Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy uważasz, że mnóstwo świąt w rodzaju Międzynarodowego Dnia Kota, Dnia Języka Ojczystego i tym podobne są potrzebne?

Naszym tropem

Mały ZUS, wielkie cygaństwo!

Z dniem 1 stycznia wszedł „mały ZUS”. Obecne władze reklamują ją jako niezwykłą ulgę dla mikroprzedsiębiorstw. A ja zakładam się w ciemno, że na terenie działania całego tyskiego urzędu skarbowego załapie się na nią nie więcej, niż 100 przedsiębiorców. A może mniej, niż 20. Bo tak naprawdę ci, którzy spełniali kryteria wymyślone przez  rząd PiS-u, albo już umarli z głodu, albo wyemigrowali zbierać pomidory do Holandii, albo zamknęli firmę, żeby iść do najgorzej nawet płatnej roboty.

ilustracja

Zacznijmy od tego, kto się na to łapie. Otóż firma, która w roku 2018 miała obroty nie wyższe, niż 63 000 złotych. 63 000 na rok to około 5200 złotych na miesiąc. Obrotu, nie dochodu. Każda firma, oprócz przychodów ma też koszty. Na przykład drobny handlowiec. Jego marża wynosi średnio ok. 40%, więc żeby sprzedać towaru za 5200 złotych, musi go najpierw za 3100 zł kupić. I to zakładając, że nic mu się nie zepsuje. Do tego musi po towar pojechać, kupić benzynę, czasem wymienić opony, o aucie nie wspominam. Musi albo zapłacić jakieś 200 zł miesięcznie za obsługę księgową, albo kupić kosztowne programy do prowadzenia księgowości samemu. Wyceńmy to wszystko skromniutko, razem na 500 zł miesięcznie. Tak więc ktoś, kto w swojej firmie ma 5200 zł obrotu, ma kosztów przynajmniej 3600 zł. Zostaje 1600 złotych.
Z tych 1600 złotych musiał zapłacić dotychczas 1200 złotych ZUS-u, więc zostawało mu złotych 400. Od których musiał zapłacić podatek. Ale nawet gdyby go nie płacił, bo mieści się poniżej zwolnienia od podatków, to znacie kogoś, kto potrafi żyć za 400 zł miesięcznie? Bo taki się ma zysk przy 5200 zł obrotu!

Nie handel lecz usługi

Nieco lepiej ma nie-handlowiec. Informatyk dajmy na to, mechanik samochodowy albo hydraulik. On nie musi stale kupować towaru, do którego tylko dokłada swoją marżę. On w zasadzie w ramach firmy sprzedaje swoje umiejętności i swój czas. Oczywiście też ma koszty, bo trzeba jeździć do klientów, kupić narzędzia (nieważne czy komputer, czy wkrętarkę), które się wciąż psują, to trzeba kupować nowe. Musi czasem kupić drukarkę, zainwestować w kasę fiskalną (ok. 1000 zł), papier do niej, i dziesiątki innych rzeczy. Przyjmijmy, że jest bardzo oszczędny, i wydaje na to wszystko miesięcznie mniej, niż 1000 zł. Czyli zostaje mu 4200. Od tego musiał dotychczas zapłacić ZUS, czyli na okrągło 1200 zł. Zostaje 3000 zł. Od tego zapłaci 20% podatku, więc zostaje mu 2400 zł na rękę.
To niby nieco więcej, niż zarabia się na najniższym etacie. Tylko właściciel takiej firmy ciągle żyje w stresie, czy klient zapłaci, czy będzie miał na podatki i ZUS, czy nie przyjdzie kontrola taka czy inna, która na tydzień zdezorganizuje mu pracę. Nikt mu też nie zapłaci za urlop. Jeśli chce na niego pojechać, to ze świadomością, że za ten miesiąc na jego konto nie wpłynie ani grosz. Podobnie ze świętami, które człowiek na etacie ma płatne, a on nie. Biorąc pod uwagę to wszystko, człowiek taki zarabia w ciągu roku mniej, niż etatowy pracownik, który na etacie ma 2000 zł na rękę. A to już tylko nieco więcej, niż wynosi wynagrodzenie minimalne. No to teraz pokażcie mi dobrego hydraulika czy mechanika, że o informatyku nie wspomnę, który pracuje za stawkę minimalną!


Takich firm nie ma!

Ktoś, kto w własnej firmie, mając poszukiwany zawód, zarabiał tyle, dawno tę firmę olał i poszedł na etat! Gdzie zarabia znacznie więcej. Jeśli nawet firmę sobie zostawił, żeby na niej po godzinach robić fuchy – to i tak, będąc na etacie, ZUS-u nie płaci, więc mu ta ulga „Mały ZUS” do niczego nie potrzebna. Płaci wprawdzie ubezpieczenie zdrowotne, ale jego ”Mały ZUS” nie obejmuje, więc nie ma najmniejszego sensu, by z programu tego chciał skorzystać.
Dlatego twierdzę, że na terenie działania tyskiego urzędu skarbowego nie ma więcej niż kilkaset firm (firemek raczej) mieszczących się w widełkach obrotów poniżej 63 000 zł rocznie. Ale i niewiele spośród tych mających teoretycznie do niego prawo, się załapie.

Termin krótszy niż krótki

Dlaczego? Z jednego podstawowego powodu. Rząd się tym programem chwali, rządowe media trąbią, jak to PiS wychodzi naprzeciw drobnym przedsiębiorcom, ale jakoś nie udało mi się od nich usłyszeć informacji najważniejszej. Takiej mianowicie, że aby się do programy
w roku 2019 załapać, trzeba było zgłosić to ZUS-owi do wtorku, 8 stycznia. Ale żeby to zrobić, trzeba było wyliczyć swoje obroty za 2018 rok. Każdy przedsiębiorca jest przyzwyczajony, że ma na to czas do 20 (a nawet 25) dnia następnego miesiąca, a w przypadku roku aż cztery miesiące, bo za miniony rok musi rozliczyć się z fiskusem do końca kwietnia. Nagle ZUS-owi się zachciało, żeby przychód podać do 8 stycznia, kiedy firmy są jeszcze trochę w okresie świątecznym.
Co więcej, trzeba sobie samemu ten „Mały ZUS” wyliczyć, a wzory są do tego dość skomplikowane. Nie każdy hydraulik czy mechanik sam sobie z tym poradzi. A biura rachunkowe też mogą na przykład mieć urlop.
- My wprawdzie czujemy się w moralnym obowiązku wykonać to dla każdego, kogo jako biuro rachunkowe obsługujemy, więc z powodu „Małego ZUS-u” zrezygnowaliśmy z kilkudniowego wypadu w góry, ale nie wiem, na ile jest to powszechne poczucie obowiązku. Bo nas żadne przepisy ani umowy z klientami nie obligują do wykonywania czegokolwiek w terminie do dnia 8-go jakiegokolwiek miesiąca – mówi Krzysztof Bełdowski, z rodzinnego biura rachunkowego Sigmatex w Imielinie. Firmy skądinąd niezwykłej, bo w krytycznych dla podatników dniach przed 25 każdego miesiąca, czeka na nich codziennie do… północy. Pozyskali tym wielu przedsiębiorców, którzy do 17.00 czy 18.00 do biura rachunkowego przyjść nie mogą, bo sami muszą siedzieć w swoich firmach.
Najważniejsze jest jednak to, że zdecydowana większość potencjalnych klientów programu „Mały ZUS” nie wie, że po 8 stycznia – pisz pan, przepadło! Dlatego właśnie jestem gotów się założyć, że na terenie działania tyskiego urzędu skarbowego wszystkich, którzy z niego skorzystają, da się na palcach policzyć.

Propaganda – więcej nic

Ministerialni eksperci z zadowoleniem wskazują na korzyści, pokazując na przykład, że przy miesięcznym obrocie w wysokości 1800 zł, teraz przedsiębiorca w „Małym ZUS-ie” zapłaci zaledwie 289 złotych. Tylko… przedsiębiorca, który osiąga 1800 zł obrotu miesięcznie (czyli dochód prawie na pewno ujemny!), nie jest już przedsiębiorcą, tylko bezdomnym, a wszystko co miał, zdążył zająć komornik.
Co więcej, jestem przekonany, że ten program został tak skonstruowany celowo. Że wprawdzie według szacunków ministerialnych z programu może skorzystać nawet 200 000 firm, a minister przedsiębiorczości
i technologii Jadwiga Emilewicz zachwala go jako element wsparcia dla najmniejszych przedsiębiorców, którzy dzięki niemu będą mogli pewniej przejść przez trudne dla rozwoju firmy etapy – ale tak naprawdę chodzi o to, by stworzyć program, którym można się chwalić, ale z którego nie skorzysta prawie nikt. Taka „Ściema +”.

Dariusz DYRDA

Wywiad

ilustracja

Zbiorowe wyparcie

Z Markiem Łuszczyną, autorem „Polskich Obozów Koncentracyjnych” rozmawia Dariusz Dyrda

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Z Korony Czeskiej do Prus

25 grudnia na dobrych 200 lat zdecydowano o losach Śląska

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Po prostu…czosnek!

Odwraca fazę księżyca, dlatego boją się go wampiry, strzygi i inne żądne krwi potworności - dlatego właśnie należy się wystrzegać ludzi, którzy go unikają. Wydłuża życie o setki lat, włożony
w pępek działa antykoncepcyjnie, odstrasza żmije, krokodyle i niechcianych adoratorów.  Mój ojciec żartuje, że jak się chce na satelitę odbierać telewizję Izrael, to trzeba jej talerz posmarować czosnkiem. To wszystko oczywiście bzdury (może poza tym przedostatnim), natomiast faktem jest, że czosnek obrósł w masę legend nie dlatego, że przywieźli go do nas kosmici.
W każdej bajce jest trochę prawdy, a w tym przypadku śmiało można powiedzieć, że czosnek to trochę „nadwarzywo”, można znaleźć
w jego bogactwie trochę…magii.

 

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Smartfon - mój przyjaciel, mój wróg

Smartfon to zdecydowanie symbol naszych czasów. Pytanie czy jest to nasz sprzymierzeniec czy przeciwnik. Telefon typu smartfon na pewno ułatwia życie i pracę, ale czy nie jest tak, że smartfon zaczął przejmować kontrolę nad naszym życiem? Na pewno każdy kierowca zna przypadek, gdy wpatrzony w telefon, przechodzień wtargnął na ulice, nie patrząc się na boki. Tak samo jak rozmawiający przez telefon kierowca, lub - co gorsze - piszący e-meile albo sms-y. Co ciekawe, za rozmowę przez telefon za kierownicą można dostać mandat, ale za wpatrywanie się w ekran zamiast przed siebie – nie! Często widzę grupkę znajomych przy stole w restauracji. Nie rozmawiają ze sobą, każdy z telefonem w ręce, niby przy stoliku, ale tak naprawdę w innym świecie. Czy nie jest tak, że smartfon przestał być dla nas, a my staliśmy się dodatkiem do wirtualnego świata, z którym nas łączy? Czy to za jego sprawą pełno wokół nieskojarzonych dzieci, z głową jak sito, w której nie zatrzymuje się żadna użyteczna informacja?

więcej

Partnerzy