Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy uważasz, że dzieci nieszczepione nie powinny być przyjmowane do szkół i przedszkoli?

Echo historii

Złoty Jubileusz Złotego

W tym roku nasza złotówka obchodzi 100 lat. Historia naszej waluty wiąże się ściśle z historią kraju. W wraz z zawirowaniami historycznymi tak samo wirował złoty. Nie obeszło się bez licznych podróbek, wysokiej inflacji i zmian. To wszystko właśnie widziała nasza złotówka, by być taką jaką dziś jest. Tą, której nam stale brakuje.

ilustracja

By polska waluta mogła stać się złotym przeszła wiele. Ale zanim się nią stała, była jakby takim średniowiecznym bitcoinem, wirtualną walutą. Bo przecież wymyślono pieniądze, by móc realizować zamówienia i różne kontrakty  miedzy ludźmi, w kraju jak i te zagraniczne. Wówczas Rzeczpospolita – będąca w rozkwicie gospodarczym – i jej obywatele przeprowadzali wiele jak na tamte czasu transakcji zagranicznych. Pierwszy raz nazwę „złoty” w sensie nazwy waluty polskiej użyto w statutach piotrowskich datowanych na 1496 rok.
Pierwszą moneta o tej nazwie została jednak wybita w 1663 za panowania Jana II Kazimierza Wazy. Miała ona wartość 30 groszy ale zawierała srebro o wartości 13 groszy. Dlaczego? To tłumaczy napis wybity na pierwszych monetach „Cenę daje ocalenie kraju i to lepsze jest od kruszcu”.
Wcześniejszy był grosz, a dokładnie grosz krakowski. W XIV wieku bił go Kazimierz Wielki. Nazwa złoty pojawiła się też wprawdzie w 1526 roku, gdy wprowadzono dukata nazywanego też „czerwony złoty” albo popularnie czerwieniec.

Tynfy niewiele warte

Pierwotnie złotówki znane były pod nazwą tymfów. Nazwę te zawdzięczały niemieckiemu mincerzowi Andrzejowi Tymfowi
(a raczej Andreasowi Tϋmpe) który był zarządcą w królewskich mennicach. W trakcie swojej posługi na królewskim dworze doszedł do wniosku, że może wybijać monety o niższej zawartości srebra. Ponadto wybijał ich tak dużo, że większość z nich była zupełnie nieczytelna przez ich niedbałe wykonanie.
Polska, która borykała się ze stratami materialnymi po szwedzkim Potopie zdecydowała się „dodrukować” pieniądze, by trochę zamortyzować straty w królewskim skarbcu. Niestety rozochocony przekrętem Tymf pozyskał na tej swojej małej machloi spory majątek. Koniec końców twórca tymfów musiał ratować się ucieczką z Polski spowodowaną oskarżeniami szlachty cztery lata po wybiciu pierwszej monety. A Polska przeżyła pierwszą inflację, bo nikt wartości tynfa nie traktował serio.
Tymf nie był jedyną walutą jaka krążyła na naszym terenie, były też talary, grosze, miedziane szelągi oraz wiele walut zagranicznych. By to uporządkować trud podjął Jan III Sobieski. W 1677 uruchomiono mennice które miały pomóc w oszacowaniu wartości pieniędzy. Wtedy też do obiegu weszły talary na których był panujący król przedstawiony na podobieństwo Cezara- z wieńcem laurowym na głowie. Niestety to rozwiązanie się nie sprawdziło a mennice zamknięto w 1685 roku.


Za Stasia złoty, za Kościuszki papierowy

Kolejną próbę podjął Stanisław August Poniatowski. Król ustanowił złotego zasadniczym środkiem płatniczym i wycofał z obrotu obce monety. Również wtedy po raz pierwszy na monecie pojawiła się nazwa „złoty” w języku polskim a nie po łacinie - był to już duży krok ku naszej dzisiejszej złotówce. Aby wyhamować narastającą inflacje, zaczęto wybijać talary z dużą domieszka srebra. Rozwiązanie z pozoru dobre, okazało się na później strzałem w kolano. Skusiło to niestety niecnych Prusaków (i Sasów) którzy zaczęli masowo wywozić drogocenne talary za granicę a zwozić do kraju gorszej jakości podróbki. By zapobiec wywozowi srebra, zmniejszono ilość kruszcu w talarach, wachlarz monet polskich wzbogacono również o miedziaki.
Pieniądze papierowe po raz pierwszy w Polsce ukazały się w trakcie powstania kościuszkowskiego. Brakowało wtedy kruszcu, by wybijać kolejne monety, a kraj potrzebował broni. W myśl tego zaczęto drukować bilety skarbowe, które po przejściu wojennej zawieruchy miały być wymieniane na drogocenne kruszce. Oczywiście tych obietnic nigdy nie dotrzymano, bo powstanie upadło.

Za Napoleona i za carów

Powstanie Księstwa Warszawskiego było otwarciem nowego etapy w polityce monetarnej kraju. Końcem 1810 roku wprowadzono nowe „banknoty” tak zwane bilety kasowe na których widniał herb Księstwa. Potem gdy Królestwo Polskie było w Unii Personalnej z Rosją (1815-1831) zaczęto emitować polskie dukaty (nie rosyjskie ruble!) na których widnieje carski dwugłowy orzeł, na którego piersi widzimy polskiego orła. Orzeł był jednak symbolem rodu Romanowów, którzy jednocześnie byli carami Rosji i polskimi królami, więc była to czysto polska waluta. Bo to też trzeba wiedzieć, że Królestwo Polskie lat 1815-30 nie było pod żadnym rosyjskim zaborem. Było zupełnie niepodległym państwem, mającym z Rosją jedynie wspólnego władcę (podobnie jak dziś głową państw Kanada i Australia jest królowa brytyjska. Czy one są pod angielskim zaborem???).
W czasie powstanie listopadowego – gdy Polacy próbowali tę zależność zerwać - z polskich pieniędzy zniknął orzeł carski, a zamiast niego pojawił się polski wraz z litewską Pogonią. Konsekwencją rusyfikacji ludności polski (jedno ze skutków klęski powstania listopadowego) była też rusyfikacja banknotów, a na monetach pojawił się nie tylko polski napis ale i rosyjski.
Po upadku powstania walutą w królestwie powoli stawał się rubel, choć przez pewien czas na monetach widniały obie nazwy.


Hiperinflacja marki polskiej

Po latach zaborów nastała
II Rzeczpospolita, wtedy też nastały czasy marki polskiej, którą wprowadził niemiecki generał-gubernator warszawski w 1916 roku. Na markach pojawił się wtedy polski orzeł w koronie.
W planach była emisja monet (i nawet wybito próbne).Te jednak nigdy nie trafiły do kieszeni Polaków.
Wkrótce po wprowadzeniu marki polskiej, okazało się że waluta stanie się symbolem szalejącej potem hiperinflacji. Polska borykała się z niemałymi problemami finansowymi, toteż kraj zaczął dodrukowywać spore ilości pieniędzy. Było to jak plaster na złamanie otwarte kości - chociaż początkowo rozwiązanie się sprawdzało, ponieważ pozwoliło na zwiększenie eksportu.
W szczytowym okresie inflacji za dolara trzeba było zapłacić 6 375 000 marek polskich (kurs z końca grudnia 1923 roku). Do okiełznania tego finansowego bałaganu wyznaczono Władysława Grabskiego. Grabski usprawnił ściągalność podatków, zmniejszył finansowanie administracji. Oraz wprowadził podatek dla posiadaczy majątków o równowartości minimum trzech kilogramów złota. Zaczęto skupować marki polskie
i zaprzestano dodruku nowych pieniędzy. W okresie reform powstał Bank Polski, który miał się zająć drukiem nowych pieniędzy.

Mógł być Lech albo Piast

Powrót do złotówki sprzed zaborów nie był oczywisty, bo było wiele innych propozycji nazwy waluty na przykład „Lech” czy „Piast”. Naczelnik Państwa Józef Piłsudzki chciał by polska waluta nosiła nazwę „Lech”, ale takiej nazwie sprzeciwił się Stanisław Karpiński, który nawoływał do powrotu do nazwy sprzed zaborów.28 lutego 1919 roku Sejm Ustawodawczy zdecydował, że nazwą polskiej waluty ma być złoty a jedną setną złotego ma być grosz. Od tego momentu posiadacze starych marek polskich mogli wymieniać je na złotówki po kursie 1 800 000 za jeden złoty. Nie były to już puste pieniądze, gdyż 30 procent pieniędzy w obiegu miało zabezpieczenie w złotym kruszcu
i dewizach. By utrudnić fałszerstwa, zaczęto je zabezpieczać znakami wodnymi. Złoty może nie stał się złoty, ale na pewno wartościowy.
Wtedy to złoty zaczynał umacniać się na światowym rynku, jego wartość była porównywana z frankiem szwajcarskim. Chociaż w okresie międzywojennym złotówka borykała się z inflacją, to już nie było to, co zdarzyło się gdy
w portfelach królowała marka polska.
W 1939 po ataku Niemców na Polskę, na zajętych przez Niemców terenach utworzono Bank Emisyjny w Polsce, na którego czele miał stanąć Feliks Młynarski, dawny dyrektor Banku Polskiego. Pieniądze przedwojenne zostały oznaczone, a następnie wymienione na te okupacyjne z Banku Emisyjnego, zwane popularnie od nazwy dyrektora młynarkami.. Wymiana nie dla wszystkich była taka sama.
W zależności od pochodzenia limity były różne, inne dla Polaków, inne dla Niemców, a jeszcze inne dla Żydów. Symboliczną role odegrał pięciusetzłotowy banknot z góralem który potem stał się synonimem akcji Armii Krajowej przeprowadzonej w 1943 roku. Żołnierze AK przeprowadzili brawurową akcje, która miała na celu kradzież pieniędzy z Banku Emisyjnego.
W biały dzień AK napadło na konwój, który przewoził 106 milionów złotych. Napad przebiegał sprawnie dzięki współpracy AK-owców z pracownikami banku. Miliony zasiliły potrzeby walczących
z niemieckim okupantem. Niemcy nigdy nie odnaleźli pieniędzy oraz nigdy nie ustalili sprawców.
Oczywiście na naszych terenach żadnych „młynarek” nie było, tereny te stały się częścią III Rzeszy
i obowiązywała tu waluta niemiecka. Ale cała ta opisana historia do 1922 roku ze Śląskiem nie ma nic wspólnego, tu były inne pieniądze, własną monetę biło też kilku śląskich książąt i biskupów. To jednak temat na inną opowieść.

Bohaterowie- lud – bohaterowie

Wczesne komunistyczne rządy w kraju były jedną z najgorszych czasów, jakie przeszła nasza waluta. Zaczął się szalony rollercoster złotówki. W 1948 zaczęto od druku nowych banknotów, na których już nie upamiętniano polskich bohaterów, a ludzi z ludu, na przykład rolnika, rybaka czy górnika. Druk nowych banknotów nie pokrywał się z ich wprowadzeniem do obiegu, całość reformy była owiana tajemnicą. Nikt nie wiedział
o reformie, nawet posłowie, którzy zostali dosłownie postawieni przed faktem dokonanym. Nowe pieniądze weszły do obiegu
w 1950 i od razu było widoczne, że jest to sprytny fortel, by pozbawić Polaków części oszczędności i zawłaszczyć je do własnej kieszeni. 100 starych złotych były równowartością 3 nowych, ale i tak na wymianę gotówki przysługiwał kurs 1 do 100. Dodatkowy krótki okres wymiany sprawiał, że ludzie się na to decydowali bo lepiej mieć niewiele niż nic.
Komuniści równolegle wprowadzili zakaz handlu złotem i dewizami. Można było je oczywiście legalnie wymienić, ale za śmieszne pieniądze. Dlatego też ci, co posiadali w swoim domu obcą walutę lub złoto, postanawiali je schować tak, by doczekały lepszych czasów.
W przypadku walut było to też zachowanie mające zapewnić bezpieczeństwo, gdyż za posiadanie pieniędzy obcego państwa można było trafić do więzienia czy nawet zostać skazanym na śmierć -
w przypadku handlu nimi.


Ostatnia wielka inflacja

Inflacja w Polsce narastała stopniowo. Państwo zaczynało drukować banknoty zdobione podobiznami Wielkich Polaków
o coraz to większych nominałach. Wraz z upadającym PRL zaczęto wprowadzać nominały 10 000
z podobizną Stanisława Wyspiańskiego, Stanisławem Staszicem
o wartości 50 000 złotych. Był też nominał dwieście tysięcy, którego nie zdobiła już żadna buzia. Później pojawił się banknot o nominale pół miliona, za nim milion, wreszcie dwa miliony.
W momencie gdy się urodziłam, czyli końcem 1989 polska złotówka już nie miała takiej wartości jak frank szwajcarski. Trzeba było za niego zapłacić ponad 10 000 złotych.
Stan złotego z przełomu lat 1989/1990 może dobrze zilustrować tekst pod rysunkiem satyrycznym, tak popularnym po I wojnie światowej. „Otrzymałem pensję miesięczną i nie wiem, co robić. Posiadam pieniędzy zbyt wiele, aby samemu udźwignąć, i zbyt mało, ażeby zapłacić dorożkarzowi za dowiezienie do domu”.
Ten kto pamięta czasy odchodzącej komuny dobrze wie, że stanie
w długiej kolejce wcale nie oznaczało satysfakcjonującej transakcji
w sklepie. Po godzinnym staniu mogło się okazać, ze na półce znajdziemy może nie tylko ocet – ale na pewno niewiele rzeczy, które chcielibyśmy za swoje pieniądze kupić. Ludzie zaczęli robić zapasy spożywcze, nauczeni doświadczeniem, że za tydzień ten kawałek mielonki może kosztować już dwa razy więcej.
W 1989 pensja pracownika klasy średniej wynosiła 206 758 złotych, by dwa lata później wynosić dziewięć razy więcej. Dla przypomnienia starszym, wyjaśnienia młodszym - bochenek chleba kosztował w 1991 prawie 1800 złotych.

1 : 10 000

W tym czasie każdy mógł powiedzieć że wygrał kumulacje w EuroJackpot, skoro w portfelu można było znaleźć banknoty
o nominale dwóch milionów. Plan Balcerowicza okiełznał szalejącą burze w strefie finansów. Następnym krokiem była denominacja złotego – nowe banknoty wypuszczono 1 stycznia 1995 roku. Niecałe dwa lata, bo do około końca 1996 roku można było płacić zarówno nowymi jak i starymi pieniędzmi dlatego też ceny na sklepowej półce były dwie. Nowa złotówka miała równowartość 10 000 starych złotych. Wielkich Polaków ze starych banknotów zastąpiono równie wielkimi polskimi władcami takimi jak Mieszko czy Jan III Sobieski.
Dziś znów widzimy inflację. Dwa lata temu kostkę masła kupowałam za dwa złote, teraz płacę sześć. Jabłka wtedy po złotówce, teraz trzy.
O lekach nawet nie wspomnę, bo jeszcze niedawno do apteki brałam 20 złotych, a teraz wiem, że bez stówki nie mam po co iść wykupić recept. Biorę wprawdzie 500+, ale może wolałabym nie brać, a mieć ceny z 2015…
Dokąd idziesz stuletnia złotówko?•
 
Karolina GĄSIOR

 

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Pojazd uprzywilejowany to mit

Rozmowa ze starszym brygadierem Piotrem Szojdą, komendantem Państwowej Straży Pożarnej w Tychach

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Konstytucja nie dumy lecz wstydu

Druga na świecie, wyprzedzająca swoją epokę, pionierska, postępowa – za kilka dni znów uraczą nas opowieściami o Konstytucji 3 Maja. I wszystko to będzie prawdą. Tylko… uchwalenie tej konstytucji było jedną z największych głupot, jakie w swojej historii zrobili Polacy.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Bażant dla każdego

Kiedyś podawany jako rarytas przeszedł długą i trudną drogę kulinarną, żeby po wielu latach znów wrócić do naszego menu. Znów jako rarytas. Zdaję sobie sprawę z tego, że bażant traktowany jest jako zbyt wyrafinowany, trudno dostępny i drogi przysmak – usłyszałam nawet, że wręcz „pretensjonalny”. To nie jest do końca prawda, choć znając jego losy (ostatnie sto lat omal nie skończyło się dla niego tragicznie) podejrzewam, dlaczego myślimy o bażancie jakby dalej chadzał wyłącznie po sarmackich stołach. Skoro mamy dostęp do kawioru, możemy w każdej chwili skoczyć na sushi lub ramen, albo w formie ciekawostki spróbować strusiny w praktycznie każdym większym mieście, to uwierzcie – bażant nie będzie już takim wyzwaniem.

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Każdy obcy to wróg - niebezpieczne dzielnice

W każdym mieście mieszkaniec może wskazać miejsce grozy, gdzie strach spacerować gdy zgasną ostatnie promienie słońca. Nie inaczej jest na Śląsku. Powodów z których do niektórych miejsc śląskich miast przylgnęła łatka dzielnic grozy jest wiele, począwszy od biedy, częstych libacji alkoholowych, a na wysokim odsetku przestępstw kończąc. W niektórych miastach przyczyniły się do tego makabryczne wydarzenia, które po czasie urosły do wielkości legend miejskich, skutecznie odstraszających mieszkańców. Czasem by zebrać baty wystarczy być „obcym” na dzielnicy, wiec jak się nikogo tam nie zna, lub nie idzie się w konkretnym zamiarem odwiedzanie kogoś, lepiej się tam nie zapuszczać. A jak wygląda dziś sytuacja w miejscach grozy oraz gdzie się znajdują? Czy miasta starają się zmienić wizerunek tych miejsc?

więcej

Partnerzy