Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy uważasz, że dzieci nieszczepione nie powinny być przyjmowane do szkół i przedszkoli?

Echo historii

Zlekceważony plebiscyt

Nasze władze – rządowe, wojewódzkie, samorządowe – zapowiadają huczne obchody rocznic powstań śląskich. W tej sytuacji trochę dziwne, że zupełnie przemilczano rocznicę plebiscytu na Górnym Śląsku. Przeprowadzono go 20 marca 1921 roku, a 27 marca jego wyniki były już znane. I nie zaskoczyły żadnej ze stron, za to frekwencja wyniosła (!!!) 97,5%.

ilustracja

Pierwszy, jedyny raz

Plebiscyt – albo jak byśmy dziś powiedzieli referendum – był pierwszym i jedynym przypadkiem w historii Górnego Śląska, kiedy mieszkańcy regionu sami, w sposób w pełni demokratyczny, wypowiedzieli się na temat przynależności państwowej swojego regionu. Choć bez możliwości głosowania za wariantem, który wtedy cieszył się chyba największą popularnością.
I choć wynik tego głosowania został w sumie zlekceważony.
Przedtem przez 1000 lat nikt ich specjalnie o to nie pytał, podobnie zresztą potem. Decyzje zapadały zawsze ponad śląskimi głowami, nawet tutejsi władcy często niewiele mieli do powiedzenia, jak choćby bajecznie bogaty Jan II Dobry, pan większości Górnego Śląsk, którego rocznica śmierci (27 marca 1532 roku) też właśnie przypada. Niemiecki cesarz zgodził się zaakceptować jego testament tylko pod warunkiem, że wszystkie ruchomości, w tym skarbiec - bogatszy od cesarskiego - pojedzie do Wiednia.
Jan II Dobry, ostatni opolski Piast, był zresztą pod wieloma względami władcą niezwykłym. Jako pierwszy na kontynencie europejskim stworzył coś na kształt konstytucji (Przywilej Hanuszowy) i – wbrew teorii o zgermanizowanych do szpiku kości śląskich Piastach – najprawdopodobniej nie znał języka niemieckiego, z jego kancelarii dokumenty wychodziły po czesku,
a na dworze mówiono też po polsku. Utrzymywał zresztą bliskie kontakty z krakowskim dworem. Ale… swoje ziemie zapisał Hohenzollernowi, władcy innej części Górnego Śląska. Najwidoczniej jednoczenie regionu pod jednym berłem było dla niego ważniejsze, niż interes dynastyczny, bo przecież w Cieszynie władała jeszcze tamtejsza linia górnośląskich Piastów. Inna sprawa, że ci cieszyńscy ponosili winę za zamordowanie ukochanego brata Jana…
Wracając jednak do Plebiscytu z 1921 roku, poprzedziła go potężna akcja agitacyjna obu stron. Poprzedziło go też tzw. II powstanie śląskie, którego celem nie było zresztą przyłączenie Śląska do Polski, lecz lepsza pozycja przed plebiscytem – czyli zastąpienie niemieckiej policji plebiscytowej mieszaną niemiecko-polską. Cel ten osiągnięto.

Marzenia o państwie śląskim

Początkowo bardzo prawdopodobna wydawał się wariant trzeci – czyli powstanie republiki górnośląskiej. Pomysł takiego „śląskiego państwa węgla i stali” bardzo podobał się choćby prezydentowi USA, a na samym Śląsku cieszył się największym poparciem. Jego orędowniczka, Śląska Partia Ludowa, miała pół miliona członków, więcej niż wszystkie polskie i niemieckie organizacje polityczne razem wzięte. Zwolennikami tej idei byli zresztą książę pszczyński Jan Henryk XV (wierzył, że w państwie tym będzie premierem), jak i niezwykle szanowany tyski prałat, ks. Jan Kapica.
Idea państwa górnośląskiego upadła, podobnie jak koncepcja, by w plebiscycie były trzy warianty odpowiedzi (a. Pozostanie w Niemczech, b. powstanie państwa górnośląskiego, c. przyłączenie do Polski) Stało się to przy bardzo stanowczym i solidarnym sprzeciwie Francji, Niemiec i Polski i częściowo Anglii. Francji bowiem zależało, bo jak najwięcej śląskiego przemysłu przypadło Polsce, w której upatrywała przyszłego sojusznika. Anglia natomiast obawiała się, że zbyt osłabione Niemcy nie będą w stanie zapłacić ogromnych kontrybucji wojennych. Powstanie więc państwa śląskiego nikomu nie było na rękę.
Większość wcześniejszych śląskich niepodległościowców opowiedziała się wówczas po którejś z dwóch plebiscytowych stron. Ksiądz Kapica na przykład zaangażował się bardzo po stronie polskiej (był zastępcą komisarza plebiscytowego na powiat pszczyński), a książę Jan Henryk po stronie niemieckiej. Zorganizował i wyposażył na własny koszt kompanię Selbstschutz Oberschlesiens (Samoobrony Górnego Śląska), która walczyła z Polakami podczas III Powstania Śląskiego.


Terror

To jednak też było nieco później, na razie zbliżał się Plebiscyt, a kampania propagandowa i terroru prowadzona była przez obie strony na ogromną skalę. Tak, chociaż temat jest przemilczany, terror nie tylko niemiecki, polski też był. Jego przykładem jest choćby zamordowanie Teofila Kupki. Kupka był działaczem polskiego komisariatu plebiscytowego, ale nie ukrywał, że najbliższa jest mu wizja górnośląskiej państwowości. Widząc, jak już w tym komisariacie, Ślązacy są „Polakami gorszej kategorii”, zmienił opcję i opowiedział się po stronie niemieckiej. W efekcie w jego mieszkaniu 20 listopada 1920 roku zjawili się dwaj bojówkarze Polskiej Organizacji Wojskowej i zastrzelili go na oczach jego ciężarnej żony i pięciorga dzieci.
Symbolem polskiego terroru było też spalenie w trakcie II powstania Anhaltu (obecnie Hołdunów, dzielnica Lędzin) przez propolskich bojówkarzy. Anhalt był osadą o proniemieckich sympatiach, więc powstańcy napadli ją w nocy 20 sierpnia 1920 roku i częściowo spalili. Rano przepraszać za ten czyn zjawił się tu Wojciech Korfanty.

Nie kwestie narodowościowe

Niewiele później, w plebiscycie oddano tu 294 głosy za Niemcami i 76 za Polską. To zresztą pokazuje, że głosowanie nie przebiegało na linii narodowościowej, że przesłanki były zupełnie inne. W odróżnieniu od większości mieszkańców Górnego Śląska, którzy polskiej tożsamości narodowej nie mieli jak w sobie wykształcić (od XII wieku leżał on poza Polską), ci z Hołdunowa mogli ją mieć jak najbardziej. Anhalt założyli bowiem w 1770 roku przybysze z Rzeczypospolitej Polskiej, ze wsi Kozy (10 km na wschód od Bielska-Białej), którzy będąc wyznawcami kalwinizmu uciekli tu wtedy z Polski przed prześladowaniami religijnymi. Ale im właśnie z wojującym katolicyzmem się Polska kojarzyła i dlatego jej nie chcieli.
Bo podczas kampanii plebiscytowej Kościół Katolicki odegrał ogromną rolę. Wrocławski kardynał Adolf Bertram wydał wprawdzie duchownym polecenie, by nie angażowali się w spór niemiecko-polski, ale… dostosowali się do niego tylko duchowni proniemieccy (choć też nie wszyscy), jak ksiądz Paweł Dudek z Nikiszowca, postać, którą pięknie opisała Małgorzata Szajnert w bestsellerowej książce o Giszowcu i Nikiszowcu „Czarny Ogród”. Ale inni, jak właśnie w okresie poprzedzającym plebiscyt prałat Kapica – za Polską agitowali zdecydowanie. Oni doskonale wiedzieli, że w odradzającej się Polsce Kościół Katolicki będzie wielką siłą, także polityczną, podczas gdy w Niemczech do powiedzenia poza sprawami duchowymi miał niewiele. A na śląskiej wsi proboszcz był wówczas autorytetem chyba jeszcze większym, niż obecnie.

Gospodarka i autonomia a nie patriotyzm

Polska kampania agitacyjna w niewielkim stopniu odwoływała się do patriotyzmu. Wiele mówiła za to o tym, że państwo niemieckie po przegranej wojnie ma do zapłacenia zwycięzcom ogromne kontrybucje. I że ciężar ich spłaty będzie spoczywał
w dużej mierze na bogatym Śląsku. Chyba, że nie będzie on w Niemczech. Polska za to – podkreślała ta kampania – nadała Śląskowi szeroką autonomię, więc Warszawa nie będzie mogła ciągnąć śląskich bogactw bez ograniczeń. Wreszcie polska kampania nastawiona była na argumenty ekonomiczne – wskazywała, że jeśli nie będzie niemieckich kapitalistów, to ludowi będzie żyło się lepiej. Wojciech Korfanty dorzucał do tego obietnicę, że każdy na wsi dostanie od Polski krowę i … nie będzie płacił podatków. Bo Polska będzie krainą mlekiem i miodem płynącą.
Kampania niemiecka podnosiła natomiast, że Polska jest krajem zacofanym, do którego nowoczesny Śląsk po prostu nie pasuje. Wskazywała, że region od stuleci z Polską nie ma nic wspólnego, zrośnięty jest za to z całym kręgiem kultury niemieckiej. Pytała, czy Ślązacy wolą niemiecki porządek, czy polski bałagan. Wreszcie też obiecywała autonomię (ale tylko obiecywała, podczas gdy Polska 15 lipca 1920 roku ją Śląskowi nadała!). Także tu nuty patriotycznej było niewiele.

Głosujący emigranci na polskie żądanie

W takiej gorącej atmosferze trwały poprzedzające plebiscyt miesiące. Ale czyniono też różne starania, by swój wynik poprawić. Ponieważ w referendum mógł brać udział każdy na Śląsku urodzony, sprowadzano Ślązaków także z dalekich stron. Ci, którzy masowo przybyli z Niemiec, za Niemcami zagłosowali. O tym uczą w polskich szkołach. Ale już nie uczą, że ci emigranci ze Śląska – głównie do Westfalii - mogli głosować na wyraźne żądanie strony polskiej! Trudno wymyślić, dlaczego strona polska uważała, że opowiedzą się oni za Polską, dlaczego upierała się, by mogli przyjechać i zagłosować… Efekt był inny, z tych przybyszy jedynie 10 120 osób zagłosowało za Polską, zaś za Niemcami opowiedziało się 182 288 osób.
Na Śląsku niemal wszyscy wierzyli, że Plebiscyt rozstrzygnie o dalszych losach regionu. Ale innego zdania byli wojskowi i politycy, w Warszawie i Berlinie. W Warszawie sztab generalny opracowywał plan zbrojny, na wypadek niekorzystnego wyniku plebiscytu. W Berlinie odpowiadano podobnymi działaniami.
No i nadszedł dzień 20 marca 1921 roku.. Uprawnionych do głosowania było 1 220 524 osób. Wśród głosujących wspomniani wyżej emigranci stanowili 19,3%.

Wieś za Polską, miasto za Niemcami

Gdy prześledzić wynik głosowania, jedna tendencja jest oczywista: miasta zagłosowały gremialnie za Niemcami, Polska wygrywała na wsiach, choć też nie wszystkich. Zasadniczo na wsiach im dalej na zachód
i północ, tym poparcie dla Polski mniejsze, choć i to nie jest tendencja absolutna, bo Polska wygrywała także na niektórych wsiach na zachód i północ od Opola.
Tendencję tę widać doskonale na naszym terenie. W powiecie pszczyńskim (obejmującym wtedy także choćby Mikołów czy Tychy) wynik Polski był najlepszy na całym obszarze plebiscytowym. Zagłosowało tu za nią 74,2%. Drugi najlepszy wynik za Polską - 65% padł w powiecie rybnickim.
Ale same miasta głosowały inaczej. W Pszczynie za Niemcami zagłosowało 2843 osób (76%), za Polską 910 (24%). Podobnie w Mikołowie (56% za Niemcami) czy Mysłowicach (również 56% za Niemcami). Natomiast w największej ówczesnej wsi powiatu - Tychach – 83,5% głosów padło za Polską.
Tendencje miasto-wieś widać też doskonale gdzie indziej.
W okręgu głosowania Katowice wieś (czyli dziś dzielnice Katowic, a wówczas wsi wokół tego miasta) za Polską padło 56% głosów, ale już w Katowicach mieście tylko 15% (85% za Niemcami). Podobnie Bytom wieś 59% za Polską, Bytom miasto – 75% za Niemcami.
Niemcy w wielu miejscach wygrywali znacznie wyżej niż rekord Polski w powiecie pszczyńskim (75%). Rekord po stronie niemieckiej padł w powiecie głubczyckim – 99,6% za Niemcami, drugi w Opolu- 95%, ale
w wielu miastach za pozostaniem w Niemczech opowiedziało się ponad 70% głosujących.

Jak to podzielić?

Przyznanie każdemu z państw tych terenów, na których wygrał, było niemożliwe. Trudno przecież, by wsi wokół Pszczyny, Rybnika, Katowic, Bytomia przyznać Polsce, a w środku byłyby liczne należące do Niemiec wyspy tych miast. Takie dziesiątki Berlinów Zachodnich w NRD. Tym bardziej trudno, by nieliczne wsi na opolskiej części Górnego Śląska, które zagłosowały za Polską, przyłączyć do niej, jako wyspy polskie w państwie niemieckim.
Większość głosujących i regionalnych polityków naiwnie sądziła, że wynik plebiscytu zostanie potraktowany całościowo. Że Górny Śląsk nie zostanie podzielony między dwa państwa. Gdyby tak się stało, cały pozostałby
w Niemczech, bo ogółem opowiedziało się za nimi 59,6% głosujących (708 tysięcy), a za Polską 40,4% (479 tysięcy). Oddano też 3 882 nieważne głosy. Co ciekawe, gdyby Polska nie uparła się sprowadzić emigrantów, przegrałaby minimalnie (48% do 52%).
 W Międzysojuszniczej Komisji Rządzącej i Plebiscytowej na Górnym Śląsku na czele której stał francuski generał Henri Le Rond, pojawiły się jednak natychmiast dwie koncepcje podziału regionu. Wielka Brytania i Włochy proponowały, by Polsce przyznać tylko te tereny, gdzie wygrała, czyli powiat pszczyński, rybnicki i część katowickiego, a całą resztę pozostawić w Niemczech. Francuzi stali na stanowisku, by jednak podzielić region mniej więcej proporcjonalnie do wyniku plebiscytu, czyli 40% dla Polski a 60% dla Niemiec. Przy czym w koncepcji tej praktycznie cały górnośląski przemysł, jako leżący bardziej na wschód, przypadłby Polsce, a Niemcom pozostałaby głównie rolnicza, opolska część. Kompromisu nie udało się wypracować.

Zdecydują armaty

Wybitny niemiecki teoretyk wojskowości Carl von Clausewitz napisał słynne zdanie, że wojna jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami. I to też stało się w tym momencie. Przygotowane w warszawskim sztabie generalnym plany zaczęto wcielać w życie. Przez granicę na Śląsk zaczęto przerzucać najpierw grupy dywersyjne Wawelberg, następnie duże ilości uzbrojenia, sprzętu, żołnierzy. Poderwano istniejącą na Śląsku Polską Organizację Wojskową. I nie czekając na rozstrzygnięcia mocarstw wybuchła wojna, zwana III Powstaniem Śląskim. Akcja miała pokazać – niejako wbrew wynikom plebiscytu – że lud śląski chce do Polski.
Niemcy oczywiście również na szybko mobilizowali jednostki, zarówno miejscowe (Selbschuts Oberschlesien), jak i ochotników z całego państwa (Freikorpsy). Zaczęła się wojna. Ale o tym już w którymś z numerów majowych.

Dariusz DYRDA    

 

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Pojazd uprzywilejowany to mit

Rozmowa ze starszym brygadierem Piotrem Szojdą, komendantem Państwowej Straży Pożarnej w Tychach

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Konstytucja nie dumy lecz wstydu

Druga na świecie, wyprzedzająca swoją epokę, pionierska, postępowa – za kilka dni znów uraczą nas opowieściami o Konstytucji 3 Maja. I wszystko to będzie prawdą. Tylko… uchwalenie tej konstytucji było jedną z największych głupot, jakie w swojej historii zrobili Polacy.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Bażant dla każdego

Kiedyś podawany jako rarytas przeszedł długą i trudną drogę kulinarną, żeby po wielu latach znów wrócić do naszego menu. Znów jako rarytas. Zdaję sobie sprawę z tego, że bażant traktowany jest jako zbyt wyrafinowany, trudno dostępny i drogi przysmak – usłyszałam nawet, że wręcz „pretensjonalny”. To nie jest do końca prawda, choć znając jego losy (ostatnie sto lat omal nie skończyło się dla niego tragicznie) podejrzewam, dlaczego myślimy o bażancie jakby dalej chadzał wyłącznie po sarmackich stołach. Skoro mamy dostęp do kawioru, możemy w każdej chwili skoczyć na sushi lub ramen, albo w formie ciekawostki spróbować strusiny w praktycznie każdym większym mieście, to uwierzcie – bażant nie będzie już takim wyzwaniem.

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Każdy obcy to wróg - niebezpieczne dzielnice

W każdym mieście mieszkaniec może wskazać miejsce grozy, gdzie strach spacerować gdy zgasną ostatnie promienie słońca. Nie inaczej jest na Śląsku. Powodów z których do niektórych miejsc śląskich miast przylgnęła łatka dzielnic grozy jest wiele, począwszy od biedy, częstych libacji alkoholowych, a na wysokim odsetku przestępstw kończąc. W niektórych miastach przyczyniły się do tego makabryczne wydarzenia, które po czasie urosły do wielkości legend miejskich, skutecznie odstraszających mieszkańców. Czasem by zebrać baty wystarczy być „obcym” na dzielnicy, wiec jak się nikogo tam nie zna, lub nie idzie się w konkretnym zamiarem odwiedzanie kogoś, lepiej się tam nie zapuszczać. A jak wygląda dziś sytuacja w miejscach grozy oraz gdzie się znajdują? Czy miasta starają się zmienić wizerunek tych miejsc?

więcej

Partnerzy