Sondaż publiczny

Czy uważasz, że ze smogiem, który znów się zaczyna, uporamy się:

Echo historii

Śląski Indiana Jones

Gdyby przyszło mi kiedykolwiek tworzyć ranking ulubionych postaci historycznych o śląskim rodowodzie, bohater niniejszego tekstu z pewnością znalazłby się na podium. Być może nie na pierwszym miejscu (zająłby je największy ze Ślązaków – „Diabeł z Rudy”, czyli Karol Godulla), ale już wicemistrzostwo bez większych kontrowersji przyznałbym eksploratorowi Afryki, Mehmedowi Eminowi Paszy. Nie słyszeliście Państwo o kimś takim? Mało kto słyszał. Niestety…

ilustracja

W drugiej połowie XIX wieku doniesienia o jego przygodach z zapartym tchem śledzili czytelnicy gazet w całej Europie, choć sławą i osiągnięciami, przyznać to trzeba, nieco ustępował najsłynniejszym odkrywcom afrykańskich tajemnic. W Polsce – na Śląsku również – jest praktycznie nieznany poza kręgami akademickimi oraz środowiskiem wielbicieli dziejów regionu. Szkoda, bo ten „warty pieśni” – jak ująłby to Mistrz Zbigniew Herbert – człowiek miał naprawdę fascynujący życiorys, którym z powodzeniem mógłby obdzielić pokaźną grupkę bliźnich.
Proszę ocenić samemu: człowiek ów dokonał wiekopomnych odkryć, zmieniał nazwiska i wyznania jak rękawiczki, miał wiele profesji i umiejętności (był lekarzem, naukowcem, podróżnikiem, badaczem, odkrywcą, urzędnikiem, żołnierzem i dowódcą, erudytą, poliglotą), stanowi do dziś symbol awansu społecznego, edukacyjnego i politycznego, a przy okazji jest dowodem na to, że nawet – proszę wybaczyć – kurdupel
i brzydal może mieć całkiem spore powodzenie u płci przeciwnej.
Mehmed Emin Pasza urodził się jako Izaak Schnitzer 28 marca 1840 roku w Opolu, w rodzinie żydowskiego kupca i finansisty (nie gardzącego również, jak sugerują niektóre historyczne źródła, pospolitą lichwą) Ludwika Schnitzera i jego żony – Pauliny. Niedługo po narodzinach syna ojciec podjął decyzję o przeprowadzce rodziny i interesów do nieodległej Nysy.  Głowa rodziny zmarła w 1842 r., zaś Paulina Schnitzer zdecydowała się na ponowne zamążpójście. Sakramentalne „tak” powiedziała nyskiemu kupcowi (również żydowskiego pochodzenia) – niejakiemu Treftzowi. Ojczym dał małemu nie tylko swoje nazwisko, ale i nowe wyznanie: sam będąc w pełni zasymilowanym niemieckim Żydem, uznał, że pasierbowi będzie łatwiej w życiu jako wiernemu Kościoła Ewangelicko–Augsburskiego. Konwersje starozakonnych na chrześcijaństwo nie były w owych czasach rzeczą rzadką; decyzja
o zmianie religii podejmowana była często ze względów praktycznych – droga do wielu szkół czy urzędów była dla wyznawców judaizmu zamknięta.
Były Icek, obecnie Eduard, już jako chrześcijanin mógł podjąć naukę w znakomitym, królewskim gimnazjum klasycznym Carolinum w Nysie —najsłynniejszej na Śląsku, cieszącej się niesłychaną renomą szkoły, do którego na nauki przybywała już od XVII wieku młodzież ze Śląska i Rzeczypospolitej. Naukę ukończył z wyróżnieniem, potem zaś – po zdaniu w 1858 roku matury – studiował medycynę i nauki przyrodnicze (którymi zafascynował się już jako nastolatek) na uniwersytetach we Wrocławiu, Berlinie i Królewcu. Dał się poznać nie tylko jako wybitny student, ale również świetny szachista, człowiek obdarzony wielkim talentem muzycznym, językowym (mówił płynnie w kilkunastu językach!) i literackim, zapalony podróżnik i miłośnik książek.
Mimo wielkiego talentu i olbrzymiej pracowitości, edukacji nie zakończył jednak egzaminem państwowym. Według źródeł historycznych, został relegowany z uczelni po przyłapaniu na praktykowaniu zawodu bez stosownego dyplomu, rzeczy absolutnie nieakceptowalnej i karanej z całą surowością.

Meksyk nie dla wszystkich

Dalsza kariera lekarska w Królestwie Pruskim była niemożliwa, jednak na peryferiach ówczesnego świata istniały miejsca, gdzie o dyplomy nie pytano, stawiając raczej na umiejętności. Tych zaś Eduardowi nie brakowało, porzuciwszy zatem powziętą najpierw myśl
o wyjeździe do Ameryki Południowej, opuścił Królestwo Prus, udając się do sąsiednich Austro-Węgier. Miał tu zamiar zaciągnąć się do ekspedycji formowanej właśnie przez arcyksięcia Maksymiliana I.
Arcyksiążę, rodzony brat Franciszka Józefa I, wybierał się akurat do Meksyku, aby na zaproszenie hiszpańskich konserwatystów, objąć tamtejszy tron cesarski. Zginął zresztą marnie, ów nieszczęsny arystokrata, później
z rąk poddanych, którzy nie cenili widać władców z importu.  Nie należy to w żadnym stopniu do niniejszej opowieści – tak jak to, że arcyksięcia i naszego bohatera łączyło umiłowanie nauk przyrodniczych – wciąż jednak pozostaje fascynującym wycinkiem dziejów świata…  Wracając jednak do tematu – Schnitzer liczył na egzotyczną przygodę i posadę lekarza wojskowego w korpusie ekspedycyjnym, ale się przeliczył: primo – lekarzy nie potrzebowano, secundo – przyjmowano wyłącznie katolików.
Przez jakiś czas szlifował bruki kilku austro-węgierskich miast, zajmując się dorywczo, a to usługiwaniem w hotelach, a to pokątnym wyrywaniem zębów i sprzedażą podejrzanych medykamentów w portowych uliczkach i zaułkach Triestu. W grudniu 1864 roku wylądował w Imperium Osmańskim. Schodząc, po kilkudniowej morskiej podróży, na ląd w Antivari (dzisiaj Bar), porcie i głównym ośrodku administracyjnym zajmowanej przez Turków Czarnogóry, miał omyłkowo zostać wzięty przez urzędnika imigracyjnego za Włocha przybyłego z Rosji. Nieporozumienie zaciekawiło, będącego mimowolnym świadkiem tłumacza austriackiego konsula; pomyłka została wyjaśniona, a tłumacz, sam pochodzący z Prus, postanowił wspomóc rodaka na obczyźnie. Za gościnę i dach nad głową gość odwdzięczał się lecząc rodzinę gospodarza, z czasem z jego usług zaczęli korzystać też przedstawiciele lokalnej socjety. Sława lekarska rosła, Eduardowi zaczęło przybywać pacjentów; zyskał etat w lokalnym szpitalu. I znów w życiu naszego bohatera nastąpiła wolta – zmienił nazwisko na tureckie, zaczął się też z turecka nosić: w charakterystycznym dla Osmańczyków nakryciu głowy – fezie, będzie paradował do końca życia,
w nim też będzie portretowany na rycinach i fotografiach. Ukoronowaniem kariery wydawała się posada medyka lokalnego garnizonu wojskowego, wkrótce spotkał go jednak zaszczyt nie lada: został lekarzem lokalnego gubernatora, Ismaila Hakki Paszy i jego rodziny, ostatecznie również rzeczonego notabla doradcą i sekretarzem. Razem ze swoim pracodawcą sporo podróżował i stale zmieniał miejsce pobytu —przebywał w Azji Mniejszej, Bejrucie, Armenii, Syrii, na Półwyspie Arabskim; oprócz praktykowania medycyny prowadził, zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, badania z różnych dziedzin (między innymi geologiczne i zoologiczno-botaniczne), pisał artykuły do gazet i występował z licznymi odczytami. Zajmował się, co należy z kronikarskiego obowiązku odnotować, nie tylko nauką: z żoną swego pana i protektora, ponoć kobietą wielkiej urody, miał go połączyć płomienny romans. Wielkie musiał posiadać przymioty  ducha, którymi ową damę zauroczył, bo postać fizyczną miał raczej… nędzną: był niewysokim chudzielcem o ziemistej cerze i haczykowatym nochalu. No, ale czyż ktoś może pojąć kryteria oceny męskiej urody, jakimi kierują się kobiety?
W służbie paszy znów zmienił nazwisko i wyznanie: przeszedł na islam i stał się Mehmedem Al-Aminem, co w Europie zmieniono na Emina. Kolejna, wykalkulowana na chłodno konwersja (czyniącej mu wyrzuty rodzinie miał odpowiedzieć, że nie został Turkiem, tylko zmienił nazwisko), która miała pomóc w karierze.

Afryka dzika, mało odkryta

W XIX wieku Afryka, poza Arktyką i Antarktydą, pozostawała praktycznie ostatnim nieznanym Europejczykom kontynentem. Co prawda już od Starożytności zakładano na wybrzeżach Czarnego Lądu porty i faktorie handlowe – wywożono stąd niewolników, złoto, drewno, skóry zwierzęce i kość słoniową – jednak w głąb zapuszczano się rzadko i niechętnie, w obawie przed nieznanymi chorobami i wojowniczo nastawionymi plemionami tubylców. Jeszcze
w latach 30. XIX wieku mapa Afryki składała się głównie z białych plam! Zainteresowanie interiorem Czarnego Lądu było jednak spore, powoływano specjalne kompanie i towarzystwa, mające na celu badanie, a eksploratorzy w rodzaju Bakera, Burtona czy później Livingstone’a i Stanley’a, co rusz dokonywali jakiegoś spektakularnego geograficznego odkrycia…
Mehmed Emin Pasza do Afryki trafił w 1875 r., przyjmując ofertę pracy w Ekwatorii –prowincji w południowym Sudanie, dziwacznym tworze państwowym, uzależnionym od Egiptu, wchodzącego z kolei w skład Imperium Otomańskiego i pełnym zdobywających coraz większe wpływy Brytyjczyków. Wcześniej zdążył jeszcze wrócić z wizytą w rodzinne strony i wywołać w nich niemały skandal – w Nysie zawitał z wdową po Ismaelu Hakce, jej szóstką dzieci i kilkoma żeńskimi służącymi; zgorszeni stateczni mieszczanie z przejęciem kolportowali plotki o rozwiązłym trybie życia i bezeceństwach wyczynianych w rzekomym haremie. Otrzymawszy od Anglików propozycję pracy, nie zastanawiał się długo – porzuciwszy nieszczęsną kochankę i jej trzódkę, ruszył do Afryki. Już po roku piastował stanowisko naczelnego lekarza prowincji, współpracował z jej gubernatorem, gen. Charlesem Gordonem, dając się poznać nie tylko jako medyk, ale i doskonały organizator, urzędnik i zarządca. W 1878 roku, po awansie Gordona na gubernatora całego Sudanu, Pasza objął jego dotychczasowe stanowisko w Ekwatorii, dzierżąc wojskową i cywilną władzę nad prowincją. Nader udatnie: zreformował podległą mu administrację, zwalczając urzędnicze nadużycia i korupcję, założył szpital dla tubylców, rozwinął handel kawą
i bawełną, walczył z handlarzami niewolników i mocno ograniczył ich haniebny proceder. Pod jego rządami jedna z najbiedniejszych afrykańskich prowincji zaczęła rozkwitać gospodarczo.
W wolnych chwilach oddawał się swojej największej pasji — podróżom, podczas których prowadził badania geograficzne, geologiczne i przyrodnicze. Często organizował wyprawy w miejsca nieznane Europejczykom. Jak wielu ówczesnych podróżników przebywających na Czarnym Lądzie, marzył o odkryciu źródeł Nilu, ale ubiegł go w tym sir Henry Morton Stanley (tak, tak, ten od „Pan Livingstone, jak sądzę?”). Obydwaj panowie spotkają się, o czym za chwilę, w przyszłości
w bardzo interesujących okolicznościach. W trakcie jednej z wypraw jako pierwszy Europejczyk Emin Pasza dotarł do rzeki Semliki, łączącej jeziora Alberta i Edwarda. Odkrył też wiele nieznanych dotąd gatunków zwierząt i roślin, których egzemplarze przesyłał systematycznie do Europy.

Mahdyści u bram

W 1881 roku w tureckich prowincjach w Afryce wybuchło powstanie Mahdiego – bunt tubylców, niezadowolonych z turecko-egipsko-brytyjskich rządów i zamierzających wprowadzić na terenie Sudanu państwo islamskie. O powstaniu opowiada
w „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicz, historia Stasia i Nel rozgrywa się właśnie podczas tej zawieruchy; pisarz zresztą wspomina w książce o naszym bohaterze (gdy emir Teki-Salama wyjaśnia Hatimowi, iż musi ruszyć na południe przeciw Eminowi Paszy, który „siedzi w Lado mając tam wojsko i parowce”).
Po dwóch latach mahdyści zajęli już większą część Sudanu odcinając Paszę od dostaw z Egiptu i Europy. Ten jednak opierał się islamskiej nawałnicy dzielnie, umiejętnie się przegrupowując
i wycofując na południe, zdołał też, przez zaufanego towarzysza, przesłać do Europy prośbę o pomoc. O bohaterskiej postawie gubernatora, który w środku wojennej zawieruchy stworzył samodzielne państwo, dzielnie opierające się buntownikom, pisały na pierwszych stronach europejskie gazety. Pod naciskiem rozentuzjazmowanej opinii publicznej Brytyjska Kompania Wschodnioafrykańska, niechętna początkowo ratowaniu Prusaka, zdecydowała się w końcu na sfinansowanie ekspedycji ratunkowej. Być może na zmianę decyzji wpłynął też fakt, że uznano ją za świetną okazję do spenetrowania terenów północnej Afryki…
Na czele wyprawy stanął wspomniany już sir Henry Morton Stanley, który, skrzyknąwszy prawie 600 śmiałków i wyposażywszy się, dla obrony przed tubylcami, w śmiercionośną nowinkę techniczną – karabin maszynowy systemu Maxim, wyruszył z odsieczą z belgijskiego Konga. Niosący pomoc sami zaczęli jej wkrótce potrzebować. Gdy w kwietniu 1888 r. zdziesiątkowany przez wojownicze plemiona i choroby kontyngent dotarł do rezydującego do Jeziorem Alberta Paszy, przedstawiał opłakany widok i raczej sam potrzebował ratunku. Ponoć Emin przyjął steranego podróżą Stanleya w nienagannie czystym białym, tropikalnym mundurze i fezie, panowie mieli wypić razem kilka butelek znakomitego szampana, gubernator uprzejmie podziękował za „przyniesioną pomoc” – co w tych warunkach musiało zakrawać na żart – i równie uprzejmie odmówił powrotu do Europy.

Czyś ty na głowę upadł?

Ewakuacja okazała się jednak nieunikniona w kilka miesięcy później: mahdyści przypuścili kolejną ofensywę na Ekwitorię, i wkrótce stało się jasne, że dalszy opór nie ma sensu. Pasza ze Stanleyem wyruszyli zatem w kierunku niemieckich kolonii (tereny Niemieckiej Afryki Wschodniej) położonych nad Oceanem Indyjskim. W grudniu 1889 roku udało im się dotrzeć do portu Bagamoyo, gdzie Paszy przytrafiła się rzecz dziwaczna: człowiek, który dzielnie opierał się krwiożerczym derwiszom
i przebył tysiące kilometrów drogi najeżonej zagrożeniami, będąc już teoretycznie bezpiecznym… spadł z wysokości kilku metrów podczas przyjęcia przywitalnego na jego cześć, doznając ciężkiego urazu głowy.
Wylizał się po kilku miesiącach, tylko po to, by ruszyć na kolejną ekspedycję, bo wkrótce przypomniał sobie o nim jego rodzinny kraj. Sam kajzer (w 1871 roku doszło do zjednoczenia Niemiec, król pruski Wilhelm I Hohenzollner, stał się głową Cesarstwa Niemieckiego) przysłał depeszę z gratulacjami, odznaczenie i propozycję pracy dla dawnej ojczyzny. W 1890 roku Emin Pasza ochoczo wyruszył na kolejną wyprawę: miał dla Niemiec zbadać i zdobyć tereny wokół Jeziora Alberta.
Wyprawa od samego początku była pechowa — wędrując po afrykańskich bezdrożach, jej uczestnicy musieli zmagać się z chorobami, głodem, wojowniczymi tubylcami oraz handlarzami niewolników, którzy co rusz atakowali podróżników. Ponaddwuletnia włóczęga po afrykańskiej dziczy zakończyła się tragedią: Emin Pasza zginął w jednym z ataków – w 1892 roku został zabity przez dawnych wrogów w Kinenie, mieście leżącym na terenie obecnej Ugandy.
Co ciekawe, do dziś jest na Czarnym Lądzie wspominany z pewnym sentymentem, bo też pozytywnie odróżnia się na tle innych kolonizatorów Afryki – którzy kontynentowi i jego mieszkańcom fundowali w kolejnych latach głównie wyzysk, terror, rzezie
i eksterminację na skalę przemysłową. Okrucieństwa, które popełnili Belgowie w Kongu czy Niemcy na terenach obecnej Namibii mogą przyprawić o mdłości (polecam przeczytać o nich choćby w „Duchu króla Leopolda. Opowieściach o chciwości, terrorze i bohaterstwie w kolonialnej Afryce” Adama Hochschilda czy „Zbrodniach kajzera” autorstwa Davida Olosuga i Kaspra W. Erichsena).
Pamięć o najsłynniejszym śląskim podróżniku i odkrywcy pielęgnuje wiele narodów. Jest bohaterem książek i przedstawień teatralnych, patronem ulic w wielu afrykańskich miastach, Jego imieniem nazwano górę w Kongo (Mount Emin, 4791 m n.p.m.), jedną
z zatok Jeziora Wiktoria, gatunek róży i pewnego niewielkiego, afrykańskiego ssaka. Zebrane przez Emina Paszę przyrodnicze eksponaty do dziś można podziwiać w muzeach w Londynie, Wiedniu czy Berlinie.
Często powtarza się, że czyjś życiorys mógłby stać się kanwą niezłego filmu. Gdyby tylko któryś z producenckich tuzów Hollywoodu zainteresował się historią Emina Paszy powstałoby dzieło, jestem o tym przekonany, zdolne konkurować z przygodami Indiany Jonesa. Jest tylko małe „ale” – na produkcję potrzeba, licząc lekko, kilkanaście milionów dolarów.
Nie dysponują Państwo przypadkiem taką kwotą?•  

Waldemar CICHOŃ

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Czasem włącza mi się „śląski tryb”

Rozmowa z Waldemarem Cichoniem, tyskim pisarzem, autorem książek dla dzieci

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Polska nie wtedy się odrodziła!

Mało kto wie, co 11 listopada świętujemy

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Nie taki zwykły ten ziemniak

Wartość odżywcza kartofli jest tak duża, że mogą one – oczywiście przez jakiś czas – stanowić jedyny składnik pożywienia człowieka bez uszczerbku na zdrowiu. Odmian tego niezwykłego warzywa jest około 4000, choć nie wszystkie są jadalne (większość zjadaczy ziemniaków pewnie będzie zdziwiona – jak to, jest więcej rodzajów niż młode i stare?!). Możemy spotkać odmiany białe, żółte, różowe, czerwone, fioletowe a nawet niebieskie (popularne w Irlandii). I właśnie od koloru ziemniaka zależy ilość mikroelementów
i przeciwutleniaczy. Wspólna dla wszystkich rodzajów jest niska zawartość tłuszczów i niezwykłe bogactwo węglowodanów o średnim indeksie glikemicznym. Gotowane bulwy mają więcej białka niż kukurydza i prawie dwa razy więcej wapnia. Oprócz tego maja w sobie błonnik i składniki mineralne takie jak: potas, fosfor, kwas foliowy i witaminy - szczególnie C.

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Ograna przez radnych

Rzutem na taśmę, przed wyborami, lędzińska burmistrz próbowała tereny pod centrum sprzedać pod… Lidla

więcej

Partnerzy