Sondaż publiczny

Czy miałbyś coś przeciwko lokalizacji spalarni śmieci w twojej okolicy?

Felieton

Autor
Jerzy Ciurlok

Do Ameryki bez wizy!

Do Ameryki bez wizy!

ilustracja

Panna Maria, dnia 18 czerwca 1855 County Kansas – Teksas

„Kochani Ojcowie

Wasze wszystkie pisma dostałem i byłemby Wam nieodwłocznie odpowiedział, lecz zawsze rozmyślałem tąm rzecz, o której teraz chcę pisać.[…] Oto Wy kochani Ojcowie, przyciągcie z Wróblem i z Hanką tego roku. […] Wszyscy ludzie co na lato ciągli, już sam są. […] Johan Ujków raduje się, że jego ojcowie tutaj przyciągną, ponieważ tutaj będą w pokoju żyć. […]

Pozdrawiam wszystkich Was, Franca i jego żonę, siostry Wróbla, tak Ujków w Toszku, na Boguszycach, w Jemielnicy i w Dolny, i wszystkich – pozostałym Waszym synym.

Ksiądz Leopold, Bonawentura Maria Moczygęba”

To fragment listu, który jakimś dziwnym trafem zachował się we wrocławskich archiwach, wraz z dwoma innymi listami od pierwszych emigrantów, do rodzin na Górnym Śląsku. Mówię od pierwszych emigrantów, bo naprawdę byli oni pierwszymi Górnoślązakami, jacy dokładnie 165 lat temu, pod koniec roku 1854, wyjechali za chlebem na północno-amerykański kontynent. Organizatorem wyjazdu był podpisany pod listem, ksiądz Leopold Moczygęba. Urodził się on 18 października 1824 roku w Płużnicy Wielkiej - miejscowości leżącej pomiędzy Toszkiem a Strzelcami Opolskimi – zatem zbliża się 195 rocznica jego urodzin. Rodzice, do których napisał cytowany list, byli rolnikami - dość majętnymi, jak się wydaje, bo zdołali unieść ciężar wykształcenia syna i wychowania jego licznego rodzeństwa. Ich drugi syn, Franciszek, przejął później całe gospodarstwo i był jednym z najbogatszych włościan w okolicy. Dlatego nie uległ namowom brata i nie wyemigrował. Podobnie zresztą, jak siostra wymieniona w liście i rodzice, którzy dożyli sędziwego wieku na rodzinnej ziemi.

Zaś ksiądz Leopold wyjechał do Teksasu, po uzyskaniu święceń kapłańskich i był duszpasterzem wśród kolonistów niemieckich. Po czym ze swych rodzinnych stron sprowadził pierwszą 100-osobową grupę Ślązaków. Wylądowali oni w grudniu 1854 roku w północnej części Zatoki Meksykańskiej, skąd udali się na północ. Nad rzeką San Antonio założyli osadę, którą nazwali Panna Maria. W lutym roku następnego przybyła kolejna, kilkusetosobowa grupa emigrantów, a jesienią jeszcze 700 osób.

W tym czasie landrat powiatu oleskiego pisał z zaniepokojeniem: „Jak zaraza rozszerzyła się na szereg wiosek powiatu chęć wyjazdu do Ameryki. Zostałem zalany powodzią wniosków o zwolnienie (z przynależności państwowej do Prus). Pierwszą przyczyną tej chęci do emigracji widzę w relacjach poszczególnych emigrantów (…)”. W podobnym tonie utrzymany był raport landrata powiatu toszeckiego z sierpnia 1855 roku. Przeczytać w nim można między innymi: „(…) W okolicy Toszka pęd emigracyjny do Ameryki przybiera bardzo na sile, a owa chęć do wyjazdów ma swe źródło w tym, że misjonarz, ojciec Moczygęba, który działa w stanie Teksas, (…) posiada w okolicy Toszka licznych krewnych i znajomych, próbuje poruszyć ich do emigracji, przedstawiając im w Ameryce widoki lepszej egzystencji i równocześnie osiąga dla siebie ten cel, by założyć nowe placówki kościelne w Ameryce (…).”

Jaka była rzeczywista przyczyna tej wielkiej emigracyjnej fali? Czy rzeczywiście ambicje księdza, o których napisał toszecki landrat? Zapewne też. Ale czy tylko z tego powodu ponad 1000 osób opuściłoby swoje rodzinne strony? Na pewno nie. Szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę charakterystyczne dla Ślązaków przywiązanie do rodzinnego kąta. Nie wyjechali do syna rodzice, którym na miejscu powodziło się dobrze. Wyjeżdżali inni, których namawiali listownie ci, co przybyli do Teksasu wcześniej. A zatem nowa ziemia dawała rzeczywiście lepsze warunki egzystencji, albo przynajmniej sprawiała takie wrażenie. Górny Śląsk dopiero co otrząsnął się po epidemii tyfusu głodowego, będącej pokłosiem klęski nieurodzaju. Dla wielu było to wstrząsające – dziś powiedzielibyśmy: traumatyczne przeżycie. Następna fala emigracyjna wyruszyła z Górnego Śląska pod koniec XIX wieku i trwała aż do niedawna, lecz skierowała ona rzesze Górnoślązaków – z różnym nasileniem w poszczególnych latach - nie do Ameryki, a w głąb Niemiec. To jednak zupełnie inny temat.

Powróćmy na koniec do wspomnianych listów. Przechowały się dzięki kupcowi opolskiemu, niejakiemu Schülerowi. Dwudziestego trzeciego lutego 1855 roku, zwrócił się on do prezydium rejencji o koncesję na prowadzenie przedstawicielstwa firmy żeglugowej Karl Pokrantz z Bremy. Uzyskaną koncesję musiał później przedłużyć. W grudniu 1855 roku złożył, więc stosowną prośbę, dołączając do niej cztery listy od emigrantów, do ich rodzin na Śląsku. Treść listów dowodziła solidności usług świadczonych przez Schülera. Ale listy te dowodzą jeszcze czegoś. Po pierwsze tego, że ich autorzy bez wyjątku byli piśmienni. Po drugie, że posługiwali się pięknym śląskim językiem. Ich potomkowie w Teksasie posługują się nim zresztą po dziś dzień.

Jerzy Ciurlok

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Uśmiech ładuje nasze akumulatory

Rozmowa z Katarzyną Polok- Marcol, Prezesem Fundacji Bajtel- Mysłowice Pomagają

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Trójwieś nad Przemszą

Przyjęło się mówić, że granica pomiędzy Śląskiem a Małopolską była najtrwalszą granicą państwową środkowej Europy, która niezmieniona przetrwała niemal 500 lat, najpierw pomiędzy koroną czeską a Polską, potem między Austrią a Polską, następnie miedzy Prusami a Polską a na koniec między Prusami (Niemcami), a Rosją. To prawda, ale niezupełnie – bo nie dotyczy trzech wsi. Które przez długi czas… nie należały do żadnego państwa.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Romanesco - dzieło sztuki na talerzu

Są rzeczy obok których nie da się przejść obojętnie. Niedawno odkryłam jedną z nich w warzywniaku i na fali zachwytu od razu postanowiłam się nią podzielić. Dzieło sztuki na talerzu, kulinarne cudo, kolejny dowód na istnienie boskiej proporcji - a to wszystko w jednej, zielonej główce… kalafiora! Brzmi jak zwiastun kinowy nowego filmu science fiction, a mowa o warzywie, które coraz częściej zaczyna się pojawiać na naszych sklepowych półkach. Wszystkim tym, którzy jeszcze nie znają tego fascynującego, zielonego objawienia - pragnę go dzisiaj przedstawić. Drodzy Państwo - kalafior romanesco!

więcej

Reportaż

ilustracja

Góra śmieci czy też wyspa skarbów?

Ostatnio był u nas wywóz tak zwanych śmieci wielkogabarytowych, ludzie powystawiali stare kanapy, sprzęt AGD, zabawki dziecięce którymi już się ich pociechy się nie bawią albo sprzęty z których już wyrosły. Wynoszenie zaczęło się już w weekend. I gdy siedziałam na schodach paląc papierosa jechała bagażówka - i ni z tego ni z owego zatrzymała się na ulicy; mężczyzna siedzący przedtem na miejscu pasażera wysiadł z auta i zabrał sprzed jednego z domów stojący wśród innych śmieci mały, różowy, dziecięcy rowerek, po czym zaniósł go do samochodu. Najwyraźniej dla niektórych śmieci, a dla innych skarby.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Młodzi na zakręcie śmierci

Gdy widzimy na ulicy kilkoro uczniów, to możemy być niemal pewni, że jeden z nich ma za sobą samookalecznie, lub nawet próbę samobójczą. Statystyki nie kłamią, polska młodzież, nie nauczona rodzić sobie ze stresem, często postanawia zlikwidować go w właśnie tak drastyczny sposób.

więcej

Partnerzy