Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy uważasz, że dzieci nieszczepione nie powinny być przyjmowane do szkół i przedszkoli?

Echo historii

O krok od rewolucji

Sto lat temu Górny Śląsk spłynął krwią

ilustracja

Dokładnie sto lat temu, w styczniu 1919 roku na Śląsku doszło do ogromnych demonstracji i zamieszek. Do największej masakry ślaskich robotników, znacznie większej, niż ta na Wujku. Strzelało wojsko. Ale nie były to wcale polskie zrywy celem „zerwania germańskich okowów”. Nasz region stał wtedy na progu rewolucji komunistycznej. A kilka miesięcy później tak zwane I powstanie śląskie, zaczęło się też jako taki właśnie, a nie narodowy zryw.

W 1918 roku abdykowali cesarze świadomi, że monarchii utrzymać się już nie da. Że jeśli istnieje jakikolwiek ratunek przed komunizmem, to jest nim republika.

Bajka o złotych czasach

Ślązacy lubią wspominać, jak to „za kajzera” żyło im się dobrze, w niemieckim dobrobycie. Ale fakty przeczą tym opowieściom. Wprawdzie poziom życia śląskiego robotnika był znacznie wyższy niż polskiego w Łodzi czy Sosnowcu, ale znacznie niższy, niż takiego samego górnika w – należącym wszak do tego samego państwa - Zagłębiu Ruhry. Zarobki były tam średnio o 30% wyższe. Nic więc dziwnego, ze rzesze śląskich górników i hutników opuszczało swoje domy w naszej okolicy, by pojechać do Dortmundu, Essen, Gelsenkirchen czy miast sąsiednich. Gdzie wykonywali za lepsze pieniądze dokładnie tą samą pracę. A na miejscu coraz liczniej zastępowali ich przybysze z Polski, dla których śląskie płace i tak były szczytem marzeń.

Tak jednak było przed I wojną światową a nawet w jej trakcie. Pod koniec problemy aprowizacyjne dawały się coraz bardziej we znaki, głód stawał się powszechny. A rodziny pozbawione były często żywicieli, którzy stracili życie na frontach, w niemieckich mundurach. Nagle – wcześniej rzecz tu raczej niespotykana – przemysł potrzebował do pracy kobiet i dzieci. A bieda zaczęła doskwierać wszystkim. Zmęczenie niezwykle krwawą wojną, na którą wciąż powoływano nowe roczniki młodych mężczyzn dopełniało miary goryczy. Z braku rąk do pracy dniówki mężczyznom wydłużano coraz bardziej.

Najpierw strajki

W efekcie pierwszy poważny strajk w trakcie wojny na Śląsku wybuchł w kopalni Gliwitzer Grube, w kwietni 1917 roku. Zaraz po nich zastrajkowali pracownicy rudy cynku „Neue Viktoria” pod Bytomiem. Jedni i drudzy jako główny postulat podnosili 5-godzinny dzień pracy. Pod koniec czerwca rozruchy przeniosły się na ulice większości górnośląskich miast. Strajkowało już 20 kopalń. Do stłumienia rozruchów użyto nie tylko policji, ale też wojska. Sądownie ukarano ponad 600 osób.

Do tego czasu Górny Śląsk pozostawał jakby na uboczu walki niemieckich robotników o zdobycze socjalne. Partie socjaldemokratyczne i związki zawodowe były tu słabe, słabsze nie tylko niż w innych niemieckich ośrodkach przemysłowych, ale także niż w sąsiednim zagłębiu karwińskim, w monarchii austriackiej. Ale teraz się to gwałtownie zmieniało. Wrzenie rosło, a w roku 1918 zanotowano już tu 134 strajki i ponad 100 000 strajkujących. Ale oprócz socjalnych pojawia się też nowy postulat: zakończenie wojny!

Teraz już widać wpływy sowieckiej rewolucji bolszewickiej. A spora część śląskiej pracy – masowo czytanej, bo na Śląsku, inaczej niż w Polsce, analfabetyzmu nie było, a po gazety sięgali wszyscy – w rewolucji bolszewików widziała nadzieję na zawarcie pokoju. Robotnicy masowo wstępowali do socjaldemokratycznych związków zawodowych. Chociaż, co charakterystyczne, w wielu zakładach osobne zakładali Niemcy, a osobne Polacy. Nastroje podsycali wracający z frontu wschodniego żołnierze, przesiąknięci często bolszewickimi ideałami robotniczego raju na ziemi. Do tego stopnia, że 5 listopada 1918 roku – dokładnie dwa lata po zapowiedzeniu w Pszczynie powstania państwa polskiego – niemiecki generał Wilhelm Groener zasugerował pruskim władzom, by nie przerzucać wojsk ze wschodu na front zachodni, by żołnierze i tam rewolucyjnego bakcyla nie zanieśli. Nie wiadomo, na ile jego sugestię wzięto by pod uwagę, bo sześć dni później podpisano zawieszenie broni i I wojna światowa się skończyła.

Śląski Kraj Rad

A u nas zaczęły masowo powstawać Rady. Jak w Rosji. Robotnicze, Żołnierskie, Gminne. Ich liczba dochodziła powoli do tysiąca. Ale w państwie niemieckim Radom od razu administracja państwowa zaczęła płacić na ich działania, uzależniając je częściowo od siebie. Ponadto Rady uzależnione też były od organów nadrzędnych socjaldemokratów z Katowic i Wrocławia, a ci jednak starali się do wybuchu rewolucji nie dopuścić. Ich lider, Otto Hörsing, chociaż niegdyś współpracował z Leninem, teraz był zarazem specjalnym komisarzem niemieckiego rządu i jego nadrzędnym celem było jak najmniejsze osłabienie państwa niemieckiego po wojnie.

Ale Rady Robotnicze i Robotniczo-żołnierskie coraz mniej chętniej mu się podporządkowywały. Zanikały też niemiecko-polskie antagonizmy, w Radach byli jedni i drudzy. A ich działacze utworzyli Komunistyczną Partię Górnego Śląska. Wydawało się, że ani Hörsing, ani nikt inny, komunistycznej rewolucji nie zatrzyma. Zaś w Radlinie (miasteczko obok Rybnika) Rada Robotnicza proklamowała… Polską Republikę Radlińską. Zasadniczo jednak rosły wpływy Związku Spartakusa, komunistycznej niemieckiej organizacji, choć z mocnymi akcentami polskimi (w ścisłym kierownictwie był Julian Marchlewski i Róża Luksemburg).

Nastroje rewolucyjne się nasilały. Wyrzucano – na drodze uchwał masowych - z fabryk dyrektorów, uwalniano więźniów politycznych a żołnierz rozbrajali oficerów. W Piaśnikach (obecnie dzielnica Świętchłowic) Rada zażądała zwolnienia urzędników, którzy źle traktowali robotników. „W przeciwnym razie nie weźmiemy odpowiedzialności za to. co może nastąpić” - napisała. Nikt nie próbował demonstrantów powstrzymywać, było wiadomo, że region należy do nich. Zwłaszcza, że spora część z nich to uzbrojeni żołnierze, którzy przyłączyli się do robotników. Jak w Rosji. „nie znalazł się człowiek, który by na widok karabinu i czerwonej kokardy natychmiast nie kapitulował" - wspominał późniejszy powstaniec Józef Grzegorzek.

Wojsko zaczyna strzelać

Do pierwszego przesilenia doszło dzień po świętach Bożego Narodzenia 1918 roku, gdy zastrajkowała kopalnia Dubensko (później nazywająca się Dębieńsko, w Czerwionce-Leszczynach). Zarabiano tu gorzej, niż w innych kopalniach. Dyrektor wezwał wojsko, to o dziwo posłuchało rozkazów, zaczęło strzelać. Byli ranni. Gdy jednak wojsko wycofano, załoga wzięła dyrektora jako zakładnika. Komisarz Horsing ogłosił stan oblężenia na kopalni, wojsko obsadziło zakład a górników zapędzono bagnetami do roboty. Główni prowodyrzy strajku trafili do więzienia. Przypomina się rok 1981 w Polsce, prawda?

Bo w międzyczasie zaszła pewna zmiana. Po skończonej wojnie Niemcy przeorganizowali swoje oddziały wojskowe, do cywila zwolniono wszystkich posądzanych choćby o lewicowe sympatie. Ci, którzy zostali, nie bratali się już ze strajkującymi robotnikami. Mieli przywrócić ład.

Choć nie zawsze im się udawało. Na terenie Chropaczowa, Lipin, Piaśnik (dziś dzielnice Świętochłowic) uzbrojeni robotnicy z tzw. milicji rozbroili tuż przed świętami trzy kompanie wojska, więc około 500 żołnierzy, a broń zwrócili dopiero po wycofaniu się wojska. Tu było wiadomo, że jeśli wojsko nie ustąpi, dojdzie do regularnej bitwy. Choć i tak byli zabici i ranni.

Na agitację komunistyczną nakładała się polska, bo Polacy coraz głośniej Śląska się domagali. Póki co jednak władze pruskie tę komunistyczną uważały za znacznie groźniejszą. I mieli rację, Związek Spartakusa gwałtownie rósł tu w siłę. Landrat (starosta) Zabrza oceniał jego liczebność u siebie na kilkaset osób, landrat bytomski dodawał: "Liczba zwolenników partii komunistycznej stale wzrasta, a podniecenie mas ludowych przeradza się w coraz większym stopniu w masowe, gwałtowne wystąpienia". Alarmował też landrat Rybnika: W powiecie rybnickim robotnicy prawie zupełnie opanowani przez idee komunistyczne. Nastroje wśród robotników, które dokładnie znam mógłbym określić jako zapalnie burzliwe i niewiele trzeba, aby doprowadzić to podniecenie do wybuchu w duchu bolszewickim." 15 kwietnia, policja katowicka raportuje: "Większa część robotników polskich jest dzisiaj po stronie komunistów, a nie partii wszechpolskiej. (…) Nie ulega wątpliwości, że miejscowi spartakusowcy są w ciągłym kontakcie z bolszewikami z tamtej strony granicy".

W całych Niemczech najmocniejsze struktury partia komunistyczna miała już na Śląsku! Komuniści próbowali opanowywać zakłady zbrojeniowe i składy broni, co wskazywało, że szykują się do rewolucji.

Chorzowska rzeź

Władze zdecydowały, że z rewolucyjnymi zapędami należy się rozprawić z całą bezwzględnością. Jej popis dano 2 stycznia 1919 roku w Królewskiej Hucie (obecnie Chorzów). 2 stycznia miała tam miejsce demonstracja pod hasłami podwyżek płac, dzień później zaczęły wybuchać strajki. Ale tym razem gdy wojsko zaczęło oddawać salwy, nie było już pojedynczych zabitych. Od wojskowych kul zginęło 17 robotników, 21 zostało rannych a w mieście wprowadzono stan oblężenia w Chorzowie i kilku sąsiednich miastach . Gorzej, niż w 1981 roku na Wujku…

Ale to nie był koniec. W marcu 1919 roku w Laurahutte (Siemianowice) oddział ok. 200 żołnierzy z pełnym uzbrojeniem przeszedł jednak na stronę manifestantów. Dopiero ściągnięcie większych oddziałów wojskowych, lojalnych wobec rządu, powstrzymało manifestację. Ale znów padli zabici i ranni. A podobne incydenty miały miejsce niemal w każdym śląskim mieście, niemal w każdej hucie, kopalni. Kolejnych 14 robotników zginęło w trakcie manifestacji w kwietniu.

Udawanie powstania narodowego

Następna odsłona to już sierpień, gdy w Mysłowicach, podczas robotniczej demonstracji wojsko znów otwarło ogień, zabijając siedmiu górników, dwie kobiety i jednego chłopca. Tym razem już przygotowana Polsak Organizacja Wojskowa wznieciła rewolucję, jednak pod płaszczykiem polskiego powstania narodowego. Tak wybuchło tzw. I Powstanie Śląskie, które nawet Wojciech Korfanty nazywał komunistyczną prowokacją.

Ale przeniesienie akcentów na powstanie polskie spowodowało rozbicie dotychczas jednolitego – niezależnie od narodowości – ruchu robotniczego. Z rozbitym zaś państwo niemieckie poradziło sobie bez trudu, represjonując dziesiątki tysięcy ludzi za prawdziwe lub rzekome sympatie komunistyczne. Zaczęła się walka nie o prawa robotnicze, lecz o to, jakiemu państwu region przypadnie.

Co smutne, w miejscu, gdzie 100 lat temu doszło do największej masakry robotniczej na Górnym Śląsku, niema nawet tablicy upamiętniającej te wydarzenia. Władze Chorzowa, nawet te komunistyczne, nigdy ni był tym zainteresowane. Komunistyczne zapewne z powodu nazwisk niektórych zabitych, bo nijak nie da się powiedzieć, że to byli Polacy. Być może także z tej przyczyny, także dziś się ich nie upamiętnia. Widać jednym wadziło, że oni nie byli polscy, narodowi, innym, że byli zbyt lewicowi.

Więc choć  dziś my przypomnijmy nazwiska ofiar największej (sprzed dokładnie stu lat) masakry robotników na Śląsku: Heiduk, Fuchs, Petrus, Bartezki, Grządziel, Kania, Grochol, Olschitzka, Paterok, Matussek, Gawilitzek, Sosna, Latka, Klis, Zuber, Lipp, Kandzie, Czech, Gryszczyk. Imiona niestety się nie zachowały.

Dariusz Dyrda

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Pojazd uprzywilejowany to mit

Rozmowa ze starszym brygadierem Piotrem Szojdą, komendantem Państwowej Straży Pożarnej w Tychach

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Konstytucja nie dumy lecz wstydu

Druga na świecie, wyprzedzająca swoją epokę, pionierska, postępowa – za kilka dni znów uraczą nas opowieściami o Konstytucji 3 Maja. I wszystko to będzie prawdą. Tylko… uchwalenie tej konstytucji było jedną z największych głupot, jakie w swojej historii zrobili Polacy.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Bażant dla każdego

Kiedyś podawany jako rarytas przeszedł długą i trudną drogę kulinarną, żeby po wielu latach znów wrócić do naszego menu. Znów jako rarytas. Zdaję sobie sprawę z tego, że bażant traktowany jest jako zbyt wyrafinowany, trudno dostępny i drogi przysmak – usłyszałam nawet, że wręcz „pretensjonalny”. To nie jest do końca prawda, choć znając jego losy (ostatnie sto lat omal nie skończyło się dla niego tragicznie) podejrzewam, dlaczego myślimy o bażancie jakby dalej chadzał wyłącznie po sarmackich stołach. Skoro mamy dostęp do kawioru, możemy w każdej chwili skoczyć na sushi lub ramen, albo w formie ciekawostki spróbować strusiny w praktycznie każdym większym mieście, to uwierzcie – bażant nie będzie już takim wyzwaniem.

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Każdy obcy to wróg - niebezpieczne dzielnice

W każdym mieście mieszkaniec może wskazać miejsce grozy, gdzie strach spacerować gdy zgasną ostatnie promienie słońca. Nie inaczej jest na Śląsku. Powodów z których do niektórych miejsc śląskich miast przylgnęła łatka dzielnic grozy jest wiele, począwszy od biedy, częstych libacji alkoholowych, a na wysokim odsetku przestępstw kończąc. W niektórych miastach przyczyniły się do tego makabryczne wydarzenia, które po czasie urosły do wielkości legend miejskich, skutecznie odstraszających mieszkańców. Czasem by zebrać baty wystarczy być „obcym” na dzielnicy, wiec jak się nikogo tam nie zna, lub nie idzie się w konkretnym zamiarem odwiedzanie kogoś, lepiej się tam nie zapuszczać. A jak wygląda dziś sytuacja w miejscach grozy oraz gdzie się znajdują? Czy miasta starają się zmienić wizerunek tych miejsc?

więcej

Partnerzy