Nie siedź w domu

Sondaż publiczny

Czy uważasz, że nasze miejscowości mają dobrą ofertę naferie dla dzieci?

Felieton

Autor
Grzegorz Poloczek : Z mojego placu

Zaproszenie do schronu

Zaproszenie do schronu

ilustracja

Najwięcej w nas emocji budzą żarty, które w jakiś sposób są zakazane. Do takich należały żarty z „komuny” w czasach… komuny, kiedy wszystko podlegało cenzurze. Utarło się powiedzenie, że „dobry żart jest tynfa wart”. Nie przesadzajmy. Ta srebrna polska złotówka, dziś to przysłowiowy guzik. Na dobrym żarcie można naprawdę dobrze zarobić. Stąd fortuny (bez względu na to, że ona kołem się toczy i dla każdego co innego oznacza) popularnych kabareciarzy. Nie mniej mamy także za sobą mroczne czasy, kiedy dobry żart mógł kosztować także życie.

Ja również uprawiam zakazaną twórczość. Zwłaszcza wówczas, gdy dużo żartuję na temat swojej żony. To zalicza mnie do twórców ekstremalnych, balansujących na krawędzi przepaści. Nie ukrywam, że uprawianie takiej rodzinnej satyry wymaga dużo odwagi, wręcz brawury. Wiele się przy tym ryzykuje.
Ale jak tu zostawić moją żonę w spokoju, kiedy ona dostarcza mi coraz to nowych powodów do żartów na swój temat. Ona jest, można powiedzieć wręcz - moim natchnieniem. Weną przy moim boku.
Ostatnio zauważyłem, że coś ją gryzie. Że coś jej chodzi po głowie. I nie myliłem się. Zadała mi bowiem bardzo dziwne pytanie – Grzesiu! A powiedz mi, czy my u nas w Rudzie Śląskiej mamy jakiś schron?
Zaszokowało mnie. Talerz wypadł mi z ręki, a szczęka opadła.
- A po co ci schron, kochanie ty moje? Nie masz innych problemów?
- Nie. Tak pytam, na wypadek jakiegoś nalotu albo wojny. Bo my teraz też jesteśmy zagrożeni, więc lepiej wiedzieć.
- Nie wiem koteczku, czy mamy schron, ale wiem jedno, że jak rzeczywiście będzie jakiś nalot, to ja nie pójdę do żadnego schronu tylko usiądę na kominie i będę wymachiwał białym prześcieradłem. Wezmę na litość najeźdźców. Czesi tak zrobili z Niemcami i nie musieli po wojnie nic odbudowywać. Zresztą, po co Ty się mnie Joluś pytasz o takie rzeczy, przecież zanim byś się do tego schronu spakowała, to by się wojna skończyła – mówię do swojej szanownej małżowiny.
I nie ma co się z tych słów śmiać. Jak chcemy na dwa dni pojechać do Brennej, to moja lepsza połowa na przygotowanie do tego wyjazdu potrzebuje co najmniej tydzień. To jest akurat tyle, że wystarczy by zdążył przejść front… atmosferyczny. Jak się decydujemy, żeby jechać - świeci słońce. Kiedy już jesteśmy w drodze – leje. Bywa, że kiedy przyjeżdżamy na miejsce, pada śnieg. Moja żona jest kobietą idealną dla narciarza. Tyle że ja na nartach nie jeżdżę.
Jest lipiec, chcę jechać na dwa dni w góry, a ona się pakuje, jakby na stałe za granicę wyjeżdżała. Koniecznie musi zabrać coś na ciepłe dni, coś na zimne, coś na deszcz. I nie daj Boże, kiedy nasze dziecko, które ma 25 lat, ma zostać samo w domu na czas naszego wyjazdu. Do przygotowań trzeba wówczas dodać kolejny dzień – żeby udzielić instruktarzu staremu koniowi, jak się ma zachowywać. Do tego pół dnia gotuje mu jedzenie, żeby z głodu nie umarł, i jeszcze mu pół dnia tłumaczy, co i kiedy ma jeść.
Moja Joluś tak te dwa dni zagospodaruje, że nasz syneczek zapomni nawet, że ma pełnoletnią koleżankę, która czeka, aż on sam w domu zostanie.
Dodatkowym i zarazem stałym punktem programu, jakim jest pakowanie na dwudniowy wyjazd jest… biżuteria. Jak mam tachać tę skrzynię do garażu, to mnie szlag trafia. W wielkiej skrzyni są prawie same kety z odpustu. Pytam - Po co Joluś taszczysz tę tandetę ze sobą, przecież w Brennej tylko kury od sąsiadki będą cię oglądały…
Tu się jednak moja małżonka lekko wzburzyła. - Tandeta? A złote pierścionki to co?
- Przecież masz tylko dwa i to każdy kiedyś kosztował 150 zł.
- Właśnie! Wtedy to była cała Twoja wypłata!
W sumie ma rację. Tylko żeby wiedziała, gdzie je schowała. Przeważnie jeden cały dzień przed każdym wyjazdem szukamy tych pierścionków. Bo moja żona jest przebiegła i uważa, że strzeżonego Pan Bóg strzeże. Specjalnie zmienia skrytki, żeby złodzieja w pole wyprowadzić. Niedawno je chowała po jakiejś imprezie. Po kieliszku wina i wyobraźnia jest bujniejsza. Kiedy rano się obudziliśmy, przyznaję, na lekkim kacu, Jolcia mnie zapytała – Pamiętasz może, gdzie tym razem schowaliśmy pierścionki?
Zgodnie z prawdą odpowiedziałem - Ale skąd. Nic nie pamiętam…
Jolcia na to rezolutnie – To bardzo dobrze Grzesiu, my nie wiemy, to i złodziej się nie kapnie…
Oj… rozpisałem się na temat pakowania, a miało być o schronie. Przyznam, że mnie to pytanie mojej żony o bunkier tak zaintrygowało, że postanowiłem dociec, skąd pomysł akurat na schron. Odczekałem i kiedyś zapytałem moją lepszą połowę, o co chodzi z tym schronem.
- Zapytałam o schron, bo się troszczę o nasze bezpieczeństwo. Powiedz mi przynajmniej, ile w takim schronie może się osób zmieścić?
- Nie wiem. Może z 350 osób?
- Wejdzie 350? To tak mniej więcej jak do naszego Centrum Kultury.
- Właśnie, Joluś, jak do naszego Centrum Kultury. Czy jak tam jest jakaś impreza na zaproszenia np. Koncert Prezydencki to dostajesz zaproszenie? Nie! A jak jest Święto Niepodległości dostajesz? Nie! To ty się Joluś nie martw, do schronu też nie dostaniesz zaproszenia.•

  Grzegorz Poloczek

Dodaj swój komentarz

Wywiad

ilustracja

Zbiorowe wyparcie

Z Markiem Łuszczyną, autorem „Polskich Obozów Koncentracyjnych” rozmawia Dariusz Dyrda

więcej

Stare fotografie

ilustracja

Mąż wyrusza na wojnę

Maria Piekorz (1879-1951), szanowana akuszerka bojszowska z pierwszym mężem Grelą, który jako marynarz poległ na I wojnie światowej.

więcej

Echo historii

ilustracja

Biały pułkownik

Komisarz stanu wojennego, który stanął po stronie załogi

więcej

W naszej kuchni

ilustracja

Zozwór, jak go tu dawniej zwano

Przyszedł styczeń - miesiąc postanowień noworocznych. Podziwiam z dumą powtarzane hasła w stylu: Nowy Rok – nowa ja. Albo „nowy ja”, bo coroczne szaleństwo dotyczy wszystkich, bez wyjątku. Dla tych, którzy za chwilę po raz pierwszy włożą buty do biegania i postanowią zafundować swojemu nieprzygotowanemu organizmowi terapię szokową (albo już to zrobili i czekają na efekty) mam dwie wiadomości - jak w kawałach... złą i dobrą. Pierwsza jest taka, że z kiepską odpornością i kondycją prawie na pewno zapracujecie na przeziębienie, a druga – żeby nie zniechęcać tak do gruntu – są na to sposoby. Dobre i domowe. Sprawa wygląda tak – chcecie igrać ze styczniową pogodą? Zróbcie zapas imbiru!

 

więcej

Reportaż

ilustracja

Do Ziemi Świętej z orkiestrą symfoniczną z Bergisch Gladbach

Izrael • Projekt „Razem” niemieckich i izraelskich muzyków

więcej

Naszym tropem

ilustracja

Mały ZUS, wielkie cygaństwo!

Z dniem 1 stycznia wszedł „mały ZUS”. Obecne władze reklamują ją jako niezwykłą ulgę dla mikroprzedsiębiorstw. A ja zakładam się w ciemno, że na terenie działania całego tyskiego urzędu skarbowego załapie się na nią nie więcej, niż 100 przedsiębiorców. A może mniej, niż 20. Bo tak naprawdę ci, którzy spełniali kryteria wymyślone przez  rząd PiS-u, albo już umarli z głodu, albo wyemigrowali zbierać pomidory do Holandii, albo zamknęli firmę, żeby iść do najgorzej nawet płatnej roboty.

więcej

Partnerzy