Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy wierzysz, że wpadka polityków PiS-u z materiałami wyborczymi opatrzonymi numerami listy przed ich losowaniem?

Echo historii

Wio koniku

Gdy transport był przede wszystkim konny

Przełom XIX i XX wieku to czas, kiedy rozwój cywilizacji bardzo przyspieszył. Mówimy  o nim w kontekście elektryczności, hut, samochodów, samolotów, chirurgii nawet. Tymczasem dla naszych górnośląskich przodków najważniejsze były być może zmiany, które zachodziły w transporcie… konnym. Ponieważ jednak najlepiej znam temat z okolic Mysłowic, będę operował przede wszystkim tutejszymi przykładami.

 

ilustracja

Bogatszy kupował konia

 W ciągu XIX wieku woły, używane przez stulecia jako siła pociągowa na wsiach i w transporcie przemysłowym, ustąpiły miejsca koniom. Koń był wytrzymalszy, możliwy do wykorzystania także w innych sytuacjach, jak na przykład jazda wierzchem. Tego na wole nie dało się zrobić. Także szybkość ma znaczenie, konnym zaprzęgiem można się szybciej poruszać, niż ciągnącymi wóz wołami. Jednak do końca XVIII wieku zakup konia był najczęściej poza możliwościami finansowymi chłopa.

Jednak dzięki reformom uwłaszczeniowym, które w I połowie XIX wieku przeprowadzono w Prusach, oraz na fali boomu gospodarczego w II połowie tamtego stulecia nagle rolnika było na konia stać.  Dodatkowo chłopi mieli motywację w zakupach, gdyż z jednej strony pojawiło się mnóstwo tanich kredytów (a w latach 80. spłacili ostatnie zobowiązania wobec arystokracji za ziemię), a z drugiej można było dorobić, na przykład przywożąc węgiel z kopalni do mieszkańców, albo być wynajętym do transportu węgla z kopalni na galary. Chociaż ten drugi sposób transportu węgla też przechodził do historii z powodu budowy niewielkich linii kolei linowych lub wąskotorowych.

Wielka śląska fura

       Ponieważ bardzo często rolnicy posiadali po dwa konie, opłacało się kupować fury większe niż te, które woziły towary w sąsiedniej Galicji. Do dziś możemy podziwiać zaprzęgi konne w górach. Tam również widzimy fury o wiele mniejsze niż te, które transportowały węgiel. Śląskie, dwukonne fury zabierały co najmniej dwukrotnie więcej węgla, czy innego towaru, niż te góralskie. Były więc z punktu widzenia ekonomii praktyczniejsze. Chociaż trzeba też brać pod uwagę, że po płaskim  terenie koniom łatwiej niż w górach ciągnąć większe fury.

       Warto zwrócić też uwagę, że fury miały koła duże, ryfowe. To znaczy drewniane, z grubymi szprychami, często okute płaskownikiem, by się tak mocno nie zużywały. Okucia były tym bardziej potrzebne, że w Prusach, a potem w Niemczech, główne ulice brukowano. Wcześniej wszystkie drogi były ziemne. To oznaczało, że powierzchnia była miękka i koła nie były narażone w takim stopniu na zniszczenie, jak w na drogach brukowanych granitem. Tu sytuacja zmieniła się diametralnie, gdyż wprowadzenie bruków (główna obecna mysłowicka drogowa oś miasta Oświęcimska-Ziętka-Brzezińska-Kosztowska były wybrukowane w latach 60. XIX wieku) narażało mocno koła na uszkodzenie. Przy czym twarda nawierzchnia zamiast błota i pasku też powodowała, że fura mogła być większa i cięższa. Jeszcze lepiej toczyła się na kołach gumowych, ale koła ryfowe gumowane dopiero się pojawiały i były bardzo drogie. Raczej stosowano je w pierwszych samochodach, niż w furach. O kołach pneumatycznych w tamtym czasie nie było jeszcze można nawet marzyć, chociaż w niedługim czasie i takie się pojawiły. Powóz konny na kołach ryfowych było z daleka słychać, gdyż wydawał on specyficzny stukot. Mówiło się, że koła turcały.

       Natomiast ludzie do swojego przemieszczania się używali bardzo często traktów pieszych.  Bo było najtaniej. Ale i nimi można było wykorzystywać fury. Opłacało się  wozić całe rodziny lub jechać furą na przykład na targ po większe zakupy. czasem to była krowa, czasem świnia. A czasem jakieś inne zakupy, chociaż trzeba pamiętać, że pod względem żywieniowym wiele rodzin na wsiach wokół Mysłowice i na całej sąsiadującej z nimi Ziemi Pszczyńskiej było samowystarczalnych.

I chłopi mieli eleganckie powozy

       Wzrosła zamożność społeczeństwa śląskiego w końcu XIX wieku a szczególnie okolice Mysłowic, tereny leżące u  samego styku trzech cesarstw (austriackiego – Jaworzno, rosyjskiego – Sosnowiec i niemieckiego – Mysłowice) doskonale zarabiały na,  jak byśmy to dziś nazwali, małym ruchu granicznym. W efekcie upowszechniły się też inne pojazdy, oczywiście o napędzie konnym. Tym razem osobowe. To bryczki i landauery. Do tej pory były one dostępne tylko dla arystokracji, ale w czasie gwałtownych przemian pojawiły się na wsiach wśród chłopów.

I niektóre przetrwały do dziś, jeżdżąc reprezentacyjnie przy różnych okazjach. Ale to właśnie chłopskie bryczki przetrwały, a nie powozy arystokracji. Ta ostatnia szybko przesiadła się na samochody, na początku XX wieku niedostępne dla zwykłych ludzi, chociaż kilkadziesiąt lat później, w latach 30. już powoli tak.

       Bryczki to pojazdy lekkie, otwarte, ze składanym dachem. Mieściły wygodnie cztery osoby. Dodatkowo na koźle mógł siedzieć woźnica i jeszcze jedna osoba. Tak więc bryczki były sześcioosobowe. Często były lakierowane na kolor czarny, chociaż nie zawsze. Landauery z kolei to czarne i dostojne karety. Miały konstrukcję stalowo- drewnianą, a pokryte były elegancką skórą. Częściej jeżdżono nimi zimą. Ale na  uroczystości także najważniejszych gości wożono landauerem. Do dziś w okolicy nie przetrwał żaden, jednak ostatni był w posiadaniu rodziny Karola Sowy z Krasów (dzielnica Mysłowic). Niestety, ktoś wyciął ostrym nożem płaty skóry i to spowodowało, że zdecydowano się go zlikwidować. Natomiast do dziś przetrwały inne pojazdy, jak chociażby bryczka Klemensa Urbańczyka z Kosztów, Krzysztofa Biolika z Ławek, czy fura u rodziny Garlejów na Krasowach (to też dzielnice Mysłowic). To piękne pamiątki naszej historii. I zdumiewające, że trzeba ich szukać, bo przecież jeszcze 30lat temu fura była na naszych ulicach normalnym pojazdem.     

Zimową porą

 Środki transportu, których używano od wielu stuleci, a na przełomie XIX i XX wieku miały jeszcze spore znaczenie, dzieliły się na letnie i te, których używano porą zimową. Dziś, kiedy zimy są łagodne, a drogi nieustannie są odśnieżane, budzić to może pewne zdziwienie lub zaskoczenie, jednak kiedyś było zdecydowanie inaczej.

       Przede wszystkim należy pamiętać, że dawniejsze zimy były bardziej surowe, mroźne i śnieżne niż obecne. Bywały lata, że śniegi pokrywały bardzo grubą czapą wszystko, co się tylko dało pokryć. Przecież jeszcze w latach 60. XX wieku zdarzały się takie opady śniegu, że odśnieżano wąską ścieżkę na bocznych drogach i między wysokimi pryzmami śniegu ludzie się przemieszczali! To było dopiero wyzwanie! Dzisiaj przy zimach łagodnych, śnieg spada w niewielkich ilościach i szybko topnieje. Dawniej śnieg zalegał także o wiele dłużej. Często spadał jeszcze przed 1 listopada, nierzadko utrzymywał się w marcu, a czasem nawet w kwietniu. Dziś to także rzecz niespotykana. W efekcie obecnie nie tylko dzieci nie mają typowych zimowych atrakcji, ale także szybko zaniknął tradycyjny transport zimowy. 

       Czyli pojazdy o napędzie konnym, ale zamiast kół posiadające płozy. Gdy było dużo śniegu, takimi pojazdami podróżowało się o wiele sprawniej niż takimi na kołach. Czy to znaczy, że dawniej dróg nie odśnieżano? Oczywiście tak, zwłaszcza na terenach zabudowanych. Jeżeli były drogi mało uczęszczane, wtedy nie. Ale ówczesne odśnieżanie było inne. Dzisiaj mamy pługi śnieżne instalowane z przodu pojazdu. Dawne pługi były ciągnięte przez konie. Miały kształt skrzyni trójkątnej, która ostrą częścią była ustawiana w kierunku jazdy. Rozgarniała śnieg na boki. Jednak dróg wcale nie posypywano solą, lub innym badziewiem. Więc drogi, nawet te odśnieżone, były białe. Jedynie warstwa śniegu była znacznie cieńsza.

Jo na wasze wesele srôm, srôm, srôm

       Bogatsi gospodarze zimową porą zamiast bryczek używali wielkich sań. Jedne były czteroosobowe, inne sześcio. Sanie były zrobione z drewna i miały wielkie drewniane płozy. Z biegiem czasu, ze względów praktycznych, zaczęto płozy obijać metalowymi płaskownikami. Było miejsce na koźle dla woźnicy, były miejsca dla pasażerów, którzy siedzieli naprzeciw siebie. Niektóre sanie miały nawet drzwiczki. Takie były luksusowe!

Ciekawe, że nazwa takiego pojazdu całkowicie wypadła z ludzkiej pamięci i dziś w naszej okolicy tylko nieliczni wiedzą, jak się takie sanie nazywały. Gdy pytam przeciętnego człowieka, zwłaszcza takiego, który, jak uważa, biegle posługuje się śląską mową, robi wielkie oczy. Sanie ciągnione przez konie nazywano u nas srômbkiem. To właśnie dawniej srômbkami jeżdżono, gdy spadł śnieg.

Nawet kiedyś wysłuchałem opowieści z Krasów, jak państwo młodzi udali się do chrzestnego (który się jąkał), by zaprosić go na wesele. Była to pora zimowa. A chrzestny odpowiedział "jo na wasze wesele srôm, srôm, srôm..." Młodzi poczuli się mocno dotknięci reakcją ujka, ale ten dokończył "...srômbkym przijada!"

Dziś srômbek to ogromna rzadkość. Widziałem jeden u Klemensa Urbańczyka na Kosztowach i aż dwa (jeden z nich na fotografii) u Krzysztofa Biolika na Ławkach. Stoją nieużywane,  bo zimy kiepskie, a każdy kawałek śniegu odgarnięty i posypany solą. Srômbki nie mają dziś gdzie jeździć, a szkoda, bo dźwięk dzwonka na końskim karku zawieszonego i piękno tych pojazdów to jeden z odcieni życia w naszym pejzażu, który kiedyś był naturalnym zjawiskiem.

Smyki

       Warto też zwrócić uwagę na zimowy transport towarów. Używano do niego smyków. To też rodzaj sań, które składały się z dwóch części, jakby dwóch osi, z tym, że każda na płozach.. Do przednich sań był przytroczony dyszel. Połączone były specjalnym elementem. Takim pojazdem można było wozić na przykład drewno. Ale takie połączone smyki miały możliwość zabudowy elementami fury. Konkretnie dna i burt. Wtedy smyki przekształcały się w zimową furę. Można było nią transportować węgiel lub nawóz na pole. Też bardzo praktyczne rozwiązanie. Drugie zdjęcie pokazuje takie smyki, które zachowały się u Krzysztofa Biolika z Ławek.

       Tak na marginesie: może ktoś dysponuje starymi zdjęciami dawnych pojazdów zimowych? Proszę o skany.

Wozy różańcowe

                   Przełom XIX i XX wieku to rozwój jeszcze jednej formy transportu konnego, o którym trzeba wspomnieć. To transport zmarłych na cmentarz. Ponieważ w tamtym czasie kościoły były rzadkością, a przy okazji rzadkością były cmentarze, trzeba pamiętać, że musiano zawozić jakoś trumny ze zmarłymi w czasie pogrzebów. Wszak nieść z Kosztów do Chełmu lub z Ławek do Lędzin trumnę z ciałem było raczej niemożliwe. Zazwyczaj więc wykorzystywano do tego celu zwykłe fury robocze, którymi na co dzień wożono na przykład węgiel. Oczywiście były dokładnie czyszczone, aby zmarły był przewożony godnie, jednak początkowo były to zwykłe fury.

       Rozwój gospodarczy naszych terenów spowodował, że w zasadzie w opisywanych czasach zaczęły się na wsiach pojawiać specjalne pojazdy do przewożenia nieboszczyków. Początkowo używane były tylko do przewozu zmarłych bogatych arystokratów, potem także mieszczan. Wreszcie trafiły na podmysłowickie wsie. To wozy różańcowe, czyli specjalnie zdobione wozy do przewozu trumien ze zmarłymi.

       Nie było ich w okolicy wiele, jednak używano ich długo. Na pewno taki wóz znajdował się w posiadaniu rodziny Haśnik z Krasów, także używano takiego w Brzezince. Jeszcze w latach 70. XX wieku spotykano je na pogrzebach. Niestety, zostały w tamtych czasach wyparte przez samochody. Często to były zwykłe bagażówki typu nysa lub żuk w ciemnych kolorach, bez żadnych ozdób. Nieporównywalne brzydsze od wozów różańcowych, ale nowoczesność była w cenie. A wozy? Zostały porozbijane i zniszczone. Niestety.

       Jak zatem wyglądały takie wozy? Podwozie miały zwyczajne, jak każdy wóz. Na kołach ryfowych, czyli drewnianych, jak każdy ówczesny konny pojazd. Ale nadwozie to już było cudo. Nad konstrukcją podwozia wozu, budowano niewielką platformę. Taką, by się zmieściła na nie trumna i kozioł z woźnicą. Ale to, co znajdowało się powyżej, to już dzieło sztuki. Na wozie zbudowana była gablota, przypominająca akwarium, by bardzo dobrze było widać trumnę. Gablota składała się z ram drewnianych, często bogato rzeźbionych. Okna wypełniały szyby. Ale nie takie, jakich używano w oknach domowych. To były szyby kryształowe, pięknie grawerowane w symbole chrześcijańskie. Dodatkowo grawery na szkle ozdabiały brzegi szyb. Na dodatek dach wozu także często był zdobiony rzeźbami. A na jego szczycie umiejscawiano ozdobną koronę, by rodzina widziała, że ich bliski ma iście królewski pogrzeb. Oczywiście w trakcie pogrzebu na takim wozie lokowano także wieńce i bukiety kwiatów. Wrażenie więc robił oszałamiające.

Pamięć o  rôłsbanach

       Ostatnim typem transportu konnego, o którym trzeba wspomnieć, to tak zwane kolejki konne, czyli rôłsbany. Pojawiły się w naszych stronach w I połowie XIX wieku i w końcu tamtego stulecia właściwie zanikły. Jednak były bardzo ważnym elementem krajobrazu wsi otaczających Mysłowice, zwłaszcza Janowa, Brzęczkowic i Brzezinki, stosowano je także choćby w tyskim browarze. Ludzie szybko zauważyli, że konie łatwiej ciągną wózki po szynach, niż po zwykłej drodze. Tory powodują, że można przewozić więcej towaru za pomocą jednego konia niż furą po drodze. Dlatego rôłsbany były bardzo popularne. W okolicy Mysłowic służyły one do przewozu węgla na barki rzeczne lub do transportu galmanu z okolic Tarnowskich Gór i Bytomia do licznych hut cynkowych, które znajdowały się wokół Mysłowic.

Dopiero dwa czynniki spowodowały poważne zmiany w sieci kolejek konnych. Po pierwsze zbudowano linię kolejową z Mysłowic do Oświęcimia. Po drugie, kryzys gospodarczy spowodował zamknięcie hut cynkowych, bo przez brak rud cynku i ich koszty transportu podmysłowickie wyroby były droższe od tych, które powstawały w pobliżu kopalń galmanu. To zaowocowało zamknięciem kolejek konnych. Ale pozostały ślady po nich. W Brzęczkowicach jest ulica Kolejki Konnej, a w Brzezince na Dolinie widoczny jest niewielki nasyp, który nazywany jest rôłsbaną. Także na Janowie  pozostały ślady po dawnej rołsbanie w postaci nasypu i pamięci o tym, którymi drogami jeździła kolejka konna.

Tyle zostało z dawnego transportu konno- kolejowego...

      

 Tomasz Wrona

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Wierzę w ten Teatr

Rozmowa ze Sławkiem Żukowskim, reżyserem, aktorem, rysownikiem, malarzem, a nawet muzykiem!

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Wio koniku

Przełom XIX i XX wieku to czas, kiedy rozwój cywilizacji bardzo przyspieszył. Mówimy  o nim w kontekście elektryczności, hut, samochodów, samolotów, chirurgii nawet. Tymczasem dla naszych górnośląskich przodków najważniejsze były być może zmiany, które zachodziły w transporcie… konnym. Ponieważ jednak najlepiej znam temat z okolic Mysłowic, będę operował przede wszystkim tutejszymi przykładami.

 

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Śląska oberiba!

Alka, Delikates Biała, Gabi czy Wiedeńska Biała - coś wam to mówi? No tak. A może po prostu…oberiba? Pewnie części nie trzeba już bardziej tłumaczyć. Tak proszę Państwa - dzisiaj biorę na warsztat kalarepę.

więcej

Reportaż

ilustracja

Góra śmieci czy też wyspa skarbów?

Ostatnio był u nas wywóz tak zwanych śmieci wielkogabarytowych, ludzie powystawiali stare kanapy, sprzęt AGD, zabawki dziecięce którymi już się ich pociechy się nie bawią albo sprzęty z których już wyrosły. Wynoszenie zaczęło się już w weekend. I gdy siedziałam na schodach paląc papierosa jechała bagażówka - i ni z tego ni z owego zatrzymała się na ulicy; mężczyzna siedzący przedtem na miejscu pasażera wysiadł z auta i zabrał sprzed jednego z domów stojący wśród innych śmieci mały, różowy, dziecięcy rowerek, po czym zaniósł go do samochodu. Najwyraźniej dla niektórych śmieci, a dla innych skarby.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

W Kamionce nie chcą szerokiej drogi

Plan zagospodarowania przestrzennego, który burmistrz Mikołowa Stanisław Piechula pokazał mieszkańcom dzielnicy Kamionka – bardzo się im nie spodobał. Mało powiedziane, na spotkaniu 25 lipca było bardzo gorąco. Padały pod adresem burmistrza i planu gorące słowa. Najwięcej kontrowersji wzbudza szeroka ulica, prowadząca przez środek dzielnicy. Mieszkańcy nie wiedzą, czemu ma ona służyć, ale obawiają się, że stanie się drogą praktycznie tranzytową, a ich spokojna, cicha, wiejska w zasadzie dzielnica zmieni się nie do poznania.

więcej

Partnerzy