Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy wierzysz, że wpadka polityków PiS-u z materiałami wyborczymi opatrzonymi numerami listy przed ich losowaniem?

Echo historii

Anna i Marta

Dla mieszkańców Jaśkowic, jednej z dzielnic Orzesza, przejście frontu odbyło się bez większych dramatów Po wycofaniu się niemieckich oddziałów osłonowych przez kilka godzin była cisza, a potem pojawili się czerwonoarmiści. Tak jak na całym Górnym Śląsku, pod pretekstem szukania Germańca, rozpoczęło się zwyczajne okradanie mieszkańców, ze wszystkiego co danemu żołnierzowi (rabusiowi) wydało się interesujące. Wielokrotnie okradani musieli jeszcze nakarmić swojego złodzieja, który najczęściej życzył sobie jeszcze „miaso i spirit”. Mieszkańcy Jaśkowic pomimo , że ograbieni i sponiewierani, pocieszali się wojna ma się ku końcowi i najgorsze już za nimi. Nie wszystkim było dane cieszyć się z zakończenia II wojny światowej, dla niektórych czas udręki miał się dopiero zacząć. Do tych nieszczęśników należały bliźniaczki Marta i Anna (rocznik 1925).

ilustracja

Pani Anna tak wspominała w rozmowie ze mną tamten czas: Po wycofaniu się wojska Niemieckiego nastąpiło wyczekiwanie, które było najgorsze, bo nikt nie wiedział co z nami zrobi ta Czerwona Armia. Najniebezpieczniejsza była ta szpica w większość Azjaci, biegali jak opętani i kradli bez opamiętania, a jeśli ktoś się opierał to od razu strzelali. Po nich nadeszła następna fala, już bardziej normalnych . Też zabierali, ale można było się przynajmniej targować i już nie wymachiwali bronią. Minęło parę dni i człowiek zdążył się przyzwyczaić do widoku żołnierzy w kufajkach, tak utytłanych od brudu i tłuszczu, że aż błyszczących. I prawie bez przerwy pijanych. Dzisiaj już nie jestem pewna czy to była niedziela czy inny dzień, ale na pewno południe bo całą rodziną jedliśmy obiad, kiedy zjawili się żołnierz i milicjant z opaską biało czerwoną na ramieniu, mówiąc że ja i moja siostra zostałyśmy wyznaczone do robót publicznych i za pół godziny mamy być gotowe do wymarszu. Nie było innego wyjścia jak tylko ciepło się ubrać i udać się na wyznaczone miejsce zbiórki.

Zgwałcą? Zabiją?

Byłyśmy niemile zaskoczone tym, że oprócz nas nie ma żadnych kobiet, tylko paru mężczyzn z łopatami - ale już nie było wyjścia i powoli zaczęliśmy iść w nakazanym kierunku, w stronę dworca kolejowego w Orzeszu, a milicjant i żołnierz szli za nami co jakiś czas pociągając z flaszki. Zbliżając się już do dworca, zauważyłam przed jednym z baraków, których tam parę stało, stos łopat. W tym momencie podbiegli do nas inni żołnierze, szybko oddzielając nas od mężczyzn i błyskawicznie wpychając do jednego z baraków. W ostatniej chwili usłyszałam jak milicjant , który nas konwojował wrzasnął „to już nie są błozna przeca tak ni miało być” i zrzucając karabin z pleców zaczął uciekać. W baraku panowała niesamowita duchota i ciemność, dopiero po paru minutach zauważyłam, że barak jest tak przepełniony kobietami, że nie ma nawet gdzie stać.

Trzeciego dnia wieczorem nasza mama przyniosła nam paczkę, która poprzez strażników została nam doręczona. W paczce oprócz żywności, którą połowę pożarli strażnicy, była jeszcze miska i dwie łyżki , które w przyszłości miały się nam tak bardzo przydać. Tego samego dnia rozdano wszystkim chleb wojskowy i napojono wodą, pierwszy raz od trzech dni. Czwartego dnia, bardzo wcześnie rano, budzą nas wrzaski, zaraz potem otwierają się drzwi i rozkaz: wychodzić! Na dworze było jeszcze ciemno, ale to nie przeszkadza w szybkim sformowaniu kolumny. Zaczyna świtać, a my ruszamy szybkim marszem w kierunku Ornontowic, a potem Knurowa. W Knurowie umieszczono nas w szkole, która wkrótce była pełna pod sam dach - i już tradycyjnie bez jedzenia i picia. Po dwóch dniach podobny scenariusz, jak w Orzeszu, i marsz w kierunku Bytomia . Przez cały czas trwania marszu pada śnieg i panuje przenikliwe zimno, byliśmy konwojowani przez sporą grupę uzbrojonych po zęby żołnierzy, którzy byli bardzo czujni, nie pozwalając na jakikolwiek kontakt z mieszkańcami mijanych miejscowości. Co jakiś czas przejeżdżał wzdłuż naszej kolumny oficer na koniu z „żyłą” (pejczem) w ręku i powtarzał „bystro!, bystro!” .

Pod wieczór zaczęliśmy wchodzić do Bytomia, a pomimo zakazu rzucano nam z okien żywność. Tym razem wprowadzono nas do opuszczonego więzienia, gdzie byliśmy umieszczani w celach więziennych. Po pierwszym dniu pobytu, kiedy się okazało, że nie zanosi się na polepszenie warunków bytowych, zaczęłyśmy my, kobiety najpierw płakać, a potem histerycznie wyć. Gdy wycie zaczęło się przenosić na całe więzienie, zaczął się ruch i bieganie wachmanów i w niedługim czasie zaczęto rozwozić zupę w kubłach i rozdawać chleb. Na wieczór zapowiedziano łaźnię, co było już najwyższą koniecznością, gdyż od tygodnia nikt się nie mył i nie zdejmował ubrania. Tam w Bytomiu zaczęłam podświadomie odczuwać strach przed tym, co nas czeka. Podczas mijania się ze strażnikiem, moja siostra zaryzykowała i zapytała go co z nami będzie, a on nie patrząc na nas wysyczał tylko jedno słowo „Rosija”.

Podróż do Azji w krowim wagonie

Przemarsz z więzienia na dworzec kolejowy w Bytomiu zaczął się o brzasku, ilu nas idzie, nie mogłam widzieć, ale poczułam się cząstką dużej masy ludzkiej, co dawało mi poczucie jakiegoś drobnego komfortu psychicznego, niezbędnego w tak traumatycznych sytuacjach. Załadowano wszystkich do wagonów, które były takimi prostokątnymi skrzyniami do przewozu bydła, w których oprócz piecyka typu koza, pół beczki na odchody i słomy - nie było nic. Pierwszy postój miał miejsce w Krakowie, gdzie szydzono z nas i obrzucano śniegiem. W pewnym momencie do ludzi naigrywających się z naszej niedoli podszedł oficer radziecki w takim „ciemno modrym uniformie”, i w futrzanej czapie z lisa na głowie, która była tak ogromna że mu zakrywała pół twarzy. Ten oficer chwycił jednego z tych naigrywających się mężczyzn za rękaw a ten się od razu z takim strachem wyrwał , że rękaw jego płaszcza pozostał w ręce tego oficera, a ten cywil uciekał tylko z jednym rękawem, migając raz białą a raz czarna ręką. Następne postoje odbywały się już tylko na pustkowiach, gdzie wynoszono nieczystości i wnoszono jakieś pożywienie oraz - od czasu do czasu - wrzątek. Za Dnieprem, który jest ogromną rzeką, zaczęły się tereny płaskie jak szyba, bez drzew i żadnych osiedli w zasięgu wzroku. Następna szeroka rzeka to była Wołga , po której pływały statki i barki. Nad tą Wołgą pierwszy raz zobaczyłam, jak z naszego pociągu wynoszono zwłoki, które następnie układano wzdłuż torów.

Któregoś dnia budzę się i słyszę jak ktoś wrzeszczy: ludzie to już Azja! szybko wstajemy, żeby zobaczyć tą Azję i patrzymy a wokół coś jakby pustynia czy step i drepczące po niej kamele (wielbłądy – przyp. aut.). Po dwóch dniach pociąg stanął w szczerym ni to stepie, ni to pustyni… Koniec rajzy, jechaliśmy około miesiąca docierając do Karagandy (Kazachstan). Stepem porośniętym suchą trawą zaczęliśmy powoli iść w kierunku naszych przyszłych kwater, którymi miały być coś jakby baraki na wpół wkopane w ziemię, zbudowane z suszonej gliny i pokryte falistą blachą. W następny dzień porozdzielano nas do różnych robót. Mnie i Martę skierowano do cegielni. Praca może nie była aż tak ciężka, ale bardzo wyczerpująca . Żeby dojść do tej cegielni, trzeba było godzinę maszerować a potem dopiero pracować w żarze i spiekocie, przy naszym łagiernym wyżywieniu człowiek marniał w oczach .

Po dwóch miesiącach wszystkie kobiety z tych najbardziej uciążliwych stanowisk przeniesiono do innych zajęć . Marta została wysłana do pracy w kuchni. a mnie skierowano do rozwożenia wody. Codziennie wcześnie rano wozem z beczką zaprzężonym w dwa muły ja i młody chłopak, który jako niemiecki jeniec wojenny był już tam od roku, dostarczaliśmy wodę do okolicznych łagrów. Jeżdżąc codziennie z tą wodą, mogłam zobaczyć, ile tam zwieziono ludzi nie tylko ze Śląska, ale również z Węgier, Rumunii i oczywiście jeńców wojennych, których obozy mieściły się w pewnym oddaleniu.

Ludność tamtejsza to byli sami koczownicy, którzy mieszkali w takich jakby namiotach ze skóry w kształcie bereta, położonego na ziemi z jednym małym otworem. Wokół tych namioto-beretów kręciły się ich zwierzęta, głównie barany, kozy i wielbłądy . Drzew ani łajna zwierzęcego tam nie znajdziesz, drzewa po prostu tam nie rosną ale łajno skrzętnie zbierają i suszą, żeby potem nim palić w paleniskach. Któregoś dnia przychodzę do roboty a ten mój towarzysz niedoli siedzi wielce zasmucony, pytam go co się stało, a on prawie płacząc zaczyna mówić „…miałem zegarek , który z takim namaszczeniem chowałem, ale ktoś zauważył i doniósł komendantowi ten mnie wczoraj zawezwał do siebie i pyta po co tobie zegarek?”. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, on mówi dalej „Tobie zegarek nie jest potrzebny, ale mnie jest bardzo potrzebny, bo to ja mając zegarek będę wiedział, kiedy ty i twoi koledzy macie jechać do domu, a jak nie będę miał zegarka to nie będę wiedział i możecie tu zostać nawet na zawsze”. Nie wiem, kiedy go zwolniono ani co się z nim stało, bo zostałam wraz z innymi przewieziona na Ural do kopalni niklu połączonej z hutą i to się tam nazywa kombinatem. Mnie wyznaczono do pracy na taśmach, którymi ruda surowego niklu wydobytego w kopalni transportowano do przetopienia w hucie . Natomiast Marta poszła do kuchni gotować, dzięki czemu mogłam od czasu do czasu dostać jakiś tłuściejszy kąsek. Tam już głodna nie chodziłam, ale za to zimno i przeciągi były trudne do zniesienia.

Wracamy!

Moim dozorcą był Ukrainiec taki pół-łagiernik , który już tam był 10 lat i funkcjonował jak wolny człowiek, tylko bez prawa wyjazdu. Pewnego razu przychodzi ku mnie ten dozorca i mówi wy za niedługo pojedziecie do domu i dlatego bardzo cię proszę abyś zechciała wysłać list z wypisanym adresem tak, że nic nie będziesz musiała robić tylko wrzucić do skrzynki. Zgodziłam się, ale go pytam skąd wiesz kiedy nas zwolnią, ale on nic nie odpowiedział tylko wyciągnął z kieszeni sygnet z niklu (ten sygnet Pani Anna przekazała wystawie poświęconej wywózkom w Radzionkowie i można go tam zobaczyć – przyp. aut.) i mi go daje mówiąc: na pamiątkę i żebyś nie zapomniała wysłać listu. Po tygodniu wszystkich łagierników ze Śląska i Niemiec zebrano na placu przed kombinatem i oznajmiono: wasza służba na rzecz ZSRR zakończona, jedziecie do domu. W pierwszą rocznicę zakończenia wojny, 9 maja 1946 roku nasz transport przejechał granicę Polską w Brześciu, gdzie wrzuciłam list do skrzynki. W Brześciu nas podzielono na tych co chcieli jechać do Niemiec i na tych co chcieli na Górny Śląsk. Nas Ślązaków zawieziono do Mysłowic na tzw. kwarantannę. Na tej kwarantannie nasze baraki były akurat naprzeciw obozu koncentracyjnego Mysłowice i mogliśmy bez przeszkód oglądać te dantejskie sceny, które się tam rozgrywały. Gdy nas zwalniano, wyszedł do nas gruby jak piec major i powiedział „ jeśli nie chcecie wrócić tam, skąd przyjechaliście to najlepiej milczeć” i położył palec na ustach. W ostatnią niedzielę czerwca 1946 roku ja i moja siostra Marta stanęłyśmy przed drzwiami naszego rodzinnego domu, od razu padając na kolana, głośno szlochając ze szczęścia. Milczałam prawie do 1995 roku. Bałam się.

30 stycznia 2010 roku pani Anna odeszła do Pana, by odpocząć na zielonych łąkach, niekoniecznie Kazachstanu.

Marian Kulik

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Wierzę w ten Teatr

Rozmowa ze Sławkiem Żukowskim, reżyserem, aktorem, rysownikiem, malarzem, a nawet muzykiem!

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Wio koniku

Przełom XIX i XX wieku to czas, kiedy rozwój cywilizacji bardzo przyspieszył. Mówimy  o nim w kontekście elektryczności, hut, samochodów, samolotów, chirurgii nawet. Tymczasem dla naszych górnośląskich przodków najważniejsze były być może zmiany, które zachodziły w transporcie… konnym. Ponieważ jednak najlepiej znam temat z okolic Mysłowic, będę operował przede wszystkim tutejszymi przykładami.

 

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Śląska oberiba!

Alka, Delikates Biała, Gabi czy Wiedeńska Biała - coś wam to mówi? No tak. A może po prostu…oberiba? Pewnie części nie trzeba już bardziej tłumaczyć. Tak proszę Państwa - dzisiaj biorę na warsztat kalarepę.

więcej

Reportaż

ilustracja

Góra śmieci czy też wyspa skarbów?

Ostatnio był u nas wywóz tak zwanych śmieci wielkogabarytowych, ludzie powystawiali stare kanapy, sprzęt AGD, zabawki dziecięce którymi już się ich pociechy się nie bawią albo sprzęty z których już wyrosły. Wynoszenie zaczęło się już w weekend. I gdy siedziałam na schodach paląc papierosa jechała bagażówka - i ni z tego ni z owego zatrzymała się na ulicy; mężczyzna siedzący przedtem na miejscu pasażera wysiadł z auta i zabrał sprzed jednego z domów stojący wśród innych śmieci mały, różowy, dziecięcy rowerek, po czym zaniósł go do samochodu. Najwyraźniej dla niektórych śmieci, a dla innych skarby.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

W Kamionce nie chcą szerokiej drogi

Plan zagospodarowania przestrzennego, który burmistrz Mikołowa Stanisław Piechula pokazał mieszkańcom dzielnicy Kamionka – bardzo się im nie spodobał. Mało powiedziane, na spotkaniu 25 lipca było bardzo gorąco. Padały pod adresem burmistrza i planu gorące słowa. Najwięcej kontrowersji wzbudza szeroka ulica, prowadząca przez środek dzielnicy. Mieszkańcy nie wiedzą, czemu ma ona służyć, ale obawiają się, że stanie się drogą praktycznie tranzytową, a ich spokojna, cicha, wiejska w zasadzie dzielnica zmieni się nie do poznania.

więcej

Partnerzy