Sondaż publiczny

Ile wydajesz na zakupy związane ze Wszystkimi Świętymi?

Naszym tropem

Grosz do grosza…

Zakupy z reklamówką pełną miedziaków

Postanowiłam sprawdzić, jak to jest, gdy masz pieniądze na przyzwoite zakupy, ale są one w maleńkich nominałach. Grosz, dwa grosze, pięć groszy, dwadzieścia to już grubsza kasa. Dysponuję takimi zawsze, bo mój maż ma dziwny zwyczaj zbieractwa, a raczej porzucania po domu w przeróżnych miejsca drobnych monet, które ja, wychowana w szacunku do pieniądza, zbieram do wielkiego słoika… i zawsze mam dylemat, co zrobić z zebranymi miedziakami. No to dzisiaj sprawdzę, ile są warte. Ruszam w miasto!

ilustracja

Dzisiaj grosik, czy nawet dziesięć, nie jest tym po co warto się schylać, ale jeszcze kilkanaście lat temu właśnie tak robiło większość ludzi, bo czy pięć złotych czy pięciogroszówka – pieniądz był wartością. A sporo ludzi mawiało „grosz do grosza, a będzie kokosza”. Teraz mam wrażenie że każdemu wstyd płacić drobnym bilonem, a niektórzy sprzedawcy reagują nawet pewnym rodzajem alergii, gdy dziecko za wypłacone ze skarbonki pieniądze chce kupić sobie jakąś rzecz, na którą zbierało od dawna - umówmy się, nie każdy bajtel ma wypchaną świnkę banknotami.

Grosikami sobie płacę

Jakże często zdarza mi się słuchać w sklepie powiedzenia sprzedawcy, dosłownie powtarzanego jak mantra: „czy mogę być winna grosik?”. Zawsze z upodobaniem pytam „a kiedy pani mi go odda?” No to teraz ja uzupełnię im braki w drobnym bilonie! Najpierw zajrzałam w Tychach do księgarni. Wybrałam książkę, podchodzę do kasy, słyszę 39,99 poproszę. Chwileczkę – odpowiadam i wyciągam ruloniki, jedne opisane 20 groszy, inne nawet dwa złote. Jeden z nich rozrywam i wyciągam grosz. Bo przecież ma być 39,99 a nie 40.

- Co to jest? – pyta sprzedawczyni.

- No jak to co, 39 złotych 99 groszy. Może pani przeliczyć.

- Ale ja nie mam czasu, kolejka.

- No to może pani nie liczyć, ja przeliczyłam. 39,99.

- Nie mogę bez przeliczenia… Karty pani nie ma?

- Proszę wybaczyć, ale czy mam kartę, czy nie, to już moja sprawa. Kupuję towar, płacę obowiązującą w Polsce walutą. Pani ma obowiązek ją przyjąć – mówię pewna swego, bo sprawdziłam, co i jak. A kiedy ona, jakby zgadując, czego się spodziewam, odpowiedziała: nie mam czasu liczyć, nie sprzedam pani tej książki, wypaliłam wyszkoloną kwestię: To ja wzywam policję. Bo według artykułu 135 kodeksu wykroczeń każda odmowa sprzedaży, bez podania uzasadnionej przyczyny, lub też ukrywanie przed nabywcą towaru, podlega karze grzywny. A odmowa przyjęcia prawnego środka płatniczego w Polsce nie jest w żadnym wypadku uzasadnioną przyczyną! Grzywna zapewne 500 złotych.

Popatrzyła na mnie wzrokiem pod tytułem: „Jakaś cholerna prawniczka, jeszcze mi syfu narobi” i poszła po szefa. Szef też przeszywając mnie wzrokiem, kazał jej liczyć mój bilon, a sam zajął się obsługą następnych klientów. Co ciekawe, klienci, poza jednym, wydawali się bardziej rozbawieni sprawą niż zdenerwowani czekaniem. No i wyraźnie byli też ciekawi, czym się sprawa skończy. Jestem niemal pewna, że starsza pani, dwie osoby za mną, też ma skarbonkę pełną miedziaków, tylko wstyd jej było iść z nimi na zakupy. Bała się może, nie wiedziała, czy przyjmą.

Na paskudę sprzedawcy, ale i sobie

No i teraz już wie. Wie, że sprzedawca pieniądze musi przyjąć, nawet jeśli taka forma sprzedaży jest dla niego uciążliwa, bo przecież czy to banknot o nominale 200zł, czy też moneta z wybitym „10 groszy” - wciąż mamy do czynienia ze środkiem płatniczym, obowiązującym w naszym kraju. Od razu nasuwa mi się wspomnienie mężczyzny, który miał zapłacić dość spore koszty postępowania sadowego – i zrobił to, ale tak by tę transakcję zapamiętano na długo - płatność uiścił w całości drobnym bilonem, co spowodowało, że sądową kasjerkę w liczeniu musiała wspomóc grupa urzędniczek.

W obuwniczym zaś nie było wcale lepiej niż w księgarni. Ale słowa o policji i grzywnie też podziałały. Za to facet na warzywno-truskawkowym straganie wyraźnie się ucieszył. Widać brakowało mu drobnych, a jak cebula, marchewka, to wiadomo, płaci pani 8,27, poproszę 5,45.

Ja sama normalnie chodzę z drobnymi tam, gdzie wiem, że te drobne przyjmą (znam kilka sklepików, które zawsze są w „drobniakowej” potrzebie), raczej staram się nie dokładać komuś niepotrzebnej roboty, związanej z liczeniem góry drobnych. Przecież po to wymyślono pieniądze o różnych nominałach, by w miarę sprawny sposób dokonywać transakcji. Jeśli chcemy komuś robić na paskudę – robimy przecież też sobie, bo nie możemy sobie pójść od kasy, zanim kasjerka nie przeliczy pieniędzy, nie wciśnie przycisku płatność, a kasa nie wydrukuje paragonu. Ale na paskudę robią nam sklepy, gdzie wszystko kosztuje 8,99 zł, 10,99zł, 13,99zł. Przecież gdyby to było, 9,11 czy 14 zł, jednogroszówki praktycznie wyleciałyby z obiegu.

Kiedy nie ma wydać…

Ale uwaga, zupełnie inna jest sytuacja, gdy idziemy w drugą skrajność, na przykład płacąc pięciusetzłotowym banknotem za paczkę gum do żucia albo bułkę. To jest również bardzo znana praktyka, szczególnie z rana w marketach czy małych sklepach - zawsze znajdzie się ktoś, kto chce w ten sposób rozmienić pieniądze. Ale niestety kasjer ma określoną ilość banknotów i monet, wiec nawet fizycznie nie ma jak rozmienić takiego nominału. Poza tym żaden przepis nie nakazuje jasno, by sprzedawca bądź kasjer posiadał drobne, by móc wydać resztę. Wiec wydanie reszty jest bardziej dobrym obyczajem i dobrą wolą kasjera. Swego czasu w wielu sklepach pojawiły się karteczki na szybach, które przypominają o tym klientom. Oczywiście kasjer może zaproponować zapłatę należności kartą.

Tak na marginesie, mam znajomego, który zaraz po otwarciu zjawia się w kawiarni, zamawia kawę z ciastkiem, konsumuje, po czym woła: chciałbym zapłacić – i podaje 500 zł. Wie, że średnio co drugi raz po chwilowej bieganinie kelnerka wraca i mówi:

- Przykro mi, nie mamy wydać.

- No i co teraz?

- No nic, był pan gościem na koszt lokalu…

Chciałam na potrzeby tego tekstu sprawdzić, czy to naprawdę działa, ale doszłam do wniosku, że to jednak oszustwo.

Bank też kręci nosem

Co jednak najdziwniejsze, z bilonem jest problem także w banku. Celem eksperymentu udałam się z reklamówką pełną drobniaków do oddziału swojego banku (trzeba w tym miejscu powiedzieć, że nie był to duży oddział). Wiec poszłam, siadam naprzeciwko pracownika i mówię w czym rzecz. Pierwsze pytanie, które mi zadano, to jaki to bilon? Mówię: różnie… groszówki wszystkich nominałów, ale przeliczone, posortowane, razem nieco ponad 360 złotych. Odpowiedź brzmiała: przykro mi, ale nie mamy maszyny do liczenia bilonu, proszę się udać do głównego, oddziału tam takową posiadają. Udałam się, ale w tej ich maszynie siedzi chyba ukryty człowieczek, który to przelicza ręcznie, bo zajęło jej to dłużej, niż mnie policzenie ręcznie. Za to wyszło tak samo jak mnie: 362 złote,37 groszy.

Karolina Gąsior

Wywiad

ilustracja

W opozycji jest dziwnie

z Michałem Gramatyką, radnym wojewódzkim rozmawia Dariusz Dyrda

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Zapomniana kompania

W rocznicę wybuchu II wojny światowej w okolicy przypomina się Bitwę Wyrską i walki wokół Mikołowa, przypomina się to, że jedni Ślązacy ramię w ramię z wojskiem polskim stanęli do obrony, a inni (pisaliśmy o nich tydzień temu) ramię w ramię z Wehrmachtem wojsko to atakowali. Jedni płakali za utraconą Polską, inni radośnie witali wkraczający Wehrmacht. I tylko nikt nie wspomina losów „Zapomnianej kompanii”.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Chutney czyli co?

Tę egzotyczną nazwę słyszałam na tyle często przez ostatnie miesiące, że w końcu postanowiłam ostatecznie rozwiązać zagadkę i rozprawić się z tematem raz, a dobrze. Zgodzę się - chutney brzmi orientalnie i - co tu dużo gadać - dość pretensjonalnie, co fanów prostoty w kuchni jest w stanie skutecznie powstrzymać od wypróbowania nowego smaku…

więcej

Reportaż

ilustracja

Góra śmieci czy też wyspa skarbów?

Ostatnio był u nas wywóz tak zwanych śmieci wielkogabarytowych, ludzie powystawiali stare kanapy, sprzęt AGD, zabawki dziecięce którymi już się ich pociechy się nie bawią albo sprzęty z których już wyrosły. Wynoszenie zaczęło się już w weekend. I gdy siedziałam na schodach paląc papierosa jechała bagażówka - i ni z tego ni z owego zatrzymała się na ulicy; mężczyzna siedzący przedtem na miejscu pasażera wysiadł z auta i zabrał sprzed jednego z domów stojący wśród innych śmieci mały, różowy, dziecięcy rowerek, po czym zaniósł go do samochodu. Najwyraźniej dla niektórych śmieci, a dla innych skarby.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Imielin przegrywa z kopalnią

O konflikcie miedzy miastem Imielin a kopalnią Piast-Ziemowit pisaliśmy już kilkukrotnie. Polska Grupa Górnicza, której kopalnia jest częścią, zamierza wydobywać złoże Imielin-Północ. Dla miasteczka oznacza to degradację i szkody górnicze, bo teren może obniżyć się o 6 metrów. W przekonaniu mieszkańców zagrożony jest też zbiornik wody pitnej Dziećkowice, dostarczający jej do ¼ aglomeracji katowickiej. Mieszkańcy Imielina zapowiadają na 14 września pikietę.

więcej

Partnerzy