Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy uważasz, że dzieci nieszczepione nie powinny być przyjmowane do szkół i przedszkoli?

Naszym tropem

Nie twoje psy – ale problem twój!

- Bałem się wyjść z domu, wypuścić psa, bo ten biały był agresywny. Warczał i obnażał kły, a przecież jego łeb był wielkości całego mojego pieska – mówi tyszanin Adam Klekotko, u którego na ogrodzie przez dwa dni buszowały dwa ogromne psy, z wyglądu podobne do owczarka podhalańskiego. W tym czasie zabiły jedną, a być może także drugą sarnę.

ilustracja

Dom Klekotki stoi na tyskim Wygorzelu. Nie ma ogrodzenia, a ogród bardziej przypomina park, bo rosną tam licznie dęby. Sporo tu także różnych krzewów, liściastych i iglastych. Dalej ciągną się pola, a na horyzoncie widać las. Nic więc dziwnego, że dzika zwierzyna, zwłaszcza sarny i bażanty, pojawia się tu stale. Kilka saren zjawiło się nawet podczas naszej rozmowy. Jedną z nich sfotografowałem z okna kuchni. Stała jakieś cztery metry ode mnie.

Nieproszeni goście

9 stycznia na jego ogrodzie pojawiły się dwa wielkie psy. Ciemniejszy wyglądał na dość łagodnego, ale biały całym swoim zachowaniem dawał do zrozumienia, że lepiej się do niego nie zbliżać. – Nawet strzał z hukowego pistoletu startowego nie zrobił na nim większego wrażenia. Odszedł może dziesięć metrów i patrzył na mnie z miną, jakby mówiącą: no i co mi zrobisz, frajerze… - wspomina gospodarz domu.

Jeszcze tego samego dnia zabiły tu sarnę. Gdy przyszła, zagoniły ją w miejsce, skąd nie ma ucieczki. I zaczęły szarpać. – Nie zagryzły jej tak po prostu, nie rozerwały gardła. Po prostu w tej pułapce podskakiwały i szarpały zębami, za nogę, za ucho. Z żywej zaczynały wyrywać kawały mięsa. Widok był straszny, a one się w śniegu, kilkadziesiąt metrów od moich okien, układały do snu. Zadzwoniłem więc na straż miejską.

Urzędowa nieporadność

Przyjechali, nawet dość szybko. Tylko po to, by powiedzieć, że jeśli psy są na prywatnej posesji, to oni w zasadzie nie mogą nic zrobić. I pojechali. Więc Adam Klekotko zadzwonił na policję. Dyżurny zgłoszenie przyjął, ale przekazał je w swoim przekonaniu do właściwszej służby. Niebawem zjawiło się … tych samych dwóch strażników miejskich.

- Mieli jakąś jedną pętelkę. Może byłaby dobra na jamnika albo pudla, ale nie na te potwory. Tym bardziej, że przyznali się, iż mają koleżankę, która się na tym zna, ale ma inne zajęcia, a oni to nie bardzo. Nawet więc nie nalegałem, by coś z tymi psami zrobili, bo jeszcze ten biały im jakąś krzywdę by zrobił – mówi, trochę z rozbawieniem, trochę z rozżaleniem Adam Klekotko. Zapytał strażników, czy mają jakiś pomysł, jak problem rozwiązać. Owszem, mieli, zadzwonili do podobno kompetentnego urzędnika urzędu miejskiego. Do niego Klekotko miał pytanie, co zrobić z zabitą sarną i z psami. W kwestii psów urzędnik wiedział nie bardzo, w kwestii sarny był lepiej zorientowany. Poinformował, że jeśli leży na prywatnej posesji, to jest to prywatna sprawa pana Adama i powinien ją zawieźć do jakiejś firmy utylizacyjnej, gdzie oczywiście za tę utylizację musi zapłacić.

- W międzyczasie sąsiadka powiedziała mi, że psy w polach zaatakowały drugą sarnę. Widziała przez lornetkę. A policjanci przypomnieli sobie, że ktoś zgłosił zaginięcie dwóch takich psów, może od huków w Sylwestra, więc dali mu mój numer. Człowiek rzeczywiście się zjawił następnego dnia, ale w międzyczasie psy sobie poszły. Pokazałem mu tylko w którym kierunku. Więcej się nie odezwał.

Nie każdy ma syna adwokata

Odezwał się za to ponownie miejski urzędnik. Wypytywał, czy to na pewno sarna, bo jak ma różki, to może daniel. – Odróżniam sarnę od daniela tak samo, jak wilczura od buldoga. I na pewno nie różki decydują o tym, bo ma je też kozioł sarny. Ale zapytałem go, czy może powinienem o tej zabitej sarnie zawiadomić Lasy Państwowe, niech one sobie zabiorą. Bo syn adwokat, powiedział mi, że to może być właściwa instytucja. Urzędnik jednak mnie wykpił, że co Lasy mają do sarny w moim prywatnym ogrodzie a jak adwokat nie wierzy, to niech przyjdzie, on mu pokaże odpowiedni przepis. Więc ja mu, że adwokaci to ludzie, którzy ze znalezieniem odpowiedniego przepisu raczej problemu nie mają.

- Syn, gdy mu to powtórzyłem, sięgnął faktycznie do przepisów i po kilku minutach powiedział, żebym skontaktował się z najbliższym kołem łowieckim. Gdy zadzwoniłem, niebawem zjawił się Marian Borys, łowczy tyskiego koła Daniel, zabrał te poszarpane zwłoki sarenki i jeszcze mi dziękował, bo oni wszystkie takie przypadki powinni ewidencjonować. Sprawa się wręcz skończyła, tylko zastanawiam się, jak rzekomo zajmujący się tymi sprawami urzędnik, może nie wiedzieć spraw tak elementarnych. To dokładnie on powinien mnie skierować do myśliwych, a nawet wskazać które koło łowieckie ma w pieczy mój teren, bo teraz już wiem, że w Tychach są trzy. Nie każdy przecież ma syna adwokata - kończy Adam Klekotko.

I to w zasadzie już wszystko. Poza takim drobiazgiem. Wedle nowych przepisów puszczenie luzem na ulicy, bez kagańca i smyczy byle pudla, spaniela, jamnika czy małego kundelka, skutkuje grzywną do 5000 złotych. Natomiast bieganie luzem dwóch wielkich psów, w tym jednego agresywnego, polujących na dziką zwierzynę, jakoś żadnych służb nie interesuje. Bo obok nich nie ma właściciela, któremu można na szybko i bez wysiłku tę grzywnę wlepić?

Adam Moćko

Wywiad

ilustracja

Pojazd uprzywilejowany to mit

Rozmowa ze starszym brygadierem Piotrem Szojdą, komendantem Państwowej Straży Pożarnej w Tychach

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Konstytucja nie dumy lecz wstydu

Druga na świecie, wyprzedzająca swoją epokę, pionierska, postępowa – za kilka dni znów uraczą nas opowieściami o Konstytucji 3 Maja. I wszystko to będzie prawdą. Tylko… uchwalenie tej konstytucji było jedną z największych głupot, jakie w swojej historii zrobili Polacy.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Bażant dla każdego

Kiedyś podawany jako rarytas przeszedł długą i trudną drogę kulinarną, żeby po wielu latach znów wrócić do naszego menu. Znów jako rarytas. Zdaję sobie sprawę z tego, że bażant traktowany jest jako zbyt wyrafinowany, trudno dostępny i drogi przysmak – usłyszałam nawet, że wręcz „pretensjonalny”. To nie jest do końca prawda, choć znając jego losy (ostatnie sto lat omal nie skończyło się dla niego tragicznie) podejrzewam, dlaczego myślimy o bażancie jakby dalej chadzał wyłącznie po sarmackich stołach. Skoro mamy dostęp do kawioru, możemy w każdej chwili skoczyć na sushi lub ramen, albo w formie ciekawostki spróbować strusiny w praktycznie każdym większym mieście, to uwierzcie – bażant nie będzie już takim wyzwaniem.

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Każdy obcy to wróg - niebezpieczne dzielnice

W każdym mieście mieszkaniec może wskazać miejsce grozy, gdzie strach spacerować gdy zgasną ostatnie promienie słońca. Nie inaczej jest na Śląsku. Powodów z których do niektórych miejsc śląskich miast przylgnęła łatka dzielnic grozy jest wiele, począwszy od biedy, częstych libacji alkoholowych, a na wysokim odsetku przestępstw kończąc. W niektórych miastach przyczyniły się do tego makabryczne wydarzenia, które po czasie urosły do wielkości legend miejskich, skutecznie odstraszających mieszkańców. Czasem by zebrać baty wystarczy być „obcym” na dzielnicy, wiec jak się nikogo tam nie zna, lub nie idzie się w konkretnym zamiarem odwiedzanie kogoś, lepiej się tam nie zapuszczać. A jak wygląda dziś sytuacja w miejscach grozy oraz gdzie się znajdują? Czy miasta starają się zmienić wizerunek tych miejsc?

więcej

Partnerzy