Felieton

Autor
Jerzy Ciurlok

My, od macochy...

My, od macochy...

ilustracja

Przed kilku laty w miesięcznika „Zabytki” znalazł się artykuł Beaty Lejman; historyka sztuki z Muzeum Narodowego we Wrocławiu, poświęcony muzie polskiej, czyli narodowym inspiracjom w sztuce polskiej. Autorka niezwykle trafnie skonstatowała, że (…) Polska muza to najbardziej toksyczna z matek artystów, jakie miał jakikolwiek naród. Przed nią nie sposób uciec, schować się, nawet nieszkodliwie zażartować (…) Sztuka powstała
z takiej inspiracji oczywiście musiała grzęznąć w skrajnościach. (…) Mogła być albo narodowa albo zdradziecka, społeczna, albo aspołeczna, zdrowa albo chora, dla elit lub dla mas – nic pośrodku. Jedyne, co ją wyróżniało i łączyło wczoraj i dziś, to brak należytej tolerancji i adoracji społecznej. (…)
Tekst ten przykuł moją uwagę, bowiem znakomicie i lapidarnie jednocześnie diagnozuje coś, co kształtuje życie w Polsce. O tym samym pisał Witold Gombrowicz w „Transatlantyku” i w „Dzienniku”, narażając się na gromy ze strony różnych narodowców i tak zwanych „hurapatriotów”. To „coś” sprawia, że ja Ślązak, korzeniami tkwiący we własnej kulturalnej glebie, mam poczucie wykluczenia w państwie, w którym żyję. Myślę, że nie tylko ja i że nie tylko Ślązaków to dotyczy. To „coś”, o którym mówię, można by nazwać na przykład „polonocentryzmem”, ale trzeba by to nazwanie dookreślić. Chodzi, bowiem o rodzaj pychy, narodowego egocentryzmu, połączonych z wiecznym poczuciem krzywdy i niedocenienia, a wszystko to na solidnym fundamencie prowincjonalnych kompleksów, fobii, anachronicznych poglądów i zachowań. Stąd owa antynomia, gdzie z jednej strony jest narodowe, katolickie, zdrowe, czyli właściwe i jedynie dobre, a z drugiej wszystko inne. Ten podział ciągle funkcjonuje i przez niezwykle wpływowe instytucje i jednostki jest hołubiony, propagowany a nawet „twórczo wzbogacany” na wszelkich możliwych obszarach życia społecznego. Ja nie zgodziłbym się z Beatą Lejman, że brakowało i brakuje należytej adoracji społecznej dla sztuki, która buduje owe polonocentryczne postawy. Adoracja jest i to przeogromna, ale tyleż wielka, co powierzchowna. Nie ma chęci i potrzeby zgłębienia tego, co „artyście w duszy grało”. Nie ważna jest istota dzieła, wystarczy samo hasło, okrzyk: „Bóg, honor, ojczyzna”, „Bij poganina”, „ Ja z synowcem na czele i jakoś to będzie” itd., itp. - można mnożyć. W tej atmosferze nie ma miejsca na inność i odrębność. Siłą rzeczy są one lokowane po drugiej stronie; czyli tam gdzie: obce, zdradzieckie, gorsze, niepotrzebne. Dlatego, jeśli coś mogło być „śląskie” to musiało być polskie.
Po 1920 i 1945 roku potrzebna była jakaś forma zaabsorbowania ziem wraz z częścią ich mieszkańców mających dość iluzoryczny, dopisany polski rodowód. Szukano wszelkich, nawet najdrobniejszych faktów i pretekstów pozwalających przeprowadzić dowód, że śląskie równa się polskie. Zaś wszystko, co temu nie służyło, było odrzucane, skazywane na zapomnienie. W ten sposób wykluczono ze społecznej świadomości większość śląskiego dorobku zarówno w sferze kultury duchowej jak i materialnej.
Dzisiaj już nawet o propolskich pisarzach śląskich z XIX i XX wieku w szkołach nawet się nie wspomina, bo jednak są trochę inni, odrębni. Nie wspomina się naukowców, artystów, bo to byli „obcy”; nie „nasi”. No chyba, że jakimś cudem da się ich „przerobić” na „korzennych” Polaków. Jedynie gdzieś przypadkowo coś się przeciśnie. Na przykład Angelus Silesius, bo go podziwiał i tłumaczył Mickiewicz, a we Wrocławiu przyznawana jest literacka nagroda jego imienia, ale już mało, kto wie, że nazywał się on Johannes Scheffler a nie Anioł Ślązak. Za to europejska sława, poeta i intelektualista XVII wieczny Andreas Gryphius znany jest tylko nielicznym. A przecież tę wiedzę powinno się wynosić ze szkoły. Skoro Śląsk i Ślązacy mają być równoprawnymi składowymi państwa, to nasza przeszłość i dorobek powinny mieć równoprawne miejsce w edukacji, książkach i podręcznikach, przedsięwzięciach o charakterze kulturalnym i politycznym. Nie powinny być skazywane na ostracyzm i wykluczenie, czy wybiórczo prezentowane pod polityczno – nacjonalistyczne zamówienia. Żeby, chociaż przeciętny Polak wiedział, że urządzenie, które poznał zresztą stosunkowo niedawno, czyli prysznic, swoją nazwę bierze nie od „pryskania”, lecz od śląskiego chłopa – wynalazcy Vincenza Priessnitza, który na przełomie XVIII i XIX wieku stał się pionierem przyrodolecznictwa i leczył ludzi z całej Europy – w tym cesarską rodzinę.
W cytowanym przeze mnie na początku artykule, autorka stwierdza, że bycie dzieckiem Matki – Polki, jest traumą wynikającą z jednoczesnej miłości i nienawiści za stawiane ograniczenia i sprawiany psychiczny ból. […] Może już czas z honorami pożegnać tę muzę, jak dostojną prababkę i wykreować nową? Z niszczycielskiej, ciemnej, bezwzględnej i okrutnej siły niech zamieni się w troskliwą opiekunkę […] pod warunkiem, że hermetycznych martyrologii nie zastąpi banałem […]
Zastanawiam ja się przy tej okazji, czy inspiracją dla takiej zmiany nie mogłaby być, choć w części skarbnica śląskiego dorobku kulturalnego, zrodzonego w wielowiekowej etnicznej różnorodności i bliskich związkach z resztą Europy. Pewnie mogłaby być. Tylko czy polonocentryczne społeczeństwo, a co najważniejsze elity na takie odstępstwo w tej chwili stać? Śmiem wątpić. Przecież nawet w sferze podstawowej słownej komunikacji zapomina się, że obywatelami RP są także mniejszości narodowe, będące tu od lat, lub świeżo przybyłe - w tym Ślązacy i mówi się wyłącznie do Polaków; Polacy to, Polacy tamto, Polakom się należy itd., itp. Ani słowa o wielonarodowościowym „społeczeństwie”. O „obywatelach”. „Jeden naród, jedno państwo...” – no, lepiej nie kończyć tego zdania.
O równoprawne traktowanie śląskiej historii i kultury choćby w edukacji zabiegać musimy stale i intensywnie. Dla Ślązaków wojny chłopskie mają takie samo znaczenie, jak insurekcja kościuszkowska dla Polaków. „Tkacze” Hauptmanna są dla Ślązaków ważniejsze od „Syzyfowych prac” Żeromskiego. Einchendorfa i Bonczyka winniśmy czytać na równi z Mickiewiczem i Słowackim, choć uważam, że „romantyczne zaczadzenie” utworami tych dwóch ostatnich jest bardzo szkodliwe dla umysłowości kolejnych pokoleń. No i warto też pamiętać, że przed Reyem był Mikołaj z Koźla, a pierwsze pisane zdanie uważane za polskie, jest zdaniem śląskim, zaś podstawy niemieckiego języka literackiego stworzył na początku XVII w. Ślązak, wrocławianin Martin Opitz. Ponieważ od dawna nie liczę na poddanych partyjnemu zniewoleniu większości śląskich posłów, więc tylko oddolne indywidualne i zbiorowe naciski obywatelskie są jakąś szansą. Zatem wywierajmy je; codziennie, gdzie się tylko da. Może wreszcie coś osiągniemy, kto wie?•

 Jerzy CIURLOK

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Uczeń z depresją

Rozmowa z Elizą Cieślikowską, psychologiem ze szpitala Megrez

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Zbyt bogaci na niepodległość

Rok temu jesienią poświęciliśmy wielki tekst odradzaniu się państwa polskiego w 1918 roku. W końcu to setna rocznica niepodległej. Jednak u nas mało kto wtedy o Polsce myślał. Tutaj wtedy najważniejszym tematem było, czy uda się stworzyć państwo śląskie. A grudzień był akurat tym miesiącem, gdy w tej sprawie działo się najwięcej.

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Cynamon!

Pamiętam prześmieszną rozmowę między moim ojcem a jego łódzkim przyjacielem. Ojciec zawsze przekonywał go, że oryginalna mowa śląska, a nie jej kabaretowe podróbki, bardziej podobna jest do języka czeskiego niż polskiego. Tamten kiedyś wracając z Czech, zagadnął: jeśli tak, to powiedz, jak po czesku będzie cynamon. Ojciec: skurzica? Adriana zamurowało: rzeczywiście, skurice… Mnie nie, bo w domu mojej babci i ojca zawsze mówiono skurzica. Nie bez sensu, bo to przecież skóra drzewa. Idą święta, więc czas na skurzicę!

więcej

Reportaż

ilustracja

Kup sobie swoją kurtkę

Co jakiś czas każdy z nas staje przed faktem kiedy szafa się nie domyka a nowo nabytych ubrań nie ma już gdzie chować. Z tym problemem mierzą się głównie panie. Wtedy też przychodzi czas na wietrzenie szaf i sortowanie, w czym jeszcze zamierzamy chodzić, a w czym już raczej nie. I chociaż jej zawartości nadaje się jeszcze do noszenia, moda tak szybko się zmienia, że większość z ubrań albo wyszła z mody, albo już przestała się nam podobać. Dochodzimy do wniosku że trzeba się ich pozbyć i zrobić trochę miejsca na nowe rzeczy.

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Planowany przy jeziorze

Kanał Wisła-Odra to inwestycja jeszcze bardziej mityczna, niż budowa nowej nitki drogi S-1, mającej od Mysłowic, przez Ustroń prowadzić na Słowację. Budowa planowanej od dobrych dwudziestu lat S-1 może się znów przesunąć, gdyż podobno zastrzeżenia zgłasza (w okolicach Bierunia i Oświęcimia) UNESCO. Natomiast Kanał Śląski Odra-Wisła, o którym mówi się od lat ponad pięćdziesięciu ma planowaną nową trasę, która tym razem ma prowadzić tuż przy Jeziorze Paprocańskim.

więcej

Partnerzy