Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy takie zdarzenia, jak ostatnia wichura, bardzo ci się dają we znaki?

Wynik głosowania:

75%
0%
25%
 
Tak! Wtedy uświadamiam sobie, jak bardzo uzależnieni jesteśmy od elektryczności
 
Nie, bo jak powiedziała pewna blondynka: sorry, taki mamy klimat
 
Ja tam wiem że była wichura tylko z internetu.

Echo historii

Biały pułkownik

Komisarz stanu wojennego, który stanął po stronie załogi

ilustracja

Była druga połowa lat 80-tych, gdy w Barbórkę wsiadł do taksówki na tyskim dworcu podpułkownik, w długim wojskowym płaszczu. Poprosił, żeby zawieźć go na kopalnię Ziemowit. Taksówkarz popatrzał na niego przeciągle, zapuścił silnik i pojechali. Po dwudziestu minutach byli na miejscu.
- Ile płacę? – zapytał oficer.
- Nic. Mój brat robi na Ziemowicie. Jo wiym, kim pan je. Ten Biały Pułkownik. Jo od takich ludzi jak pan piniyndzy nie biera. Niych pana bóg mo w opiece – odpowiedział, wzruszony, jak się oficerowi wydawało, taksówkarz. Po prawdzie nigdy nie dowiedział się, co miało znaczyć „biały” pułkownik. Bo chyba nie to, że dla tego taksówkarza był kimś, niby anioł. Choć kto wie…
Gdy czasem podjeżdżał pod bramy kopalni, przez kolejnych kilkadziesiąt lat, szlaban podnosił się bez pytania o przepustkę,
a straż mu salutowała. „Szewełło przyjechał, Szewełło” – szeptali sobie starsi górnicy. Nowi pytali, co za jeden. W odpowiedzi słyszeli, że komisarz stanu wojennego. – To za co go tak szanujecie? – pytali zdumieni nowi. – Co ty tam synek wiysz - padała odpowiedź. Niebawem młody dowiadywał się, dlaczego Jerzy Szewełło darzony jest na Ziemowicie takim szacunkiem. Dlaczego górnik potrafił… pocałować go w rękę.

Generał aż posiniał

Czytałem w paru tekstach dziennikarskich, z okazji rocznicy stanu wojennego, że to, co zrobił na Ziemowicie, złamało jego błyskotliwą oficerską karierę. To nieprawda, złamał ją sam, pół roku wcześniej, podczas konferencji partyjnej
w Akademii Sztabu Generalnego. W pierwszych rzędach cała śmietanka polskiej generalicji, chyba tylko Wojciecha Jaruzelskiego brakowało. A Szewełło, poza ustalonym porządkiem prosi
o głos. Prowadzący konferencję, jego przyjaciel, wyraża zgodę, choć chyba nawet on nie spodziewa się
o czym będzie mówił. No bo o czym niezwykłym może mówić podpułkownik wydziału politycznego Akademii Sztabu Generalnego?
A Szewełło treść tego wystąpienia przygotowywał sobie od dawna. Gdy wszedł na mównicę, zaczął spokojnie. Mówił o złodziejstwie na wysokich szczeblach
w wojsku, sprzecznym z oficerskim honorem, o tym, że ten honor jest
w pogardzie, bo liczy się cwaniactwo i lizusostwo, awansami nagradza się za nie.
- Mówiąc to patrzyłem na generała Floriana Siwickiego, drugiego najważniejszego po Jaruzelskim, który słuchając mnie siniał
z wściekłości na twarzy. Oto siedzi naprzeciw mnie człowiek, który wysokie odznaczenia  nosi za… wysługiwanie się radzieckim marszałkom. Także we mnie zaczęła wzbierać wściekłość, zacząłem mówić o sowietyzacji polskiej armii, sprzecznej z polską wojskową tradycją. Nagle Siwicki wstał i zażądał od prowadzącego natychmiastowej przerwy w obradach  - opowiadał mi po dobrych 20 latach Szewełło.
Jeszcze tego samego dnia przełożeni otrzymali rozkaz: - Natychmiast zdjąć ze stanowiska!
- Towarzyszu generale, brakuje powodów, to doskonały oficer!
- Znaleźć powody i wykonać!
Kariera wojskowa była w tym momencie definitywnie złamana.  Przynajmniej do czasu, gdy na emeryturę nie odejdzie Siwicki, a nie wybierał się. Do roku 1990 był ministrem obrony narodowej.
Drugi niepokorny

Jednak mimo perspektyw kariery, z wojska Szewełło usunięty nie został. Wprost przeciwnie, nagle, z początkiem listopada 1981 roku, mianowano go szefem grupy operacyjnej, która miała „ochronić” dwie największe kopalnie Piast i Ziemowit, Fiata, oraz bieruńską, ważną dla obronności fabrykę ERG. Ochrona, jak Szewełło rozumiał, dotyczyła ochronę przed Solidarnością.
- Po tym wystąpieniu na konferencji na pewno nie należałem do grona zaufanych, nie wtajemniczano mnie w plan stanu wojennego. Ale byłem zbyt doświadczonym oficerem, by nie wiedzieć, że moim zadaniem jest rozpoznanie przed akcją siłową – mówił mi po latach Szewełło. A jego siedzibą stała się kopalnia Ziemowit. Zjawił się tu, zameldował u dyrektora kopalni Antoniego Piszczka. Od razu przypadli sobie do gustu.
Obaj kresowiacy, jeden z Wołynia, drugi ze Lwowa. Z tym samym śpiewnym akcentem. Obaj niepokorni „genetycznie”. Bo ich rodziny nie pasowały do schematów PRL-u. Ale obaj się
w nim odnaleźli. Piszczek skończył geologię na politechnice i górnictwo na AGH. Piął się po szczeblach górniczej kariery, awansując na dyrektorskie stanowiska, od lat 60. był w PZPR. Ale w połowie lat 70. jako ledwo co mianowany dyrektor kopalni Murcki się partii – jak Szewełło – naraził. Dostał partyjne zlecenie, by kopalnia wybudowała spore osiedle domków jednorodzinnych. Teren już jest, projekt też. Poinformowano go, że jak dobrze poprowadzi budowę, jeden z tych domów będzie dla niego. Odmówił jednak, wyjaśniając, że ta stara kopalnia, u schyłku zdolności produkcyjnych, nie podoła takiemu dodatkowemu wyzwaniu. W odpowiedzi… podniesiono mu o tysiąc ton plan wydobycia węgla, do nierealnego. – Ukarano nie tylko mnie, ale całą załogę, bo nie wyrabialiśmy planów, więc nie było premii, talonów.
Na koniec ukarano i Piszczka, po trzech latach za niewykonywanie planów dostał partyjną naganę i wypowiedzenie z pracy. Nagle, w kraju, gdzie praca była obowiązkowa, on stał się bezrobotny! Jak wrogowie systemu, których  karano brakiem możliwości zarobkowania. Co  w sumie śmieszne, w podobnym czasie dokładnie takie same kary mieli i Lech Wałęsa i Jerzy Urban…
Koledzy, dyrektorzy kopalń chcieli dać mu jakieś kierownicze stanowisko, ale z góry za każdym razem słyszeli „nie”.
W końcu zatrudniono go na Bolesławie Śmiałym, kopalni z której kilka lat wcześniej odchodził na dyrektora do Murcek. A wracał jako zwykły sztygar. Potem powoli awansował, ale gdzie mu tam było do dyrektorskich stanowisk.

Dyrektor Solidarności

Gdy nastała Solidarność, załoga dotychczasowego dyrektora, zwanego „Krwawym Wiktorem” wywiozła na taczce. A przedstawiciele Solidarności zjawili się
u Piszczka, z pytaniem, czy zgodzi się zostać dyrektorem tej kopalni. Bo wszędzie gdzie pracował, załoga go szanowała. Piszczek traktował tę propozycję z przymrużeniem oka, bo co mogą związkowcy, ale powiedział, że oczywiście byłby dumny, gdyby mógł kierować takim gigantem. Kilka dni  później wezwano go do komitetu wojewódzkiego PZPR, gdzie wręczono mu nominację na dyrektora kopalni. Komitet kombinował mądrze, Piszczek jest lojalnym członkiem partii, Solidarność też go szanuje, to może nie będzie strajków.
 Aktyw Solidarności na Ziemowicie oczekiwał, że nowy dyrektor wstąpi do związku. Odmówił jednak z pytaniem czy ściągnęli go, by mieć jednego związkowca więcej, czy by mieć dyrektora. Ale współpracował z Solidarnością wzorowo, wszystkie problemy ze związkowcami omawiał.

Spotkanie tych dwóch

No i jesienią 1981 w gabinecie dyrektora kopalni trafili na siebie Piszczek i Szewełło. Od razu wiedzieli, że są bratnimi duszami. Oczywiście początkowo szczerości nie było. Gdy Szewełło mówił, że przyjechał sprawdzić, jak kopalnia jest przygotowana na wypadek wojny, czy ma schrony, maski przeciwgazowe itd., to Piszczek nie wierzył. W takich rutynowych sprawach mogli przysłać podporucznika z Katowic, a nie pułkownika ze sztabu generalnego.
A pułkownik był ciekawy kopalni. Zjeżdżał na dół, podziwiał raportowanie, jak w wojsku, nie potrafił się nadziwić, że w PRL-u są miejsca, gdzie mijający się ludzie, nawet wysoko partyjni, zwracają się do siebie Szczęść Boże. A gdy dowiaduje się, że Piszczek ma pod sobą 11 000 ludzi, to zaczyna myśleć o nim, jak o generale. Tyle samo podwładnych, więc ta sama ranga…
Podczas pobytu na kopalni pułkownik poznaje się też z działaczami Solidarności, przede wszystkim jej zakładowym szefem, Kazimierzem Kasprzykiem. Kiedy się o nim nieco dowiedział, zaczął cenić człowieka. Choćby za to, gdy po usunięciu „Krwawego” Wiktora, załoga chciała uczynić go dyrektorem kopalni, ten kombajnista i ratownik górniczy odpowiedział, że nie ma wiedzy o górnictwie, by podjąć się takiej roli.

Oficerski honor – rzecz rzadka

Szewełło cenił Kasprzyka, ale ten patrzył na oficera z Warszawy podejrzliwie. Gdy na początku grudnia 1981 na kopalni wysiadło ogrzewanie, w dyrekcji zjawił się wściekły Kasprzyk. – Panie pułkowniku, zimno jak cholera! – zaczął. Na co Szewełło: - Ano zimno, ale ja Sybirak jestem, jakoś wytrzymam. No i zaczęli ze sobą rozmawiać.
W cztery oczy.
Kasprzyk chciał wiedzieć, czy gdy przyjdzie co do czego, Szewełło wyda rozkaz strzelania do załogi. – Panie Kaziu, pan uprawiał boks, ja uprawiałem boks, ale nie przyjechałem tu, by bić się po mordach,
a tym bardziej do kogoś strzelać. Daję panu oficerskie słowo honoru!
Kasprzyk miał jednak o oficerskim słowie honoru takie samo mniemanie, jak Szewełło na pamiętnej konferencji w sztabie generalnym. Pułkownik przysiągł więc na kopalniany sztandar, który przy okazji ucałował. Od tego czasu i ci dwaj sobie ufali. Szewelle ta ufność była  bardzo potrzebna.

Zamiast zgnojenia – szacunek

Bo jak mu powiedział w zaufaniu bliski znajomy, generał, na Śląsk posłano go celowo, zakładając, że jego kresowy, śpiewny akcent się tam nie spodoba. Mundur się zasadniczo niewielu ludziom w tym czasie podoba. Więc w sztabie generalnym liczą, że tam, w tej śląskiej kopalni, załoga Szewełłę zgnoi. – A jakby cię tam nawet zatłukli, to też nikt
w sztabie nikt po tobie Jerzyk płakał nie będzie – dokończył generał.
Tymczasem pułkownik jest na kopalni szanowany coraz bardziej. Także dlatego, że chodzi po niej bez broni, pierwsze co zrobił zjawiwszy się na Ziemowicie, to zdeponował swój pistolet w sejfie dyrektora. Jako naoczny dowód, że nie zamierza strzelać.
Wyjął go z tego sejfu tylko raz. Gdy pewien bardzo buntowniczy, młodziutki związkowiec, szczególnie się awanturował. Zabrał go do gabinetu, wyjął spluwę, z niej magazynek i wysypał naboje. – Wiesz, co to jest?
- No kulki!
- Ano, kulki. Widzisz, to służy do zabijania. Tylko w Biblii zabici zmartwychwstają. Ja tu nie przyjechałem zabijać, strzelać, dlatego broni przy sobie nie noszę. I rób wszystko, żebym tu został jak najdłużej, bo gdy mnie odwołają, to może zastąpić mnie taki, który zabijać chce.
To właśnie ten górnik niemal dwadzieścia lat później, na karczmie piwnej ucałuje go w rękę. Za tamte słowa, które kazały mu zastanowić się nad sensem eskalacji konfliktu. Ale także dlatego, że dziadek, stary górnik i frontowy niemiecki żołnierz, powiedział, że za tak mądre słowa chłopak powinien pułkownika w rękę pocałować. Wtedy, na początku grudnia młody górnik nie rozumiał, za co. Po latach zrozumiał i on.

Stan wojenny

Na początku grudnia Szewełło opuszcza Ziemowita. Gdy zjawił się w nocy z 12 na 13 grudnia, ze wszystkimi pełnomocnictwami komisarza wojennego, jako najwyższej władzy w kopalni, dyrektor Piszczek wiedział już, co to oznacza. Żarty się skończyły, nastąpiło przewidywane od dawna rozwiązanie siłowe. Ale zarazem ucieszył się, że tym komisarzem na jego kopalni jest właśnie Szewełło. Tym bardziej, że podpułkownik wcale nie zachowuje się jak na kopalni władza, dla niego tą władzą jest nadal Piszczek.
Przez dwa dni nic się nie działo, wszyscy byli jakby oszołomieni stanem wojennym. Jednak na wieść o aresztowaniu Kasprzyka załoga Ziemowita przystępuje do strajku. Pierwsza zmiana nie wyjeżdża, dołącza do niej druga. Co najciekawsze, podstawowym żądaniem strajkujących jest…wypuszczenie przewodniczącego Kasprzyka. Drugim, zagwarantowanie wolności działania związkom zawodowym. Pozostałe są mało istotne.
(ciąg dalszy na stronie 10)
Na dole strajk zaczyna 2028 ludzi. Inaczej, niż na Wujku, oni dla wojska, dla ZOMO są niedostępni. Tutaj się mundurowi nie zapuszczą, w obcym dla nic świecie, nawet uzbrojeni po zęby, nie mieliby z górnikami szans. Zresztą nie mieliby nawet jak zjechać, bo szyby wind zostały zablokowane
a dodatkowo podłożono ładunki wybuchowe. Na dole górnicy są w twierdzy, ale to twierdza bez możliwości ucieczki, bez prowiantu.
A Szewełło? Wraz z dyrektorem Piszczkiem organizuje anonimową pomoc dla rodzin internowanych pracowników kopalni. Co wieczór pod ich drzwi podrzucany jest prowiant. Poza tym oczywiście obaj starają się przekonać górników, że ten strajk nie ma sensu. Ale po wydarzeniach na Wujku zdesperowani na dole górnicy nawet nie bardzo chcą rozmawiać.
A kilka dni później pod kopalnią zjawia się batalion czołgów,
z rozkazem jej opanowania.
- Bez sensu – wspominał Szewełło – dyrektor Piszczek, żeby rodzina mogła strajkującym przynosić prowiant, a przy okazji namawiać ich do wyjechania na górę, zlikwidował przepustki, podniósł na stałe szlabany. Na kopalnię mógł wejść każdy, również milicjanci, ZOMO, więc po co ją zajmować?

Szewełło, każę cię rozstrzelać!

Major-czołgista był jednak zdecydowany, miał rozkazy zająć zakład, więc zjawił się u komisarza wojskowego, żeby poznać topografię zakładu, rozmieszczenie bram. Tego, co się wydarzyło chwilę później, zupełnie się nie spodziewał.
- Kim pan jest, majorze?
- Jestem dowódcą batalionu czołgów. Mam rozkaz...
- Proszę o pańskie dokumenty!.
- Przecież jestem oficerem...
- Albo tylko nosi pan oficerski mundur. Dokumenty!
Gdy major się wylegitymował, Szewełło, jak opowiadał mi, patrząc na majora, rozpiął kaburę
i cedził słowa: - Górnicy strajkują na poziomie 501, więc albo pan cofnie swoje czołgi 501 metrów od bramy kopalni, albo nie ręczę, co się tu za chwilę wydarzy.
Osłupiały major odpowiedział: - Pułkowniku, pan nie zdaje sobie sprawy, co robi!
- Doskonale zdaję sobie sprawę. Ja też mam rozkazy. Mój rozkaz to uchronić kopalnię, nie dopuścić do jej zniszczenia. I ten rozkaz wykonuję, zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą.
Szewelle udaje się odwołać rozkaz majora. Na niedługo. Następnego dnia telefon ze Śląskiego Okręgu Wojskowego, informujący, że Szewełło jest zdjęty ze stanowiska. Za niewykonywanie rozkazów.
- Nie przyjmuję do wiadomości rozkazów, które grożą zniszczeniem kopali i masową śmiercią jej pracowników. Jednego Wujka wam mało???
W tym momencie w słuchawce  trzask i inny głos: - Mówi generał Florian Siwicki, słyszałem co mówiliście pułkowniku!
- Obywatelu generale, podtrzymuję swoje stanowisko!
- Szewełło, czy ty sk…, wiesz
z kim rozmawiasz???
- Melduję, że tak.
- No to wykonaj, k… rozkaz!
- Wykonuję. Próbuję uratować kopalnię przed zniszczeniem, utrzymać jej moce produkcyjne. Takie właśnie mam rozkazy. Jeśli zrobię to, czego chcecie, górnicy zniszczą kopalnię, grzebiąc siebie w jej gruzach. Są zdesperowani, zdeterminowani, udzielono im już absolucji generalnej. Wie obywatel generał, co to absolucja generalna?
- Co mnie to, k…, obchodzi?
- To zbiorowe rozgrzeszenie, udzielane przez kapłana, zazwyczaj żołnierzom idącym na śmierć. Tutaj poprosili o nie górnicy. Na dole kopalni z zaminowanymi szybami. Tu się metody z Wujka nie sprawdzą! Zajęcie powierzchni przez wojsko niczego nie zmieni, najwyżej  zwiększy determinację górników. Nakłonić ich do przerwania strajku będzie jeszcze trudniej.
- Szewełło, z rozkazami się nie dyskutuje! Mamy stan wojenny, za ich niewykonywanie zostaniesz rozstrzelany!
- Jeśli za cenę uratowania kopalni, to warto. Ale jeśli mnie rozstrzelacie, to zaopiekujcie się moją rodziną. Aha, ci ludzie mi wierzą. Zdobyłem ich zaufanie. Jeśli ja stąd odejdę, będzie rzeź.

Trudne negocjacje

Siwicki się rozłączył. Ale albo on, albo raczej Wojciech Jaruzelski, przemyślał sytuację. I uznał, że jednak niech Szewełło prowadzi negocjacje. Dawano mu kolejne ostateczne terminy, ale za każdym razem je przesuwano. Tyle, że mijały dni, a był kompletny impas.
Oczywiście WRON  próbował też innych metod. U dyrektora Piszczka pojawił się inny pułkownik, Piotr Gębka. Przedstawił się jako ten, który przeprowadził pacyfikację Wujka. Próbował przekonać do radykalnych kroków. Wojsko rozpatrywało wprowadzenie pod ziemię gazów psychotropowych, a po oszołomieniu górników – atak. Dyrektor Piszczek zdołał jednak wojskowym wyperswadować, że jeśli komuś tam, na dole, pod wpływem psychotropów  puszczą nerwy, to tu nie będzie kilka trupów, jak na Wujku, ale zbiorowa mogiła tysiąca, albo więcej ludzi.
Co najgorsze, górnicy na dole wciąż wierzyli, że strajkuje cały kraj, podczas gdy strajk był już tylko na dwóch sąsiadujących kopalniach Piaście i Ziemowicie. Nikt nie umiał ich przekonać, że taki jest stan faktyczny.

Wolnej Europie uwierzycie?

Czytałem wiele tekstów dziennikarskich o tamtych wydarzeniach. Czytałem biografię Szewełły, napisaną przez jego siostrę.
A jednak opowiem tę historię tak, jak znam ją z własnych rozmów z Szewełłą. Opowiadał mi, że to on wpadł na pomysł przekonania górników. Zjawił się u  lędzińskiego proboszcza, Józefa Przybyły. – Czy  ksiądz potrafi mi zapewnić, że zjadę na dół i  górnicy mnie nie zatłuką, zanim powiem, co mam do powiedzenia?
- Myślę, że tak.
- No to jedziemy!
Niewiele później na poziomie 501 otwarły się kraty „szoli” – stanęli w nich ksiądz i pułkownik.
- Nie wierzycie mi, że nikt poza wami nie strajkuje?
- Nie!
- A farorzowi uwierzycie?
Głucha cisza, jakoś żaden górnik nie chce głośno powiedzieć, że w takie słowa nie uwierzą również powszechnie szanowanemu księdzu. I wtedy Szewełło wypala
z grubej rury: - A Radiu Wolna Europa uwierzycie?
- Skąd będziemy mieć pewność, że to nie będzie fałszywka?
- Przecież są między wami specjaliści od łączności, radiotechnicy.  Wyjadą ze mną na górę, sami nastawią radioodbiorniki. Tak, jak mnie ksiądz Przybyła zaręczył, że mnie wysłuchacie, tak wam ręczy, i ja też, że ci radiowcy wrócą do was na dół.
Zdumieni elektrotechnicy słuchali na powierzchni opowieści Radia Wola Europa, że bohaterska kopalnia Ziemowit wciąż strajkuje. Padały tylko dwie nazwy, Ziemowit, Piast, Ziemowit, Piast. Innych strajków nie ma. Zjechali na dół załamani. Przekazali pozostałym informacje. Nikt im nie przyjdzie z pomocą, przed jednym strajkiem generałowie  się nie ugną

Wigilia komisarza ze związkowcem

Niewiele godzin później załoga wyjeżdża na powierzchnię. Jest 24 grudnia, Wigilia Bożego Narodzenia. Każdy zje wieczerzę z rodziną, połamie się opłatkiem. A Szewełło i Piszczek jadą jeszcze do biskupa Herberta Bednorza, który pomagał im w mediacjach. Potem wracają do Lędzin. Na wigilię zaprasza wprawdzie proboszcz Przybyła, ale Szewelle w zasadzie nie wolno opuszczać kopalni, a spędzić ją na farze, to już jawne prowokowanie przełożonych. Pewnie więc będzie siedział sam przy stole w biurze, nawet ryby nikt nie przygotował.
I pewnie będzie  rozmyślał, co z nim dalej…  Sąd wojskowy, degradacja, więzienie?
W cechowni czeka na niego jednak grupa górników. A wiceszef zakładowej Solidarności, Zygfryd Ścierski, zaprasza go na  wigilię do siebie. Mieszka niedaleko kopalni. Szewełło zaproszenie przyjmuje, i chociaż jest intelektualistą w mundurze, a Ścierski człowiekiem prostym, na zawsze pozostaną w przyjaźni. Znałem obu (obaj już nie żyją), obaj wiedzieli, co to prawość i przyzwoitość.
I to w zasadzie koniec opowieści. Jerzy Szewełło dziesięć nerwowych dni przypłacił zapaścią zdrowia, na pewien czas stracił nawet wzrok. Przed sądem za niewykonywanie rozkazów go  nie postawiono, ale aż do przejścia na przedwczesną wojskową emeryturę, na pełnego pułkownika nie awansował. Awans ten, jako oficer rezerwy, otrzymał dopiero kilka lat po zmianie ustroju.
Ale na kopalni Ziemowit przyjmowany był zawsze jak marszałek! A gdy zmarł, w 2013 roku, na warszawskim pogrzebie zjawiła się ze sztandarami, delegacja górników.

Bohater

O takich, jak Jerzy Szewełło myślę: bohater! Nie o tych, którzy przelewali krew, tylko o tych, którzy ryzykowali wszystkim, naprawdę wszystkim, by do przelewu krwi nie dopuścić. I żałuję, że powstał film o Wujku, a nie powstał o tym Niezłomnym Pułkowniku. Tak, dla mnie jeśli ktoś zasługuje na miano Żołnierza Niezłomnego, to właśnie on. Chociaż nosił mundur oficera LWP, a nie z LWP walczył. Dumny jestem, że znałem tego Człowieka. Bo w życiu poznaje się niewielu ludzi przez wielkie Cz!

Dariusz DYRDA    

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Gra każdy, wygrywają najlepsi

Rozmowa z Krzysztofem Kołodziejczykiem, wiceprezesem Polskiego Związku Skata i prezesem okręgu tyskiego

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

1945 na Śląsku

Zbrodnia, która zaczęła się 27 stycznia

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Pieprzne tematy

Stoi na stole w specjalnym, dedykowanym przyprawniku - zawsze na straży, zawsze pod ręką. Tak się do niego przyzwyczailiśmy, że przy gotowaniu nawet nie wymieniamy go jako składnika – przecież to jasne jak słońce, że do każdego mięsa, zupy, pierogów, czy choćby jajecznicy koniecznie trzeba dodać pieprz i sól. Chociaż... od tego drugiego staramy się odchodzić, nie przesalać, bo to niezdrowe. A pieprz? Zmieniają się mody na diety i alergie, ale to jedno póki co zostaje niezmienione: pieprzą weganie, wegetarianie, bezglutenowcy i mięsożercy. Bo przepieprzenie grozi co najwyżej kichaniem, więc... czemu nie?

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Kolejowe obiecanki - cacanki

Od kilku lat PKP opowiadała nam, jak to będzie rewitalizować zlikwidowane przed laty połączenia kolejowe. Na przykład z Orzesza przez Tychy do Bierunia i Oświęcimia. Teraz okazuje się, że obiecanki cacanki a głupiemu radość.

więcej

Partnerzy