Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy uważasz, że dzieci nieszczepione nie powinny być przyjmowane do szkół i przedszkoli?

Naszym tropem

Nie zastąpią chorego systemu

SOR i Izba – będą kontrolowane, ale czy to cokolwiek da?

ilustracja

3 kwietnia otrzymaliśmy taki sygnał od naszej czytelniczki: „Witam serdecznie. Bardzo chciała bym opisać swoją dzisiejszą sytuację na SOR w Tychach.

Około godziny 20:20 dnia 02.03.2019 zgłosiłam się na Izbę Przyjęć w Tychach z bólem lewego kolana, który uniemożliwiał mi normalne funkcjonowanie
i brak zgięcia kolana. Pani w rejestracji odmówiła mi przyjęcia i skierowała mnie do internisty po skierowanie i kazała wrócić ze skierowaniem. Udałam się do internisty i opisałam całą sytuację która była na Izbie przyjęć. Zostałam zbadana przez Panią doktor która podejrzewa torbiel podkolanowy, wyczuwalny przy badaniu i wskazana ocena USG. Został podany ketonal domięśniowo i zalecono mi konsultacje ortopedyczną. Z Kartą informacyjną udałam się z powrotem na SOR, gdzie Pani w rejestracji pokazałam kartę, którą bardzo dokładnie przeczytała z czego powiedziała że mam się zgłosić do lekarza rodzinnego… Więc powiedziałam jej że od lekarza rodzinnego skierowanie do poradni ortopedycznej i czekanie około 3 miesięcy na wizytę. Zdenerwowana powiedziałam, że skoro przyjechałam na Izbę Przyjęć to powinna zostać udzielona mi pomoc lekarza. Pani z rejestracji skierowała mnie do lekarza dyżurującego o zapytanie czy mnie przyjmie. Poszłam więc do lekarza któremu opisałam całą sytuację (dodam jeszcze że kilka lat mam problemy z tym kolanem, kiedyś miałam skręcenie stawu kolanowego) i lekarz ODMÓWIŁ MI PRZYJĘCIA!!! Stwierdził że nie nadaję się z tym kolanem na SOR, tylko do lekarza rodzinnego. Odparłam mu, że tej sytuacji tak nie zostawię, bo nie wiadomo co
z tym kolanem się dzieje i że sprawa zostanie nagłośniona. Proszę o zapoznanie się z moją sytuacją i proszę o pomoc”.
Sprawa pokazuje cały absurd polskiej służby zdrowia. I mniejsza już o to, że pani nie mogła się udać na SOR w Tychach, bo w mieście tym nie ma Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Ale niech będzie, niewielu z nas odróżnia SOR-y od Izby Przyjęć szpitala.

SOR i Izba - od stanów nagłych

Tylko problem polega na tym, że zarówno SOR, jak i Izba Przyjęć są od zajmowania się stanami nagłymi, wypadkami, udarami, zawałami, ranami, a nie od udzielania pomocy w stanach przewlekłych. W ich przypadku teoretycznie droga jest zupełnie inna.
Jeśli jednak na SOR-y i do Izb Przyjęć trafia mnóstwo ludzi,
u których w ostatnich godzinach nie nastąpiło znaczące pogorszenie stanu zdrowia – to powstają tam kolejki tych, którzy powinni być przyjęci w poradniach przez specjalistów. I wówczas rzeczywiście, człowiek z nagłym bólem w klatce piersiowej czy podejrzeniem udaru musi w takiej kolejce czekać. Czasem nie doczeka.


Nie są w stanie zbadać wszystkich

Nie, nie chodzi o wybielanie SOR-ów czy Izb Przyjęć, w których rzeczywiście dochodzi do sytuacji skandalicznych, jak śmierć osoby po dziewięciu godzinach bez udzielenia pomocy. A podobnych przypadków media opisują ostatnio dużo, więc dobrze, że minister zdrowia zalecił kontrolę SOR-ów
i Izb Przyjęć. Tylko one naprawdę nie mogą normalnie pracować, jeśli wiele osób, podobnie jak autorka listu, traktują je jak przychodnie
i poradnie. Nie do tego zostały powołane.
Autorce listu też trudno się dziwić. Ma medyczny problem, jest ubezpieczona, oczekuje pomocy. Jak sama pisze, ze skierowaniem do ortopedy będzie czekała na wizytę trzy miesiące. W tej sytuacji zdecydowała udać się do Izby Przyjęć. Nie ona pierwsza, nie ostatnia. Przecież nawet lekarze rodzinni często właśnie taką drogę doradzają pacjentom. Jeśli się już na Izbę Przyjęć dostaniemy, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że z pominięciem kolejek do specjalistów zrobią nam tu szybko niezbędne badania. Na to najwyraźniej liczyła nasza czytelniczka.

Spacer z podejrzeniem zawału mózgu!

- Znam o wiele dziwniejsze przypadki. Pewnego dnia zjawił się
u nas pacjent z rozpoznaniem uporczywych bólów głowy niewiadomego pochodzenia. Odesłaliśmy go do Podstawowej Opieki Medycznej. Na drugi dzień przyszedł ponownie, na własnych nogach, sam, z diagnozą podejrzenia zawału mózgu. Bezsens, bo przecież gdyby wystawiający je lekarz wierzył, w to, co napisał, to natychmiast wezwałby karetkę, a nie kazał mu iść do szpitala. Ale on wiedział, że to metoda na obejście kolejek do specjalistów,
a ja miałem dylemat, czy przy takiej diagnozie natychmiast zlecić niezbędne badania, czy też odesłać tego pana ponownie, a lekarzowi, który pisze takie rzeczy, po prostu zrobić karczemną awanturę. Tylko, jeśli przypadkiem, pan ten dostałby tego samego dnia udaru mózgu, ja byłbym pokazywany w mediach jako lekarz, który zignorował taką diagnozę i odesłał człowieka z udarem. Sprawą zajęłaby się prokuratura. Cieszę się, że została zlecona kontrola SOR-ów i Izb Przyjęć
i mam nadzieję, że ta kontrola pochyli się i nad takimi przypadkami,
a potem zacznie kontrolować tych, którzy bezpodstawnie wystawiają skierowania do nas – mówi szef jednej z Izb Przyjęć na naszym terenie. Woli bez nazwiska, bo nie chce iść na udry
z połową środowiska lekarskiego w swoim mieście.

Wentyl bezpieczeństwa

Z drugiej strony przyznaje on, że w tej służbie zdrowia, która w tej chwili w Polsce prawie nie działa z braku specjalistów, z oczekiwaniami do nich przez wiele miesięcy, SOR-y i Izby Przyjęć są pewnym wentylem bezpieczeństwa. Że ci, którzy czują, że ich stan się pogarsza, a na wizytę mają czekać jeszcze długo, mogą spróbować tu poszukać pomocy.
- Ale my nie jesteśmy w stanie zastąpić całego niewydolnego systemu! – dodaje.
Efekt jest, jaki jest. W SOR-ach kolejki jak po jakiejś wielkiej katastrofie albo podczas masowej epidemii groźnej choroby, na Izbach Przyjęć podobne kolejki ludzi, którzy się tu wcale nie kwalifikują. Oczywiście układy też są. – Kiedyś bolał mnie brzuch, więc znajomy ordynator zszedł ze mną w jednej z katowickich klinik prosto na SOR, gdzie zrobiono mi wszystkie badania poza kolejnością. Trochę było mi głupio, gdy widziałam tych ludzi wymagających natychmiastowej pomocy, czekających w kolejce – mówi zaprzyjaźniona dziennikarka.
Jednak nasza czytelniczka nie ma racji, choć ma prawo czuć się rozżalona. Bo jest chora, a nikt jej nie leczy. Ale jednostki szpitalne powołane do zajmowania się przypadkami nagłymi naprawdę nie są od takich spraw, jak jej kolano.


Niezbędna gruntowna reforma!

Tylko bez sensownej reformy polskiej służby zdrowia sytuacja się nie poprawi. A sensownej reformy boi się każda rządząca polską partia – bo to się ludziom nie spodoba. Po pierwsze nie spodoba się, że nie każdy ma prawo żądać każdych badań. Że oprócz prawa do leczenia istnieją też prawa statystyki, a jeśli prawdopodobieństwo istnienia groźnego schorzenia jest na granicy błędu statystycznego, to lekarz powinien mieć prawo odmówić kosztownych badań. Tak, kilku ludzi w kraju może na skutek tego umrze, bo stan rzeczywiście był groźny. Ale kiedy kosztowne badania robi się każdemu chętnemu, to kolejka do nich jest taka, że umrą tysiące tych, o których wiadomo, ze są ciężko chorzy, ale badań i leczenia nie doczekają. Trzeba wybrać mądrze.  Ale tego nie da się zrobić przy potężnej medialnej nagonce na każdy „błąd w sztuce”. Lekarz to człowiek jak każdy inny i – jakkolwiek nie zabrzmi to bezdusznie – jak każdy inny ma czasem prawo do błędu. Nie powinien mieć za to prawa do zaniedbań.

Wykształceni za darmo – wyjeżdżają

Drugim problemem polskiej służby zdrowia jest brak lekarzy. Ale tego problemu nie da się rozwiązać bez … zmiany konstytucji. Bo tylko jeśli wykreślimy z niej bezpłatne szkolnictwo wyższe, młodzi lekarze nie będą masowo opuszczać Polski. Jeśli określi się, że (na przykład) studia medyczne kosztują pół miliona złotych, ale kwotę tę państwo lekarzowi pożycza,  a za każdy rok po studiach pracy w kraju umarza mu jej 5%  (całość po 20 latach), to wtedy, i tylko wtedy, zostaną. Też nie wszyscy.
Powie ktoś, że czemu to lekarze mają być pokrzywdzeni, tylko oni płacić za studia? Wcale nie tylko lekarze, to mogłoby obowiązywać na wszystkich kierunkach studiów. Oczywiście po odpowiednich wyliczeniach, bo wykształcenie socjologa czy polonisty jest znacznie tańsze niż lekarza czy automatyka. I można wprowadzić klauzulę, że jeśli dla człowieka po studiach nie ma pracy w promieniu, powiedzmy, 100 kilometrów od domu – wtedy ma drogę wolną, dług mu się umarza, niech robi co chce.
Ale to wymaga poważnych zmian systemowych. Niepopularnych.
W przeciwnym razie, ile by wojewoda i minister kontroli nie zlecili, ile by gazety i telewizje nie opisały przypadków ludzi umierających bez pomocy na izbach przyjęć
i SOR-ach, nic się nie zmieni. Ludzie nadal będą tam umierali. Rzeczywistości nie da się zaczarować.•
                                                      
Dariusz DYRDA

Wywiad

ilustracja

Pojazd uprzywilejowany to mit

Rozmowa ze starszym brygadierem Piotrem Szojdą, komendantem Państwowej Straży Pożarnej w Tychach

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Konstytucja nie dumy lecz wstydu

Druga na świecie, wyprzedzająca swoją epokę, pionierska, postępowa – za kilka dni znów uraczą nas opowieściami o Konstytucji 3 Maja. I wszystko to będzie prawdą. Tylko… uchwalenie tej konstytucji było jedną z największych głupot, jakie w swojej historii zrobili Polacy.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Bażant dla każdego

Kiedyś podawany jako rarytas przeszedł długą i trudną drogę kulinarną, żeby po wielu latach znów wrócić do naszego menu. Znów jako rarytas. Zdaję sobie sprawę z tego, że bażant traktowany jest jako zbyt wyrafinowany, trudno dostępny i drogi przysmak – usłyszałam nawet, że wręcz „pretensjonalny”. To nie jest do końca prawda, choć znając jego losy (ostatnie sto lat omal nie skończyło się dla niego tragicznie) podejrzewam, dlaczego myślimy o bażancie jakby dalej chadzał wyłącznie po sarmackich stołach. Skoro mamy dostęp do kawioru, możemy w każdej chwili skoczyć na sushi lub ramen, albo w formie ciekawostki spróbować strusiny w praktycznie każdym większym mieście, to uwierzcie – bażant nie będzie już takim wyzwaniem.

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Każdy obcy to wróg - niebezpieczne dzielnice

W każdym mieście mieszkaniec może wskazać miejsce grozy, gdzie strach spacerować gdy zgasną ostatnie promienie słońca. Nie inaczej jest na Śląsku. Powodów z których do niektórych miejsc śląskich miast przylgnęła łatka dzielnic grozy jest wiele, począwszy od biedy, częstych libacji alkoholowych, a na wysokim odsetku przestępstw kończąc. W niektórych miastach przyczyniły się do tego makabryczne wydarzenia, które po czasie urosły do wielkości legend miejskich, skutecznie odstraszających mieszkańców. Czasem by zebrać baty wystarczy być „obcym” na dzielnicy, wiec jak się nikogo tam nie zna, lub nie idzie się w konkretnym zamiarem odwiedzanie kogoś, lepiej się tam nie zapuszczać. A jak wygląda dziś sytuacja w miejscach grozy oraz gdzie się znajdują? Czy miasta starają się zmienić wizerunek tych miejsc?

więcej

Partnerzy