy, Stefan Dąb-Biernacki, niemal natychmiast w cywilnym ubraniu, postępuje podobnie; generał Kazimierz Fabrycy również porzucił podległą mu armię Karpaty; dowódca armii Pomorze Władysław Bortnowski 3 września doznał załamania nerwowego i przestał wydawać jakiekolwiek rozkazy, a sam Naczelny Wódz Śmigły-Rydz 7 września uciekł z Warszawy do Brześcia, gdzie nie przygotowano stanowiska dowodzenia. W tym momencie broniące się wojska polskie (armia Poznań nawet jeszcze nie zaczęła walczyć!) utraciły jakiekolwiek wspólne dowództwo.

Dlaczego polskie wojsko było dowodzone tak haniebnie? Bo piłsudczycy usunęli z armii niemal wszystkich absolwentów uczelni wojskowych państw zaborczych, zastępując ich na generalskich stanowiskach legionistami bez jakiegokolwiek formalnego wykształcenia wojskowego. Generałowie ci o dowodzeniu nie mieli po prostu pojęcia. Jedyne, co umieli, to podlizywać się Piłsudskiemu.

Nie szukać winy u innych – tylko u siebie

Tak więc zdrada Francuzów i Anglików, cios w plecy sowietów, lepsze niemieckie uzbrojenie, pogoda i tak dalej na pewno miały wpływ na klęskę wrześniową. Gdyby jednak Polacy wojnę prowadzili porządnie, to może Francja zdecydowałaby się na atak. Ale przy takim polskim dowodzeniu już 7 września było wiadomo, ze jeśli Francuzi się ruszą, z kolei oni niebawem będą walczyli w osamotnieniu.

Ale największy wpływ na klęskę mieli ci, którzy Polską i jej siłami zbrojnymi rządzili. Ci, których obecnie się czci. Napoleon Bonaparte mawiał, że lepsza armia owiec dowodzona przez barana, niż armia lwów pod dowództwem barana. Polską armią i przed wojną i w trakcie kampanii wrześniowej dowodziły niemal same barany.

Dariusz Dyrda

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Uśmiech ładuje nasze akumulatory

Rozmowa z Katarzyną Polok- Marcol, Prezesem Fundacji Bajtel- Mysłowice Pomagają

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Trójwieś nad Przemszą

Przyjęło się mówić, że granica pomiędzy Śląskiem a Małopolską była najtrwalszą granicą państwową środkowej Europy, która niezmieniona przetrwała niemal 500 lat, najpierw pomiędzy koroną czeską a Polską, potem między Austrią a Polską, następnie miedzy Prusami a Polską a na koniec między Prusami (Niemcami), a Rosją. To prawda, ale niezupełnie – bo nie dotyczy trzech wsi. Które przez długi czas… nie należały do żadnego państwa.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Romanesco - dzieło sztuki na talerzu

Są rzeczy obok których nie da się przejść obojętnie. Niedawno odkryłam jedną z nich w warzywniaku i na fali zachwytu od razu postanowiłam się nią podzielić. Dzieło sztuki na talerzu, kulinarne cudo, kolejny dowód na istnienie boskiej proporcji - a to wszystko w jednej, zielonej główce… kalafiora! Brzmi jak zwiastun kinowy nowego filmu science fiction, a mowa o warzywie, które coraz częściej zaczyna się pojawiać na naszych sklepowych półkach. Wszystkim tym, którzy jeszcze nie znają tego fascynującego, zielonego objawienia - pragnę go dzisiaj przedstawić. Drodzy Państwo - kalafior romanesco!

więcej

Reportaż

ilustracja

Góra śmieci czy też wyspa skarbów?

Ostatnio był u nas wywóz tak zwanych śmieci wielkogabarytowych, ludzie powystawiali stare kanapy, sprzęt AGD, zabawki dziecięce którymi już się ich pociechy się nie bawią albo sprzęty z których już wyrosły. Wynoszenie zaczęło się już w weekend. I gdy siedziałam na schodach paląc papierosa jechała bagażówka - i ni z tego ni z owego zatrzymała się na ulicy; mężczyzna siedzący przedtem na miejscu pasażera wysiadł z auta i zabrał sprzed jednego z domów stojący wśród innych śmieci mały, różowy, dziecięcy rowerek, po czym zaniósł go do samochodu. Najwyraźniej dla niektórych śmieci, a dla innych skarby.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Młodzi na zakręcie śmierci

Gdy widzimy na ulicy kilkoro uczniów, to możemy być niemal pewni, że jeden z nich ma za sobą samookalecznie, lub nawet próbę samobójczą. Statystyki nie kłamią, polska młodzież, nie nauczona rodzić sobie ze stresem, często postanawia zlikwidować go w właśnie tak drastyczny sposób.

więcej

Partnerzy