Sondaż publiczny

Ile wydajesz na zakupy związane ze Wszystkimi Świętymi?

Echo historii

Miasta Duchów

Historia dawnych militarnych miast

Czy to cień, czy jeniec były, polski, niemiecki, sowiecki? Czy to wiatr, czy echo dawnych salw? Wiatr hula, historia zawodzi, zwiedzać, czy brać za pas nogi? Cicho wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie…

Turystyka to nie tylko piękne pałace, strzeliste góry, czyste jeziora. Są tacy, którzy wolą zwiedzać miejsca ludne niegdyś, a dziś wymarłe. Miasta widma. Wiele takich na świecie, ale i na zachodzie Polski, na dawnych terenach niemieckich, także parę znaleźć można. Zapraszam do miast wymarłych.

ilustracja

Każdy chyba słyszał o owianej mroczną sławą Prypeci - ukraińskim mieście z którego z dnia na dzień ewakuowano 350 tysięcy ludzi, w wyniku katastrofy Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Od tego czasu minęło 33 lata, a miasto stało się skansenem, które rocznie odwiedza 60 tysiące ludzi, by zobaczyć motywy i miejsca ze znanych przez siebie gier, seriali i teledysków. Wielu eksploratorów odwiedzając miejsce opuszczone, chce w ten sposób zrozumieć i na żywo dotknąć historii i chwilę pożyć życiem ludzi tam kiedyś mieszkających. Takie miejsca - tak zwane z angielska - „ghost town” lub miasto widmo, są niejako nowymi muzeami naszych czasów. Niektóre z takich kompleksów czy też całych miasta można też odwiedzać na terenie naszego kraju. Część starych, niszczejących już od lat budynków, tak jak barokowe dzieła z jednej strony napawa nas lękiem, bo odrapane ściany z łuszczącym tynkiem niejednokrotnie przypominają sceny z horroru, ale to jakby nie zniechęca, a wręcz przeciwnie - budynek hipnotyzuje i zachęca by wejść do niego następne dwa kroki dalej.

Promieniotwórcza Miedzianka

Pierwszym przystankiem w naszej podróży jest Miedzianka która znajduje na terytorium dzisiejszych Janowic Wielkich, niedaleko Jeleniej Góry. Dzisiaj niejednokrotnie mówi się, że pierwsze były kopalnie a potem koncentrowano dokoła nich mieszkańców i górnicze osady. Ale nie w przypadku Miedzianki, bo zanim zjawili się tu Rosjanie, osada już stała, ale była ona skoncentrowana wokół innej kopalni, a ta która nastała potem, doprowadziła do zagłady miasta. Początkowo w mieście znajdowała się kopalnia miedzi, która pomagała ludziom tam żyjącym związać koniec z końcem. Również miejscowy browar pomagał miejscowym trochę dorobić. Trzeba też w tym miejscu powiedzieć, że Miedzianka była jednym z najbardziej urokliwych miejsc w Sudetach.

Ale takie spokojne życie mieszkańcy prowadzili do 1948 roku,gdy w Miedziance zaczęli pojawiać się radzieccy uczeni wykonywać odwierty, by sprawdzić czy w górze są złoża drogocennego dla mocarstwa atomowego uranu. Okazało się, że góra na której stoi Miedzianka jest rzeczywiście pełna nie tylko miedzi i kobaltu, ale również tego radioaktywnego pierwiastka. Ich odkrycie to tak naprawdę początek końca miasteczka. Rosjanie zaczęli prowadzić rabunkową eksploatacje pierwiastka i nikt nie przejmował się mieszkańcami, zarówno tymi pracujących przy wydobyciu, jak i tymi, którzy mieszkali obok kopalni. Ludzie nie byli też świadomi tego, co za niedługo miało się wydarzyć. Chociaż praca była ciężka, rąk do niej nie brakowało - trudno się dziwić ponieważ nie każdemu w miasteczku się przelewało, a wypłata oferowana przez Rosjan była wysoka i pozwalała spełnić marzenia o lepszym życiu.

Sielanka była pozorna, ponieważ nikt z okolicy nie wiedział, co z góry sowieci wydobywają (myślano, że tylko miedź) - a całe przedsiębiorstwo była oficjalnie znane jako Fabryka Papieru. Część górników, którzy próbowali wynieść urobek z kopalni. znikało w niewyjaśnionych okolicznościach - oficjalnie mówiono, że taki człowiek zapewne opuścił miasto - ale nieoficjalnie szeptano też, że zostawał on zakopany żywcem w tunelach pod miastem. Więc nawet po śmierci nigdy już nie opuścił podziemnego korytarza.

Gdy wszystko, co dało się wycisnąć z góry, zostało wywiezione, ludzi zostawiono bez żadnego wsparcia. Miasto stało się jedną wielką szkodą górniczą, zarówno jeśli chodzi o budynki jak i ludzi. Nikt z tych, którzy nadzorowali prace pod ziemią nie ostrzegł mieszkańców, że uran jest promieniotwórczy - to wyszło dopiero po latach, gdy już większa cześć ludzi zmarła na nieznane tu wcześniej choroby. Miasto częściowo wyburzono, a ludzi którzy tam żyli wysiedlono w 1972 roku do Jeleniej Góry. Właśnie wtedy Miedzianka stała się miastem- widmem.

Chociaż cześć starych poniemieckich budynków została wyburzona, a gruzy częściowo zostały rozebrane z powodu polowania ludzi PRL-u na dobrej jakości cegłę, to do Miedzianki ciągnie nie tylko eksploratorów zapomnianych miast, ale też smakoszy piwa, a to za sprawą legendą owianego browaru Miedzianka. Stał tu kiedyś, a teraz znów jest, choć wybudowany od nowa w 2015 roku. Z dawnych zabudowań sprzed wojny można oglądać na przykład kościół katolicki, kamienicę Gospody pod Czarnym Orłem (Schwarzer Adler), jeden ze starych budynków browaru, dawny dom jego właściciela. Z takich starszych rzeczy można też zobaczyć krzyż pokutny, który znajduje się tu od XV wieku przy rozstaju dróg, wystawiony przez morderców lub ich rodziny.

Pstrągów tu nie znajdziecie

Kolejnym miastem o którym warto opowiedzieć jest Pstrąże. Chodząc jego ulicami czasem ma się wrażenie, że nie jest się na Dolnym Śląsku, ale w ukraińskiej zonie gdzieś niedaleko Prypeci, Czernobyla. Pstrąże, do 1945 roku zwące się Pstransse, a po 1945 Страхув (Strachów), także leży na terenie województwa dolnośląskiego, niedaleko Bolesławca. Chociaż na granicy starych zabudowań dawnego miasta wojskowego stoją tabliczki z zakazem wstępu, zarówno eksploratorów jak i złomiarzy to nie odstrasza.

Kiedyś, a konkretnie do końca XIX wieku, znajdowało się tu niewiele więcej niż teraz, ponieważ była to osada których mieszkańcy zajmowali się głownie wypasem bydła, ale wszystko zmieniło się w następnym wieku, gdy w 1902 niemieckie wojsko wytypowało ten teren pod budowę miasta-koszar dla swojego wojska. Życie niemieckich wojskowych trwało tam do 1945 roku, wtedy to teren miasta został zajęty przez ich przeciwników - wojska sowieckie. Wtedy też Pstrąże przestało istnieć - przynajmniej oficjalnie na mapach. Po prostu z nich zniknęło, choć mieszkały tu tysiące ludzi. Przedostanie się do miasta utrudniał Polakom wysadzony przez Niemców most na Bobrze. Podobno miasto jeszcze w początku lata 90. XX wieku funkcjonowało jak każde inne z sowieckimi koszarami. W 1995 gdy oficjalnie przeszło pod polską administrację, próbowano rewitalizować ten obszar, ale decyzją Kierownika Urzędu Rejonowego w Bolesławcu odstąpiono od powtórnej próby zasiedlenia terenu, a miasto Pstrąże stało się poligonem treningowym dla różnych służb i miejscem gdzie szuka się różnych pamiątek po ludziach dawnej tam żyjących.

Zabudowa Pstrąża łączyła w sobie dwa style budownictwa, można tam dostrzec zarówno typowe niemieckie budynki, jak i bloki z wielkiej płyty rodem z Leningradu. Chociaż były to solidne wojskowe budowle, to dziś na spacerujących ulicami Strachowa zewsząd wyzierają budynki w katastrofalnym stanie. Jeszcze do niedawna można było przejść miedzy wielkimi blokami mieszkalnymi, stanąć na starej bocznicy kolejowej, czy wejść do dawniej często uczęszczanej przez miejscowych kawiarni „Bajka”, stanąć na środku stadionu sportowego - w dawnych koszarach w części wojskowej miasta. Teraz po rozbiórce, która zakończyła się dwa lata temu można przejść po porośniętych roślinnością gruzach. Jedna z lokalnych legend mówiła, że rosyjscy żołnierze przez lata przechowywali w części wojskowej Pstrąża broń atomową. Czy tak było - nie wiadomo.

Wymarła część MRU

Kolejnym militarnym, a dziś miastem duchów jest Kęszyca Leśna i jakby nazwa mówi sama za siebie, bo wśród kęp trawy i drzew można dostrzec miasto, które kiedyś się tu znajdowało. A właściwie pozostałości po nim.

W 1927 niedaleko wsi Kęszyca Niemcy zbudowali Regenwurmlager czyli tłumacząc na polski „koszary dżdżownic”, na ten czas była to największa inwestycja jaką Niemcy zrobili w ramach Miedzyrzeckiego Rejonu Umocnionego. Zresztą cały MRU to teren niezwykły. Tu, na granicy Śląska i Ziemi Lubuskiej, III Rzesza aż do 1938 roku budowała system umocnień obronnych przeciw Polsce. Tak, obronnych, najwyraźniej spodziewając się, że to Polska ich zaatakuje, a nie oni Polskę. Międzyrzecki Rejon Umocniony to jedne z największych podziemi fortyfikacyjnych świata. Długość podziemnych korytarzy szacuje się na 35 kilometrów, a obecnie są one królestwem nietoperzy.

Gdy budowa garnizonu zakończyła się, na uroczyste otwarcie zagościł sam Fuehrer Adolf Hitler. Kronikarze mówią o tym że w tym miejscu stacjonowały pułk waloński, a żołnierze różnej nacji, w tym Hindusi czy Persowie szkolili się tu w umiejętnościach wojennych. Inna miejscowa legenda mówi, że to właśnie tu działał sztab szkoleniowy Abwehry.

Zaraz po II wojnie światowej garnizon odziedziczyli Polacy, który nadali mu nazwę Gródek, jednak po jedenastu latach miasteczko zostało sowieckiej podarowane jednostce łączności, która straciła zainteresowanie przebywaniem tu dopiero w 1993 roku. Pamiątką po sowieckim pomieszkiwaniu jest pomnik na środku miasteczka, przedstawiający radzieckiego łącznościowca. Na terenie miasta jest oczywiście wiele ruin, w których mieszka tylko wiatr, ale wiele z solidnych poniemieckich zabudowań miejscowe władze starają się przekształcić w miejsca, którzy nadawały by się do zamieszkania - tak na przykład przekształcono stare koszary, tworząc w nich mieszkania dla okolicznych mieszkańców. W miejscowości znajduje się również hotel, restauracja i sklepy. Ciekawostką jest to, co skrywa się pod ziemią, a mianowicie korytarze dawnego metra, które ciągną się pod powierzchnią dobre kilka kilometrów. Metro to, raczej kolejka podobna do kopalnianej, służyło oczywiście do wożenia amunicji, a nie mieszkańców.

Fabryka, ale czego?

Krzystkowice czyli miejsce dawnej fabryki amunicji znana jest pod wieloma nazwami ale zazwyczaj używa się DAG Krzystkowice. To tu niedaleko Nowogrodu Bobrzańskiego, na północnych rubieżach Śląska, w województwie lubuskim, znajdowała się dawna fabryka, której profil produkcyjny nie jest do końca znany, gdyż dokumentacji nigdy nie odnaleziono. Zbudowana została prawdopodobnie w okolicach 1939 roku, a zlikwidowana po drugiej wojnie światowej w 1945. Na terenie całego, zajmującego 35 kilometrów kwadratowych miasta, znajdowały się nie tylko zakłady produkcji, hale i żelbetonowe konstrukcje, ale również kasyna i bloki mieszkalne.

W miejscowości znajdowała się też filia obozu koncentracyjnego Gross Rosen, którego więźniowie stanowili największą część pracujących tam ludzi. Większa cześć sprzętów została wywieziona przez Niemców, zanim na terenie tym pojawili się Rosjanie, ale budynki, tory kolejowe i brukowane ulice pozostały. Część z zabudowań, które mino upływu czasu pozostały w dobrym stanie, są udostępnione zwiedzającym, by ci mogli sobie strzelić sweet focie w tym apokaliptycznym krajobrazie. Część z zabudowań jest zamknięta dla ludzi, ponieważ korzysta z nich lokalna jednostka wojskowa oraz zakład karny nieopodal Krzywańca.

Mniej farta niż Borne Sulinowo

Ostatnim przystankiem w naszej podróży w poszukiwaniu bezludnych miejscowości, jest miejscowość Kłomino położone koło Bornego Sulinowa, w województwie Zachodniopomorskim. Borne Sulinowo też było kiedyś takim pustym miastem po armii czerwonej, a obecnie zamieszkuje je 5000 ludzi.

Kłomino puste pozostało - budynki z powybijanymi oknami, po których dziś hula wiatr, skrywają w swojej przeszłości mroczną historie. Teraz już większość budynków jest tylko kupą gruzu, ale dalej znajduję się tu blok mieszkalny, który kupił prywatny właściciel, jeden budynek gminy Borne Sulinowo i dwa należące do leśników. Spacerując po ulicach Kłomina trzeba jednak patrzeć pod nogi, ponieważ miasto jest mocno zdewastowane, a na wielu studzienkach (gulikach) brakuje pokryw, które zostały skradzione przez złomiarzy.

Za czasów III Rzeszy Kłomina wraz z Bornym Sulinowem były niemieckimi osiedlami Truppenübungsplatz Gross Born. W latach 30 było to militarne miasteczko, na którego terenie zorganizowany też był obóz jeniecki, który początkowo miał być obozem przejściowym tak zwany Dulag, ale potem koncepcja obozu na terenie Kłomina zmieniał się i w listopadzie 1939 roku z Dulagu powstał Stalag, czyli obóz dla jeńców szeregowych - taki kształt miał do połowy 1941. Ostatni obóz, który powstał w tym miejscu to Oflag II D Gross-Born.

W obozach siedzieli nie tylko wysocy rangą oficerowie, ale również szeregowcy czy ludność cywilna. Szacuje się że w obozie znajdowało się około sześciu tysięcy polskich jeńców, ale nie wszyscy jednocześnie przebywali na jego terenie, ponieważ dwa tysiące ludzi przebywało w obozie, a pozostałe cztery pracowały poza nim. Na terenie obozu przetrzymywano miedzy innymi Leona Kruczkowskiego (autor „Niemców”) oraz majora Henryka Sucharskiego (dowódcę obrony Westerplatte).

Wraz przekształceniem Stalagu w Oflag zaczęto zwozić oficerów i wojskowych narodowości francuskiej i rosyjskiej. Pod koniec października 1941 do miasta zwieziono 26 tysięcy radzieckich jeńców, tworząc tym samym obóz dla nich, jednak warunki były tu tak ciężkie, że na dzień 12-ty lutego zostało tylko osiem tysięcy - trochę więcej niż jedna trzecia stanu początkowego; reszta zmarła z głodu.

Po wycofaniu się Niemców Kłomino zajęli sowieci, którzy jakby w odwecie, również założyli tam obóz jeniecki, ale tym razem dla żołnierzy niemieckich. Po wojnie sowieci przemianowali miasto na Gródek i wchodziło ono w skład Garnizonu Armii Radzieckiej - trzeba tu powiedzieć, że miasto zostało zaplanowane tak aby nie potrzebowało pomocy z zewnątrz - było samowystarczalne energetycznie, z dużymi zapasami żywności i wody. Niektóre poniemiecki budynki zostały wysadzone przez Rosjan, a cegły po nich zostały został wykorzystane miedzy innymi do budowy Pałacu Kultury w Warszawie.

W 1972 na terenie miasta został wytyczony teren, na którym zaczęto w wielkiej tajemnicy coś budować - inwestycja trwała całe sześć lat. Z oględzin wynika, że znajdowała się tam baza rakietowa, w której znajdowały się wyrzutnie i rakiety dalekiego zasięgu a niektórzy mówią, że przechowywano w bazie tej broń atomową.

Powolne umieranie miasta zaczęło się tak naprawdę po wyjechaniu z Kłomina ostatniego sowieckiego żołnierza w 1992 roku, wtedy też teren przeszedł pod polską administracje i chociaż wielu chciało, by Kłomino zostało zrewitalizowane podobnie jak sąsiadujące z nim Borne Sulinowo, to jednak nie były tym zainteresowane władze, nie było też prywatnego inwestora, który kupiłby miasto, a było ono wystawione ze wręcz symboliczne pieniądze, bo całą miejscowość można było kupić za dwa miliony złotych. Tylko niektóre budynki zostały wykupione przez „wizjonerów”, którzy bardzo wierzyli w rozwój i zasiedlenie miasta. Niestety tak się nie stało, w roku 2012 w mieście mieszkało 12 osób, głownie leśnicy ze swoimi rodzinami.

Chybiona metropolia

Ciekawostką spoza naszego kraju, a nawet spoza naszego kontynentu jest miasto Kangbashi, które nie jest typowym miastem widmem, ale przechadzając się jego ulicami można mieć wrażenie, że na terenie takiego miasta duchów się z znalazło. Zaprojektowane miasto jest jednym z najbardziej nowoczesnych w całej Azji i może pomieścić półtora miliona osób. Budowa Kangbashi rozpoczęła się w 2004 roku, a inwestycja pochłonęła 160 mld dolarów co przeliczając na nasze złote daje kwotę ponad 610 miliardów. Wszystko po to, by teren 335 kilometrów kwadratowych zamieszkiwało dziś… 30 tysięcy ludzi. I nie jest tak, że miastu czegoś brakuje, bo jest tam wszystko od reprezentacyjnych hoteli i alejek po teatry i muzea. Praktycznie każda nieruchomość czy mieszkanie w tym mieście do kogoś należy, ale nie widać tego na ulicach, gdyż właścicielom nie spieszy się do zamieszkania w Kangbashi, ponieważ wolą wynająć swoje włości, ale ceny za wynajem są tak wysokie że potencjalni najemcy nie są zainteresowani zasiedleniem miasta. Po prostu wymyślona w północnych Chinach metropolia się… nie przyjęła. A zdecydowana większość mieszkańców żyje nie w nowej części miasta, lecz starówce.

Michał Gąsior

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

W opozycji jest dziwnie

z Michałem Gramatyką, radnym wojewódzkim rozmawia Dariusz Dyrda

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Zapomniana kompania

W rocznicę wybuchu II wojny światowej w okolicy przypomina się Bitwę Wyrską i walki wokół Mikołowa, przypomina się to, że jedni Ślązacy ramię w ramię z wojskiem polskim stanęli do obrony, a inni (pisaliśmy o nich tydzień temu) ramię w ramię z Wehrmachtem wojsko to atakowali. Jedni płakali za utraconą Polską, inni radośnie witali wkraczający Wehrmacht. I tylko nikt nie wspomina losów „Zapomnianej kompanii”.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Chutney czyli co?

Tę egzotyczną nazwę słyszałam na tyle często przez ostatnie miesiące, że w końcu postanowiłam ostatecznie rozwiązać zagadkę i rozprawić się z tematem raz, a dobrze. Zgodzę się - chutney brzmi orientalnie i - co tu dużo gadać - dość pretensjonalnie, co fanów prostoty w kuchni jest w stanie skutecznie powstrzymać od wypróbowania nowego smaku…

więcej

Reportaż

ilustracja

Góra śmieci czy też wyspa skarbów?

Ostatnio był u nas wywóz tak zwanych śmieci wielkogabarytowych, ludzie powystawiali stare kanapy, sprzęt AGD, zabawki dziecięce którymi już się ich pociechy się nie bawią albo sprzęty z których już wyrosły. Wynoszenie zaczęło się już w weekend. I gdy siedziałam na schodach paląc papierosa jechała bagażówka - i ni z tego ni z owego zatrzymała się na ulicy; mężczyzna siedzący przedtem na miejscu pasażera wysiadł z auta i zabrał sprzed jednego z domów stojący wśród innych śmieci mały, różowy, dziecięcy rowerek, po czym zaniósł go do samochodu. Najwyraźniej dla niektórych śmieci, a dla innych skarby.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Imielin przegrywa z kopalnią

O konflikcie miedzy miastem Imielin a kopalnią Piast-Ziemowit pisaliśmy już kilkukrotnie. Polska Grupa Górnicza, której kopalnia jest częścią, zamierza wydobywać złoże Imielin-Północ. Dla miasteczka oznacza to degradację i szkody górnicze, bo teren może obniżyć się o 6 metrów. W przekonaniu mieszkańców zagrożony jest też zbiornik wody pitnej Dziećkowice, dostarczający jej do ¼ aglomeracji katowickiej. Mieszkańcy Imielina zapowiadają na 14 września pikietę.

więcej

Partnerzy